Bastion Khudamarkh

391
POST POSTACI
Kamira
Dziedziniec był znacznie okazalszy, niż się jej wydawało. Niestety, już w tej chwili widziała, że poleganie na ogniku do zrobienia czegokolwiek jest co najmniej nieodpowiedzialne... Może wypadałoby go po prostu ugasić?

Nie mniej, w środku było całkiem sporo drzwi, prowadzących do innych, wewnętrznych pomieszczeń. Całość wydawała się być jakimś większym kompleksem, o jakiego istnieniu nie miała zupełnie pojęcia jeszcze kilka chwil temu. Gdy znalazła się w środku, była świadkiem, jak wręcz z każdych drzwi wychodzi ork za orkiem, to na pewno nie było coś, czego się spodziewała. Otworzyła usta w zaskoczeniu. Jedni powiedzieliby, że kopara jej opadła i bardzo by się nie pomylili. Nie spodziewała się zobaczyć więcej strażników w świątyni, całość wyglądała zresztą na bardziej bazę i kompleks niż samą świątynię. Nie wszyscy orkowie, którzy wyszli, byli strażnikami, pośród nich byli również inni kapłani, choć zapewne wcale nie mniej niebezpieczni niż sam Traxat lub strażnicy.

Musiała działać szybko. Mieli ją złapać właśnie w tej chwili, ale nie miała zamiaru dać im żadnej satysfakcji. Musiała wykorzystać swoją mobilność i zdolność lotu, by uzyskać nad nimi jakąkolwiek przewagę. W obecnej formie nie miała większych szans. Szybko przystąpiła do szybkiej sekwencji ruchów sięgających od głowy po ziemię. Miała zmienić się w ognika i gdy do tego już dojdzie, przefrunąć jakby piekła nie było przez jak największą liczbę orków, cały czas obierając za cel swojego lotu Traxata. Oczywiście nie miała zamiaru na tym kończyć, bo po dorwaniu do niego, na pewno starałaby się podpalić jego szatę, tak jak miała zamiar nadpalić albo i nawet rozgrzać to, co nosili pozostali.

Dalej miała zamiar wzlecieć wyżej, na daszek , szybka materializacja miała być jedynie formalnością, po której miała towarzyszyć eksplozja a jej celem miał stać się sam Traxat. – Eksplozja! — Nie elaborowała się specjalnie w inkantacje, jeśli potrzebowała wysadzić go dwa razy, by się nie ruszał, to dokładnie tak miała zamiar zrobić. Kontrola siły zaklęcia nie miała większego znaczenia, dlatego skupiła się na standardowej sile w trakcie tworzenia wybuchu. Co w tym czasie robił Azel? Sama nie wiedziała, bo jak zawsze, wszystko wymknęło się spod kontroli.
Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

392
POST BARDA


Ognik zniknął z pola widzenia, chowając się między płomieniami, które sam wywołał. Jako oddzielona od reszt cząstka ognia nie zwracał na siebie aż takiej uwagi jak Kamira, która na oczach wszystkich przyjęła postać Płomyka.

Języki ognia zapłonęły jasnym światłem, gdy Kamira po sekwencji ruchów i słów po raz kolejny przyjęła swoją drugą formę. Magia do niej wróciła, nie miała problemów z podtrzymaniem swojej formy nawet po kilku eksplozjach. Przefrunęła obok orków, liżąc plomieniem ich ubrania, jednak okazało się, że krótki kontakt to za mało, by choćby osmolić ich ciężkie, grubo plecione szaty.

Orkowie wbrew logice starali się złapać ognik, nie było to jednak proste zadanie. Kamirze udało się przemknąć między nimi, a następnie wzlecieć na dach, z dala od ich ostrzy i silnych rąk.

Daszek był lekko spadzisty, opadając na zewnątrz. Kamira musiała się skupić, by utrzymać równowagę. Nie było to łatwe. Co więcej, Traxat był celem wybuchu, jednak eksplozja nie dosięgnęła jego ciemnej orkowej twarzy. Szepcząc inkantacje, najwyższy kapłan odbił oba zaklęcia Kamiry i pozostał nietknięty. Co gorsza, zaczął wypowiadać kolejne słowa, nawołując pomocy Drwimira.

Czarodziejka mogła poczuć, że jej stopy jakby wrastają w gliniane dachówki daszku, na którym stała. Również jej dłonie zaczęły się do siebie zbliżać mimo jej woli, jakby chcąc złapać ją w magiczne pęta, musiała walczyć przeciwko niewidzialnej sile darowanej Traxatowi przez jej własnego boga.

Cień przemknął obok czarodziejki. To Azeliel dołączył do niej na daszku.

- Co ty wyrabiasz?! - Warknął.

Bastion Khudamarkh

393
POST POSTACI
Kamira
Nie potrzebowała podpalić pozostałych orków, wystarczyło, by się choćby wystraszyli ognia. Nawet i lepiej, że nie stanęli w ogniu. Mimo jej gorącogłowej prezentacji ognistej mocy nie zależało jaj na powiększaniu liczby ofiar bez potrzeby, najgorzej, że nie wiedziała ilu rzeczywiście poszłoby za Traxatem do samej otchłani.

Widok eksplozji która wybuchła, lecz orka nie sięgnęła była dla Kamiry ciężkim szokiem. Nie zdawała sobie sprawy, że to nawet możliwe. Przygotował się na jej zaklęcie, ale jak? Kiedy? Tak szybko? Czy ten ork również potrafił czarować z woli Dwirmira? Któż zdecydował się zestawić ich dwoje przeciw sobie w tej chwili?

Gdy zaklęcia go nie dotknęły, zaczęła gwałtownie i wyraźnie oddychać. Próbowała pojąć to co właśnie się działo. Jak zawsze, nic nie działo się, tak jak widziała to w swojej głowie, nigdy nie była zbyt dobra w planowaniu i wystarczająco cierpliwa, by obserwować cel na tyle, by wyciągnąć więcej wniosków. Słyszała jak woła boga na pomoc. Nie myślała, że to może się dziać naprawdę, ale czy to była próba woli dla niej, czy dla niego? A może dla obojga?

Nagle poczuła, jak zaczęła się delikatnie obniżać... Zupełnie jakby wtapiała się w dachówki. W tej chwili nie potrafiła kryć zaskoczenia i niepewności w wyrazie swojej twarzy. Sytuacji nie pomagał fakt, że ręce również odmawiały jej w tej chwili posłuszeństwa i najpewniej winny był temu Traxat. Wziął ją z zaskoczenia, nie była gotowa na żaden opór, nie oczekiwała, że będzie się bronił. – T-to on, to on czaruje. Nie wiedziałam, że potrafi! Zablokował wybuchy, rozumiesz? Z-zajmę go, zrób, co trzeba — Odezwała się w panice, wciąż starając się stawić opór ruchom, do jakich zmuszał ją ork. Musiała się uwolnić i za to mogło posłużyć jej tylko jedno z zaklęć, jakie posiadała, ale potrzebowała do jego wykonania gestów. Nie musiały być szczególnie dokładnie, wystarczyło, że sięgnęła ziemi a w tym przypadku dachówki. Zamiana w ognika mogłaby ją uwolnić z tych magicznych więzów, w jakie starał się ją złapać ork. Gdyby tylko to się jej udało... Wystrzeliłaby jako ognik w kierunku próbującego zaczarować ją orka na dole. Wbiłaby się w niego pod postacią ognika jeśli w ogóle udałoby się jej rzucić to zaklęcie i wyzwolić się z więzów. Musiała go zająć, bo nie była w stanie bezpośrednio zrobić mu straszliwej krzywdy, chyba że podpalić pod postacią ognika. Nie mniej... Nic nie wykluczało, że i tego zaklęcia nie zablokuje. Na całe szczęście, Kamira miała więcej możliwości, na wykonywanie swoich eksplozji niż mogłoby się innym wydawać, potrzebowała do nich jednak przygotowania i odpowiedniej sytuacji, którą należało stworzyć.
Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

394
POST BARDA


Stópki Kamiry, obute w szmaciane butki od Shirrki, przylgnęły do dachu niemal tak mocno, jakby od zawsze spojone były z dachówkami! Niczym niecodzienna ozdoba, czarodziejka została przytwierdzona do podłoża, a po jej nogach zaczęło rozlewać się gorąco rozgrzanych za dnia dachówek, które jeszcze nie zdążyły oddać swojego ciepła.

- Walcz z tym! - Wrzasnął Azeliel. - Jesteś od niego silniejsza!

Mimo swoich pokrzepiających słów, Azel nie zamierzał zostawać przy Kamirze. W zgrabnym, lekkim ruchu zeskoczył z dachu, by stanąć w szranki z nadchodzącymi orkami.

- Azel! Ty zdradziecki psie! - Po dziedzińcu poniósł się głos jednego z orków. Bas niemal trząsł dachówkami. - Występujesz przeciw swojemu bogu i jego sługom!

- Dzisiaj moim bogiem jest Kharkun! - Odgryzł się elf.

Ze swojej pozycji, z dłońmi znów złączonymi w nadgarstkach, zupełnie tak, jakby los chciał jej pokazać, że nie jest niczym więcej niż niewolnicą w jego rękach, czarodziejka mogła podziwiać Azeliela w działaniu. A było na co patrzeć. Azel wybił się z miejsca tak lekko, że niemal nie poruszył piasku pod swoimi stopami, jednym susem doskoczył do pierwszego orka i płynnym ruchem podciął mu gardło, nie wiedzieć kiedy wyciągniętym zza pasa nożem. Krew bryznęła stojącego obok strażnika, który uniósł miecz - nim zdołał go opuścić, rzucone przez Azeliela ostrze wbiło się w jego czoło, równo między oczami, kończąc jego akcję w brutalny, acz diabelnie skuteczny sposób. Trzeci ze strażników, który sunął w jego stronę z uniesionym toporem i okrzykiem na ustach, skończył z rozprutym brzuchem, gdy elf uchylił się przed bronią, ale wykorzystując pęd przeciwnika dorwał go, tnąc w miękkie części nie chronione przez pancerz.

- Zabić go! Władco ognia, który rządzisz naszymi duszami! Spal tego niewiernego, oczyść go swoją mocą! - Inkantował Traxat.

Morderczy taniec trwał, gdy elf zbliżał się do Traxata, tnąc i siecząc kolejnych przeciwników. Nie spodziewał się, że atak nadejdzie od strony kapłanów. Sieć, spleciona z metalowych kółeczek, została narzucona na niczego nie spodziewającego się zabójcę. Obciążniki na jej brzegach nie pozwalały mu uwolnić się z pułapki.

- Kamira! - Krzyknął, nie potrafiąc wprost poprosić o pomoc.

Bastion Khudamarkh

395
POST POSTACI
Kamira
Gorąco dobiegające od nagrzanych dachówek, które zaczynało do niej docierać, było sygnałem, że musiała się wyrwać czym prędzej i próbowała to zrobić, starała się siłować z dachówkami i magią Traxata... Mimo to, czy był na tyle potężny, by trzymać te wszystkie zaklęcia jednocześnie? Sam? Nie miała jednak czasu na rozglądanie się za innymi. Musiała skupić się na tym co miała przed oczami a był to Azel w swoim szaleńczym piruecie ostrzy tańczący wraz z orkami. Mimo tego, że już popadła w drobną panikę to w tej chwili chciała go podziwiać i gdyby nie zupełne zagrożenie, które zagrażało zarówno jemu jak i jej, to przyglądałaby się dalej. Mimo wszystko, widząc, że sobie radzi, musiała próbować walczyć z wpływającą na nią magią. Gdzie był ognik, gdy był potrzebny?

– Traxata, na Traxata! Do cholery Demonie! — Wrzasnęła, jakby wydawała bezpośrednie polecenie ognikowi, gdziekolwiek w tej chwili się znajdował. Był potrzebny. Jeśli miała się uwolnić, to wszyscy potrzebowali mieć szansę, zwłaszcza że Azel teraz walczył i w każdej chwili coś mogło pójść nie tak. Kamira starała się z całej siły, wierzgała to na lewo, to na prawo, by się uwolnić. Wcześniejsze okrzyki Elfa dodały jej otuchy, mimo wszystko. Ostatnim czego i ona się spodziewała to interwencja kapłanów, do tego taka... Zwyczajna. Spodziewała się, że uniknie tej sieci, że odskoczy, że słyszał, ale widocznie w całym tym ferworze nie był w stanie tego zrobić, przez co czarodziejka zupełnie osłupiała. Widziała, jak się szamotał, słyszała też inkantacje, wypowiadaną przez orka znajdujący się gdzieś pod nią. Była rozbita, bo musiała coś zrobić i jeśli do tej pory się nie uwolniła, to szamotanina nie miała dalszego sensu. Potrzebowała zareagować ofensywnie, bo tylko na taką magię mogła sobie pozwolić bez swoich magicznych przyborów, które zapewne już dawno temu przepadły. – Eksplozja, eksplozja! — Zaczęła wołać najszybciej, jak potrafiła, obierając za cel obciążniki na brzegach sieci narzuconej na elfa. Starała się wysadzić te, które znajdowały się po jednej ze stron, by był w stanie szybciej się uwolnić. Same eksplozje... Miały nie być wielkie, a takie, by dać odpowiednio dużo siły, by wzbić co najwyżej siatkę w powietrze, może by rozerwać kawałek metalu, ale czy rzeczywiście małe wybuchy były w stanie pokonać metal? Tak czy inaczej, musiała mu pomóc się oswobodzić. Jeśli musiała zrobić to więcej niż dwa razy, to zrobiła. Dopiero potem podjęła decyzję o uwolnieniu siebie z magicznych więzów, w jakie wplątał ją ork. Dachówki były gorące i zaczynały parzyć jej kostki, ale nie miała innego wyjścia jak znów wykorzystać eksplozję, jej magiczne ruchy były w tej chwili bardzo ograniczone a bez gestów... Były jeszcze bardziej, dlatego za cel kolejnej eksplozji wybrała kawałek dachu, przy lub za sobą, tuż obok miejsca, w którym się zapadała. – Eksplozja — Nie miała wielkiego pola do wyboru, mogła jedynie kontrolować moc swojej eksplozji, dlatego postarała się, by ta nie była zbyt wielka, ale wystarczająca by z dachówek zbyt wiele nie zostało, chciała stworzyć dziurę, przez którą wpadnie do pomieszczenia i o ile miała racje, uwolniona przynajmniej z jednych więzów. Jeśli musiała zwiększyć siłę, zrobiłaby to, musiała się uwolnić, zwłaszcza jeśli jej poprzednie próby zamiany w ognika nie przyniosły rezultatów.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

396
POST BARDA
Wśród płonących chorągwii i fontann krwi, które powodowane były niedawnymi morderczymi działaniami Azela, demon był niewidoczny, chowając się w dogodnym dla siebie miejscu. Czarodziejka starała się rozdzielić własne dłonie i nawet jej to wychodziło, lecz przy każdej chwili słabości, jej nadgarstki wciąż ciągnęły ku sobie, przerywając ruchy jej inkantacji. Jej eksplozje, choć mniejsze niż zazwyczaj, wywoływały skry na metalu siatki. Metalowe oczka puszczały, tworząc wyrwę w plecionym ściegu, przez którą Azel mógł przedostać się ku wolności i wykonać robotę. Elf zaczął przeć w stronę dziury, walcząc z wagą pozostałych obciążników, nie widząc orka, który stanął nad nim ze wzniesionym ostrzem, szpicem celując ku dołowi, prosto w jego klatkę piersiową.

Orka uprzedził ognik. Błysnął między walczącymi i z pełnym impetem swojego ognistego ciałka uderzył w Azeliela. Elf wydał z siebie rozdzierający okrzyk bólu. Nagły wizg przeciwnika wytrącił z równowagi strażnika, który zaraz opuścił broń, nie wiedząc, co się wydarzyło. Równiez kapłani i sam Traxat wydawali się zaskoczeni. A agonia uwzięzionego Azeliela nie mijała, noc przecinał świdrujący uszy wrzask, jakby Azel przechodził najcięższe tortury, wijąc się pod siatką.

Kamira spadła przez dach, gdy ostatnia eksplozja naruszyła dachówki i konstrukcję poszycia. Lądowanie było dla niej szczęśliwe, bo choć lewa z jej nóg wygięła się nienaturalnie i rozgorzała bólem w kostce, była w całości. Płomyk znalazła się w celi jednego z kapłanów, niezbyt bogatej, nie wydawało się, by było tam cokolwiek ważnego lub wartego uwagi. Rozgrzebane łóżko, półka zastawiona książkami, stolik i krzesełko nie były niczym, czy musiałaby zajmowac się Kamira. Czarodziejka miała za to dobry widok na dziedziniec, przez otwarte drzwi, pozostawione przez Kapłana.

Pozbierwaszy się z dziwnego, nagłego ataku, Azeliel wyrwał się spod siatki, nie pełznąć do dziury, ale zrzucając z siebie ciężar, jakby było to nakrycie po popołudniowej drzemce. Wokół jego ciała roztaczała się dziwna, nienaturalna aura, a Kamira, choć obserwowała go z oddalenia, mogła dostrzec, że doszło do jakiejś zmiany, choć nie była pewna, do jakiej. Unosząc dłoń, Azeliel stworzył na niej świetlisty dysk, zupełnie jakby posługiwanie się magią było jego drugą naturą, której nigdy wcześniej nie przejawaiał, a następnie wypuścił go ledwie poruszeniem palców. Stworzony ze światła i ognia wirujący pierścień zatoczył krąg, zahaczając o każdego ze strażników, którzy w jednej chwili upadli, pozbawieni ducha, choć nie upuszczając ani kropli krwi. Kapłani cofnęli się.

- Kim jesteś?! - Wrzasnął Traxat, zbyt zaskoczony, by inkantować kolejne zaklęcia. - Zginiesz, na chwałę Drwimira!

- Drwimir opuścił to miejsce. - Odpowiedział mu Azeliel głosem donośnym, acz spokojnym, dźwięcznym i pewnym, pozbawionym zwyczajowej przekorności.

Elf wybił się ze swojego miejsca, wzniecając tuman kurzu i piasku. W skoku tak długim, że niemożliwym do wykonania dla śmiertelników, Azel dorwał Traxata. Łapiąc za nóż, który w jego dłoniach rozgorzał do bieli, zaczął ciąć orka, bez planu, bez zastanowienia. Opuszczał broń w kolejnych sztychach i pchnięciach. Nim wielebny przestał krzyczeć, jego twarz nie przypominała już jego własnej, a krwawą masę, zbyt zniekształconą, by wyłapać jego wcześniejsze rysy. Mimo to, elf nie przestawał.

Bastion Khudamarkh

397
POST POSTACI
Kamira
Liczyła, że uda się jej oswobodzić elfa. Wydarzyło się jednak coś niespodziewanego. Ognik z impetem wbił się w Azelila co pozostawiła Kamirę w szoku, bo miał zrobić coś zupełnie innego. Nie słuchał się, czyżby ich zdradził i miał zamiar współpracować z Traxatem, licząc, że ten go przyzwie? No i co z Azelem? Krzyk, jaki z siebie wydał od razu, po dotarciu do jej uszu pozostawił po sobie dziwny, nienaturalny dreszcz, którego nie potrafiłaby poprawnie opisać.

Nie mogło obyć się bez drobnego krzyku z jej strony. W końcu nie codziennie w tak nienaturalny sposób wyginała się jej noga, a postępujący ból wcale nie był dobrym sygnałem. Czyżby było aż tak wysoko? Po pokoju rozejrzała się ledwie pobieżnie. Od razu spróbowała przenieść odrobinę ciężaru na bolącą nogę, by sprawdzić, czy ból się nie nasili. Jeśli się nasilił, to zrezygnowała z tego. Plusem było to, że przynajmniej już nie wsiąkała w sufit. Boląca kostka jednak nie zwiastowała biegania na dobry koniec wieczoru. Jeśli nie mogła ustać na nodze, to od razu zaczęła się rozglądać się za czymś do podparcia, cofając jednocześnie w głąb pokoju. Nieprzerwanie też patrzyła w kierunku wejścia do pomieszczenia, obserwując to, co tam się rozgrywało .

Jedno co nie umknęło jej uwadze, to mniejsza moc jej zaklęć niż zakładała, dlaczego tak się działo? Nie wiedziała, nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie, czyżby zapasy jej energii magicznej się kończyły?

Widziała dziedziniec i musiała zrobić najlepszy użytek, jaki mogła z tego widoku. Tym, najbardziej przerażającym z widoków, niemalże wprawiającym w osłupienie był Azelil i każdy jego ruch. Z początku, ucieszyła się, że nic mu się nie stało, ale wystarczyła chwila, by uśmiech zmył się z jej twarzy. Coś było nie tak, zwłaszcza że ognika nie było nigdzie w pobliżu a ostatnią chwilą, w jakiej go widziała to atak na Azela. Już zrozumiała co się wydarzyło. Każdy jego ruch, uniesienie dłoni i nagła biegłość magiczna. Wszystko było jasne. Wykorzystał go w chwili słabości, czego robić nie powinien. Zastanawiała się, co to dla nich oznacza, ale teraz obawiała się go bardziej niż przedtem.

Nie odzywała się, by wyjaśnić Traxatowi, czym stał się Azelil. Był jego zagładą i chyba to zrozumiał w chwili gdy ten dopadł do niego.

Obserwowała wszystko, starając się stanąć na równe nogi i dojść do drzwi. Kapłani nie byliby problemem dla demona i Azelila. Wystarczyło, by podpierając się o ścianę, spojrzała w ich stronę i wysadziła jednego z nich – Eksplozja! — Widząc to wszystko, musieli być gotowi do ucieczki. Bo któż o zdrowych zmysłach walczyłby z czymś, czym stał się Azel oraz czarodziejką? Obserwowała go uważnie ze zmrużonymi oczami.
Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

398
POST BARDA
Noga nie bolała tak bardzo, jak mogłaby - bo choć utrudniała chodzenie, gdy ciało mimowolnie przenosiło ciężar na drugą stronę, to pozwalała poruszać się wystarczająco sprawnie. Wychodząc z salki, Kamirę przywitały przerażone spojrzenia kapałanów, a kiedy jeden z nich wybuchł, pierzchli, zostawiając Kamirę razem z Azelielem i truchłem Traxata.

Elf, czy też demon w elfiej skórze raz po raz dźgał miejsce, gdzie kiedyś była twarz orka, a obecnie pozostała z niej krwawa miazga. W końcu znudził się, odrzucił ulubiony Azelielowy sztylet na bok, jakby chcąc o nim zapomnieć, a następnie wstał i podszedł do Kamiry.

Nie wyglądał inaczej, niż Azel. Był pokrwawiony, przez wcześniejsze eksplozje i ostatnią potyczkę Traxata, ale w jego oczach płonął podobny blask. Brakowało jedynie uśmiechu.

- To ciało jest słabe. - Powiedział, powoli, artykuując słowa tak, jakby dopiero przyzwyczajał się do korzystania z ust. - Znajdź mi silniejsze, Kamirin, nim wykorzystam moc tego stworzenia.

Przez orkową posokę prześliznęła się świeża, tak ciemna, że niemal czarna, stróżka krwi. Spływając z nosa po górnej wardze, dotarła do ust. Elf uniósł dłoń, by zetrzeć ciepłą ciecz palcami. Spojrzał na ubrudzone świeżą krwią opuszki.

- To ciało wkrótce umrze. - Dodał. - Nie ma wiele czasu.

Jakby natychmiast miały spełnić się jego słowa, oczy Azela ukazały białka, a jego sylwetka zachwiała się. Ciało ciężko uderzyło o piach, lecz nim Kamirin zdążyła spanikować, Azeliel poruszył się w pyle.

- Coś ty mi zrobiła?! - Jęknął dziwnie drżącym głosem. - Z-zabierz to! Zabierz to ze mnie! - Prosił, podpierając się na rękach.

Bastion Khudamarkh

399
POST POSTACI
Kamira
Mimo że początkowy ból dał się jej we znaki, to była w stanie go znieść, choć nie było przyjemnie. Nie wiedziała, czy to adrenalina, czy może cokolwiek się jej stało, rzeczywiście nie było aż tak poważnie, na jakie z początku się zapowiadało. Pewna była jednego. To był koniec Traxata. Szkoda, że wraz z nim musiało zginąć tylu innych orków... Mogli jednak się poddać od początku. Wiedzieli, że mieli do czynienia z zagładą której przypisywano znacznie więcej niż zabójstwo jednego goblina.

To jak traktował martwego już Traxata napełniło ją tylko obrzydzeniem, zasłoniła odruchowo usta, chyba nic już nie trzymało jej rąk w wymuszonej pozycji, skoro ork był martwy.

Nie docierało do niej to, co mówił, nie do końca rozumiała, co sobie myślał, ani dlaczego zrobił to co zrobił. Patrzyła na niego w ciszy. Musiał wiedzieć, że czekała. Czekała aż wróci Azelila by mogła się z nim rozmówić. Zresztą, nawet jeśli pozwalał mu podejmować decyzje, na pewno wszystko słyszał. Wyjątkowo. Nie spanikowała gdy zaczął się zwijać. Jej wzrok wyraził niepewność i pewien strach o elfa, lecz wiedziała, że gorzej już być nie może.

Nie słuchała go gdy jęczał, nie miało to znaczenia. Wiedziała, że to był on, oddał mu kontrolę. Odruchowo postarała się mu przyjrzeć, oklepać go po jednym, po drugim boku, by sprawdzić, czy nie ma ran. – Nie jesteś ranny? Nie jesteś? — Sprawdziła pobieżnie jego stan, oklepując go tu i tam odruchowo na tyle na ile pozwalał jej zupełny brak wiedzy w tym temacie. Jeśli był ranny, to się nie odezwała, racząc go jedynie skrzywionym wyrazem twarzy.

– To nie ja. To demon... Co miał na myśli, mówiąc, że wkrótce umrzesz? Na pewno wiesz, rozmawia z tobą. Jeśli chodzi o to, że nie masz pokładów magicznych... Ugh... — Westchnęła, biorąc zaraz kilka głębszych oddechów, wsadziła dłonie we włosy, rozglądając się po pomieszczeniu. Zacisnęła zęby – Dobrze... Dobrze... Co zrobić... Co zrobić... Tak, tak, musimy go wrócić do mnie, na jakiś czas, na jakiś czas... Tak, przywykliśmy do siebie, jakoś to będzie, dostosowanie nie powinno być problemem... Nie powinno. Musimy się tylko zmęczyć, by mu to ułatwić, to wszystko. Tak... — Mówiła na głos, ale bardziej do siebie niż do elfa, zastanawiała się, co powinni teraz zrobić. Co prawda Traxat już nie żył, ale teraz ich problemem był demon, który nie miał zamiaru opuścić ciała Azelila bez otrzymania zastępstwa. – Wiesz... Jeśli nie jest zdatny... To, czemu tak o niego zabiegałeś? Hę?! Wróć do mnie, ze mną czasu ci wystarczy, prawda? Cel jest blisko — Warknęła, chociaż w obecnej chwili nie była pewna czy jej magia, pozwoli mu na powrót. Musiał próbować to zrobić wtedy, gdy była słaba i ledwo żywa w ruinach... Nie zrobił tego, musiał się bać, że coś pójdzie nie tak i zginie razem z nią albo oboje byli wtedy na tyle słabi, że by to ich zabiło... Dzisiaj jednak ona nie była słaba, on również nie był.

– Moje rzeczy... Muszę je zabrać. Trzeba iść do twojego pokoju. Venla musi sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku. Potem pomyślimy jak was rozdzielić. To priorytet! — Chwyciła go mocno za ramiona i wręcz chciała potrząsnąć, jakby miała mu to wbić do głowy.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

400
POST BARDA
Azeliel był przerażony.

- Zabierz go! Zabierz! - Prosił, wijąc się na ziemi, przyciskając dłonie do skroni. - Nie chcę go słyszeć! Kamira?!

Azelowi chwilę zajęło pogodzenie się ze swoim losem i opanowanie narastającej paniki. Kiedy usiadł na piachu, wyglądał tragicznie: krew orkowa, jego własna i piach mieszały się na jego twarzy i ubraniach. Był teraz łatwym celem, łatwym do wyeliminowania. Drżał, choć nie sposób było powiedzieć, czy z zimna, czy ze strachu, czy może z jeszcze innej przyczyny. Szeroko rozwarte oczy błądziły po dziedzińcu.

- Mówi, że jestem słaby! Nie jestem słaby! - Azel starał się bronić swojego honoru. - Mówi, że moje ciało nie wytrzyma!

- Opuszczę jego ciało wraz z jego własnym duchem. Pożywię się jego żywotem.

- Nie! - Konwersacja padała z tych samych ust, jednak różnice w tonacji pozwalały odgadnąć, które z wypowiedzi należą do kogo. Azel musiał stanowić żadne wyzwanie dla demona, który korzystał sobie z niego, jak chciał. - Powstrzymaj go!

- Nie mogłem wiedzieć, że jest bezużyteczny.

- Kamira! Kamira, pomóż mi! Pomóż mi, Kh-kharkun na pewno ci to wynagrodzi! - Azeliel powoli, ale skutecznie zbierał się na nogi. - Venla odeśle go tam, skąd przyszedł!

- Stara kobieta nie ma nade mną żadnej władzy. - Śmiech, który nastał po tych słowach, był na tyle przerażający, że Azel zasłonił własne usta.

Oględziny ciała elfa nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Azeliel nie tylko nie otrzymał żadnego ciosu, ale jego ciało było tak sprawne, jak zawsze. Jedynie nadnaturalne ruchy demona mogły sprowadzić na stawy i ścięgna zbyt duże obciążenie, które mogło objawiać się bólem.

Pokój Traxata stał otworem. Kamira mogła po nim buszować do woli, jednak nie znalazła wiele ciekawych rzeczy. Prócz jej ekwipunku, który ork zdobył wraz z jej domniemaną śmiercią, w srebrnej szakutłce, na stole, Traxat trzymał broszę. Wykonana została z ładnie wygiętego metalu, który wił się wokół dużego, białego kamienia. W półmroku Kamira widziała, że kamień emanuje blaskiem, jakby świecił w ciemności. Jeśli chciała, mogła zabrać broszę.

- Kogo chcesz tym wystraszyć, dziecko? - Zaśmiał się demon, wyczuwając obecność świecidełka. - Posucha? Nie wygodnisz mnie czymś takim.

- Pospiesz się!

Azel był blady pod warstwą zaschniętej krwi.

Bastion Khudamarkh

401
POST POSTACI
Kamira
Postarała się uspokoić. Musiała się uspokoić. Doskonale rozumiała, co w tej chwili czuł. Dla niej pierwsze dni "towarzystwa" również nie były łatwe, tak samo jak pierwsze dni samotności. – Zbyt się opierasz, to dlatego. — Odpowiedziała mu mimo wszystko chłodno. W tym chłodzie była jednak iskierka drobnej troski. – Musisz się uspokoić! Weź się w garść. Gdzie podział się ten elf, który wziął mnie, jakby nie było konsekwencji? — Postarała się, tym razem wyjątkowo go zdominować, nawet posuwając się do ściśnięcia go za policzki i wpatrywanie się w niego przez moment. Musiała go sprowokować. Musiała wydobyć z tej żałosnej powłoki, prawdziwego Azela. – Skoro jest dla ciebie bezużyteczny, to dzisiaj opuścisz to ciało. Wrócisz do mnie... Do naszego poprzedniego układu. Chyba że chcesz sczeznąć i przepaść wraz z nim. — Nie potrafiła, nawet i w tej chwili, gdy się odgrażała, nie uraczyć obydwojga spojrzeniem, które nie życzyło w tej chwili śmierci żadnemu z nich.

Trwająca konwersacja wyraźnie pokazywała, że elf nie wiedział, jak sobie poradzić. To wszystko sprawiało, że Kamira zaczynała się zastanawiać, dlaczego gdy jej towarzyszył, nie był, w stanie przejąc kontroli nad nią. Czyżby jej magia mu nie pozwalała? – Swoją drogą... Jak już przy tym jesteśmy... Pamiętasz tamten dzień? Może to nawet i lepiej, że tak się stało... Demonie, jesteś w stanie mu pokazać jak czułam się wtedy gdy nas skrzywdził? Nie zrób mu krzywdy. Chciałabym, tylko żeby wiedział... — Spuściła ręce i zupełnie się odsunęła, kuśtykając na jednej nodze. – Powinien tego mentalnie doświadczyć. Ah... Ten konflikt, kołatające serce, ta nienawiść, czy może to miłość? Płacz... Śmiech... Aż sama nie wiem, które z nich to było? Może jedno? A może wszystkie na raz? — Chciała uratować Azela, lecz wciąż była skonfliktowana. To mogła być jedyna okazja, by doświadczył czegoś, o czym zapewne nigdy nie myślał jak o czymś wielkim. Może i teraz traktowała go inaczej, to nie znaczyło, że zapomniała jak ich pierwsze zbliżenie wyglądało z jej perspektywy, nawet jeżeli pod okryciem powierzchownej brutalności, był delikatny. Jeśli jednak demon zdecydował się na coś gwałtownego, co wyraźnie odbiegało od jej prośby, zamierzałaby go powstrzymać. Nie chciała przecież by elfowi stała się faktyczna krzywda. Miał jedynie mentalnie doświadczyć tego, co ona doświadczyła tamtego dnia. Wraz z wszystkimi skonfliktowanymi odczuciami. Wierzyła, że demon pamięta, wszak towarzyszył jej wtedy, choć... Był cicho.

Nie interesowało ją zbyt wiele. Jej kosztowności i rzeczy oraz co najwyżej kosztowności Traxata, tyle ile była w stanie unieść. Broszka wydawała się ładna. Nie do końca wiedziała, czym jest. Zdecydowała się ją wziąć ze sobą, jako... Trofeum. – A co to jest za świecidełko? Myślisz, że takie coś mogłoby cię wygonić? Bzdura. Venla również sobie nie poradzi. — Wspomniała, jak to sam określił o starej kobiecie. Kamira sama nie wierzyła w to, że ktokolwiek inny jest w stanie tutaj coś poradzić. Ktokolwiek inny niż sama magiczka, która miała już doświadczenie z tą istotą.

Gdy Kamira miała już zupełnie wszystko i była z nimi w pomieszczeniu przyjrzała się blademu elfowi. – To co, przyjdziesz do mnie sam i zostawisz go w spokoju czy mamy ci stworzyć intymną atmosferę byś zdecydował się na wyjście? Basen? Kwiaty? Świeczki? Łóżko? Czego ci potrzeba? Cokolwiek to będzie, musisz mi wybaczyć skręconą kostkę — Mimo trudnej sytuacji, to teraz ona miała przewagę. Mogła dyktować warunki. Przyłożyła rękę do brody, jakby przez kilka chwil myślała – O rany, jakby się tak zastanowić to my razem nigdy... — Ciężko westchnęła, biorąc pod uwagę fakt, że o ile z Azelilem miała okazję spędzić noc tak... Z demonem również, lecz nigdy w takiej konfiguracji. – Chodź, opowiesz w drodze i pomóż mi trochę, bo kostka mi odpadnie. I tak musimy wrócić do domu... Im szybciej, tym lepiej. — A przez dom miała na myśli pokój Azeliela. Nim jednak wyszli, zdecydowała się wziąć sztylet, który elf wcześniej wyrzucił.
Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

402
POST BARDA


- Nie opieram się! - Panikował Azeliel. Połączenie z demonem nie było łatwe ani dla jego ciała, ani umysłu. Nie praktykował magii, dlatego nowa moc w jego ciele była obca i niebezpieczna, zbyt gwałtownie reagując z jego jestestwem.

Kiedy Kamira porwała jego twarz w dłonie, w dotąd dumnych, nieprzeniknionych oczach elfa widziała strach i obawę. Potrafiła jednak dostrzec, że kontakt jej dłoni z jego skórą tylko pogorszył ten stan, jakby bardziej, niż demona, Azeliel obawiał się właśnie jej. Być może sądził, że Kamira nie będzie się wahać teraz, gdy miała go w garści. Dlaczego miałaby w innym wypadku nawiązywać do tego, jak zabrał jej cześć? Nadszedł czas zemsty.

- Kamira... Ja nie... Nie... - Próbował mówić, jednak demon walczył o dominację zbyt mocno. Oczy Azela zaszły krwią, gdy białka pokryły się gęstą siateczką żyłek, z których niektóre popękały.

- Wrócę do ciebie, gdy to ciało szczeźnie. Już niedługo. - Powtórzył demon, uzyskując kontrolę nad elfem. Zniknął strach z twarzy Azeliela, zostawiając jedynie pustkę, jakby demon nie chciał tracić energii na skupianie się na mimice.

- Jeśli chcesz, by cierpiał, niech cierpi. - Odezwał się znów demon, tym razem unosząc prawą rękę Azeliela. - Nie uciekaj się do nieskutecznych sposobów. - Ręka opadła, pod niewłaściwym kątem, nie tak, jak prowadziły ją kości i ścięgna. Dziwny, nieprzyjemny dźwięk łamanych kości, niszczonych stawów i rwanych więzadeł towarzyszył temu ruchowi, którego Kamira nie mogła w porę zablokować. - Chcesz, by cierpiał. By czuł strach. Możesz wszystko, Kamirin. Pokaż im, mścij się. Niech cierpi.

Czekał, nie oddawał jeszcze władzy nad ciałem Azelielowi, który sam nie był w stanie jej przejąć, gdy posiadał zbyt słabą mentalną moc. Ramię smętnie zwisało u jego boku, jednak nawet się nie krzywił. Przyjdzie czas, by Azel poczuł ból. Podniósł się i poszedł za Kamirą do kwater Traxata.

- To? To może wystraszyć byle ożywieńca. - Skomentował broszkę, samemu rozglądając się za czymkolwiek cennym. - Nie mnie. Ty również nie dasz rady mnie stąd wypędzić. Nie wiesz, jak. Dlaczego zależy Ci na tym ciele? Jeśli chcesz ocalić tę istotę, przysposób mi smoka. - Rzucił demon żądaniem niemożliwym do wykonania. - Wtedy być może zostawię go w spokoju.

Sztylet w dłoniach Kamiry był ciężki i zimny. Pasował do jej drobnej dłoni, jakby specjalnie dla niej wykonany...

Demon nie zamierzał pomagać Kamirze. Wyszedł na plac pierwszy, tylko po to, by spotkać się z kapłanami, którzy czatowali wokół ciała Traxata niczym stado much nad padliną.

- Dobry Drwimirze... Spal niewiernych swoim ogniem! Oczyść tę ziemię! - Modlili się, zerkając w stronę Kamiry. - Zgładź tych, którzy podnieśli rękę na wielebnego!

Kapłani nie powstrzymywali niecodziennej pary - Kamira i demon w Azelowej skórze mogli bez przeszkód wrócić do pałacu, a następnie do pokoju Azeliela. Skąpanego we krwi elfa nikt nie zatrzymywał, wręcz przeciwnie, rozstępowano się przed nim, nie chcąc wejść w drogę.

Bastion Khudamarkh

403
POST POSTACI
Kamira
Połączenie z demonem nie znało takich słów jak "Łatwe". Nawet Kamira to wiedziała, mimo to, czarownik albo ktoś z pokładami magicznymi był w stanie żywić tę bestię bez uszczerbku na własnym zdrowi. Ktoś, kto magii nie posiadał, nie był jednak w stanie zapewnić mu odpowiednich zasobów, przez co musiał żywić się jego życiem, to już zrozumiała. Była zła i chciała, by Azel doświadczył, choć odrobinę krzywdy, mimo to. Nie podobała się jej ochoczość demona do robienia mu większych krzywd. Zupełnie nie o to jej chodziło. – Nie. Masz mi oddać mojego elfa już teraz w nienaruszonym stanie. Nie ma wysysania jego życia. — Nie miała zamiaru nigdzie iść, dopóki nie rozstrzygną tego problemu na dobre. – W nosie mam twoje sposoby — Tupnęła mocno nogą, która jej jeszcze nie bolała. – Masz mi go oddać albo powiedz szukaniu smoka papa. — Patrzyła ze złością w kierunku Azela, choć nie na niego a na bestię, która teraz w nim rezydowała. Gdy Azel wyszedł na placyk, spostrzegła na kapłanów tam urzędujących z pogardą. Chyba całkiem stracili nadzieję. – Zamknijcie te parszywe mordy wy bezmózgie orki — Prychnęła w ich stronę. Nie mniej, nie miała zamiaru puszczać elfa, o nie. Chciała go zatrzymać, czy to łapiąc za część ręki, czy za coś innego. Sztylet, który miała w ręce, mimo małego rozmiaru nie sprawiał wrażenia naturalności, nie rozumiała tylko dlaczego tak szybko demon go odrzucił, czyżby coś było z nim nie tak? Nie wiedziała, wsunęła go za pasek, by jej nie przeszkadzał. – Zrób mu coś jeszcze a nici z jakichkolwiek układów, rozumiesz? Oddaj go, należy do mnie! — Nie mógł go jej ani zabrać, ani nie oddać. Czy ten czas, jaki spędzili razem od pierwszego rytuału, nic dla niego nie znaczył? Mieli wzloty i upadki, mimo to teraz była szansa na wspólne działanie, którą rujnował. Nie miała zamiaru dać mu odejść, miała zamiar stanąć blisko niego.
Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

404
POST BARDA


Demon zaśmiał się nieprzyjemnie. Nie był to śmiech, który można było usłyszeć z ust Azeliela. Jeśli do niedawna zamieszkiwana przez Kamirę istota miałaby otrzymać na stałe ciało, to śmiałaby się właśnie w taki sposób, mrożący krew w żyłach, przywołujący ciarki na plecach.

- To nasz pakt, Kamirin. Jego życie za Twoje. - Powiedział demon. - Nie zapomnij, że to dzięki mnie żyje. Dasz mi smoka albo oboje umrzecie. Nie masz wiele czasu.

I choć Azel daleki był od bycia nienaruszonym, demon mógł opuścić jego ciało. Łapiąc Kamirę za ramiona, połączył ich usta w pocałunku. Ledwie ich wargi zetknęły się, a wkrótce ciało elfa zwiotczało i osunęło się na ziemię, kompletnie nieprzytomne. Kamira poczuła w swoim znajomą obecność.

- Daj mi smoka. - Przypomniał demon, nim jego głos zanikł całkowicie we wnętrzu Kamirin. Czarodziejka mogła się domyślić, że zmienianie powłok nie było łatwe i całkowicie wyczerpało stworzenie.

Azeliel leżał w piasku, ubabrany we krwi. Wokół niego i Kamiry, w półokręgu, stanęli kapłani, wciąż szepcząc modły do Drwimira. Bez wsparcia, sytuacja Kamiry nie była kolorowa.

Bastion Khudamarkh

405
POST POSTACI
Kamira
Jego groźba mimo wszystko dźwięczała jej w uszach. Nie miała pojęcia, jak to się wszystko dalej na nich odbije. Na szczęście, nie stawiał dodatkowego oporu i przystał na propozycje, dalej rzucając w powietrze puste groźby. Nie mógł się ich pozbyć, na pewno nie chciał zostawać pasożytem i liczyć, że ktoś go nie zabije wraz z przejmowaniem jakiegoś ciała albo, że nie umrze razem z nim, gdy dokona przemiany i nie będzie miał gdzie zagościć. Chciał brzmieć, jakby tutaj rządził, mimo to... Również nie miał wyjścia i to była przewaga Kamiry nad nim. Amulet Traxata, który ze sobą zabrała, szybko wylądował na jej szyi.

Nie spodziewała się, że zgodzi się tak szybko. Nie myślała, że uwolni go w taki sposób. Nie mniej... Dobrze, że to zrobił, mogła odrobinę odetchnąć, choć... Też nie do końca, łatwiej by było gdyby zrobił to gdzie indziej, gdyby nie było tutaj kapłanów. Wyraźnie nie był dobrym towarzyszem i oddanie mu smoka nie skończy się zbyt dobrze... Przez to wszystko Kamira zastanawiała się jaki wpływ na demona mają przybory wytłumiające magię. Może właśnie to była droga, jaką powinni wykorzystać na uspokojenie bestii przez jakiś czas?

Czuła się... Jak dawniej, miała towarzystwo. Nie do końca rozumiała, dlaczego akurat w taki sposób zdecydował się do niej wrócić, mógł wyjść ot, tak, a jednak wybrał taką drogę... Czy to oznaczało, że był po prostu trudny w obyciu, czy chciał, choć ten raz być po drugiej stronie? Czy w jakiś swój pochrzaniony sposób również do niej przywykł? Do niej i jej dziwności? Rzuciła kapłanom ledwie krótkie spojrzenie. Najpierw musiała zająć się Azelem. Siadła i podparła jego głowę o siebie, by mieć go blisko, przy sobie. – Azel, Azel... Wreszcie cię zostawił, wreszcie. Obudź się. Już możesz się obudzić, nie ma go — Wołała, ściskając go całkiem mocno. Jeśli kapłani zaczynali coś kombinować, to nie miała większych oporów, by w złości potraktować każdego z nich eksplozją. Wystarczyło jedno słowo i spojrzenie w ich kierunku. – Eksplozja! Eksplozja! Eksplozja! — I byliby sami... Nawet jakby się Azel nie przebudzał, to czuła, że musi się ich pozbyć. Widzieli za dużo. Wiedzieli za dużo. Nie chciała zabijać kolejnych, ale jak inaczej miała w tej chwili postąpić? Jeśli Azel dalej się nie przebudzał, to zamierzała wciągnąć go do pokoju i spróbować ocucić jakąś wodą albo czymkolwiek innym. Musiał być w stanie iśc. Nie mogła go nieść.
Spoiler:
Spoiler:

Wróć do „Wschodnia baronia”