Bastion Khudamarkh

61
Bulion nie wydawał się poruszony tym, co zrobił - wyrzucił suknię za okno. Zapewne kawałkiem materiału szybko zainteresują się jacyś przechodnie, może nawet goblinice, które jakiś czas temu nagabywały Kamirę? Może nawet uda im się zarobić na znalezisku...

To nie było zmartwienie czarodziejki. Bulion poszedł w swoją stronę, zostawiając ją pod opieką Quetiapina i ślicznotek. Całą siłę i grozę stanowiły, zdawałoby się, kobiety, gdy poturbowany bard ledwie trzymał się w pionie na swoich poduchach. Słowem nie skomentował stroju Kamiry, ale Qlaira wyglądała, jakby dostrzegła jakiegoś naprawdę okropnego robaka. Przy jej poczuciu stylu i ubraniach, które często składały się głównie ze złota i czasami woali, sklecona z płachty szata była poniżej godności. Kapelusz jedynie dopełniał komiczności postaci magiczki, wywołując nieładny grymas na twarzy blondyny.

- Świat wrócił do należytego porządku. Ostrzegaj nas wcześniej, jeśli znowuż zechcesz pogrążyć nas w mroku. - Ton Quetiapina był lekki mimo jego stanu. Uśmiechnął się półgębkiem. - Obawiam się, że nie wrócę do pełni sprawności tak szybko, jakbym chciał. Moje kości są strzaskane i mimo chęci, instrumenty muszę na jakiś czas odłożyć. - Wyjaśnił, pokornie skłaniając głowę. - Służę głosem, jeśli zażyczysz sobie pieśni.

Qlaira wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast otwierać usta pogładziła ramię Quetiapina, a następnie ucałowała go w skroń z czułością. Mężczyzna posłał jej wdzięczne spojrzenie.

- Podczas twojej nieobecności... cóż. - W zastanowieniu odgarnął włosy z twarzy. - Wszelkiego rodzaju potwory stały się nad wyraz śmiałe. Można wręcz powiedzieć, że przypuściły na nas atak... szczęściem, wyszliśmy z oblężenia obronną ręką. - Rzucił spojrzenie na temblak, jakby zdał sobie sprawę, że użył niefortunnych słów. - Nie zaprzątaj sobie głowy, musiałaś wypocząć, to zrozumiałe. - Ponownie skłonił głowę w geście szacunku. - Wielce nam pomogłaś, pokazując goblinom i samozwańcom, gdzie jest ich miejsce. To jest, w objęciach śmierci. - Uściślił.

Quetiapin znów zmienił pozycję. Półleżąc, oparł się o Qlairę, zadzierając głowę mówił, wpatrując się w blondynkę. Kurtyzana wplotła dłoń w jego włosy, by pieścić go z czułością. Dla pobocznego obserwatora wydawali się zakochani w sobie bez pamięci.

- Pani Venla wraz z Panem Q'beuem odwiedzą nas dzisiaj wieczorem. Zapewne będą chcieli rozmawiać o nieobecności Propriona Van Lohe. - Mówił bard, patrzył jednak na Qlairę. - Mamy przygotowany dla nich prezent. - Dodał, nie zdradzając szczegółów. - A ty, najdroższy Płomyku? Jak się czujesz? Czego ci brak, co uniżony sługa mógłby ci podarować? Jakiż prezent chciałabyś otrzymać?

Bastion Khudamarkh

62
Czy właśnie taki był porządek świata? Porządek, w którym Kamira nie mogła wyglądać, tak jak chciała, ubierać się tak jak chciała bez narażenia na dziwne spojrzenia? Najpewniej tak - co też nie oznacza, że obecnie noszony przez nią pseudo strój, był czymś, co chciała nosić. Jej standardy były nieco wyżej, choć powoli zaczynała się nie tyle, co przyzwyczajać, co tolerować kwestię "stroju" jakie tutaj praktykowano.

– Ugh... Szkoda, że nie mogę ci z tym pomóc, ale chyba Qlaira radzi sobie doskonale dobrze — Zaśmiała się, skrywając lekko twarz za dłonią. Wcale sobie z nich nie kpiła, można wręcz powiedzieć, że cieszyła się ich szczęściem. Jeszcze tego brakowało by myślała, bądź oni myśleli o niej inaczej. – Nie, nie. Nie musisz śpiewać. Im więcej odpoczniesz, tym szybciej się zrośnie. Mówię to jako czarodziejka! — Próbowała brzmieć moralizatorsko i poważnie, mimo że nic a nic się nie znała ani na medycynie, znachorstwie, ani magii leczącej - ot, szczytem jej możliwości było zakrycie rany bandażem i pokraczne zatamowanie krwawienia - o ile w ogóle skuteczne.

– Potwory? — Nie lubiła potworów, ale ich nie było jej szkoda w żadnym wypadku.

Nie chciała też zbytnio komentować swojej roli w sprawie goblinów ani w sprawie gości na balu. Wciąż niezbyt dobrze się czuła z tym wrażeniem i momentalnie posmutniała na wspomnienie Quetapina o tych zdarzeniach. Ot - wolałaby mieć więcej do powiedzenia na ten temat, zwłaszcza że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że tak naprawde - nie zrobiła krzywdy tym ludziom a całe zamieszanie to sprawka tej dwójki, która właśnie okazywała sobie czułość na jej oczach. Właśnie z powodu ich decyzji, w żadnym wypadku nie była o nich zazdrosna. Jak mogłaby być o kogoś, kto dopuszcza się takich okropieństw, przy okazji oskarżając o to kogoś innego? Robiła dobrą minę do złej gry, ale czy było to możliwe, że jej magia zadziałała zupełnie inaczej? Nie chciała w to wierzyć, nie mogła w to uwierzyć, a nawet gdyby jakiś czarodziej, powiedziałby jej, że brak słońca zakłócił jej magię na tyle, że tak się stało... To odpowiedziałaby mu prosto - To, że myśli, że ma racje, wcale nie oznacza, że ją rzeczywiście ma. Trywialne, ale prawdziwe - znała swoją magię na tyle, by wiedzieć, że nie robi takich żartów. Nie mogła, bo zawsze okazywała swoim czarom wystarczająco szacunku, by nie wykorzystywać go do celów niewłaściwych, jedynie z przeznaczeniem.

– Powiecie, że zjadły go potwory? — Zapytała z nutą ciekawości w głosie, chciała poznać ich plan, a to wydawało się najlepszym, na jaki wpadła - zwłaszcza że sam Quetapin był ranny, co mogło tylko potwierdzić tę wersję. – Dla nich prezent? — Uśmiechnęła się – Zawsze dbacie o gości, co? Czyli jednak chcecie z nią rozmawiać? Mam nadzieję, że będą zadowoleni z prezentu. Gdy oni się ucieszą, to chyba wszyscy się z tego powodu ucieszymy — Nie miała nic przeciwko. Może w końcu trafi się ktoś, kto ją zrozumie, bo kto zrobi to lepiej niż inny mag? Do samej Venly nic nie miała, ale w sercu, obawiała się jej, na pewno była to osoba o faktycznie większym doświadczeniu i autorytecie niż ona. – Ja? Um... — Zamyśliła się i szybko powstała na równe nogi, co i rusz wyraz jej twarzy zmieniał się. Zaczęła się nerwowo kręcić po pomieszczeniu, ot wyliczając rzeczy, które by chciała. – No to chciałabym by Bulion mógł wyglądać jak prawdziwy orczy Lord, chciałabym, by dostał wspaniałą zbroję i broń, jaką tylko chce. No i chciałabym, by dostał możliwość spełniania swoich twórczych marzeń... No i chciałabym, byś szybko wyzdrowiał, to chyba możesz dla mnie zrobić, prawda? A prócz tego jeszcze coś dla mnie... No, trochę miałam kiedyś problemów w Karlgardzie i chciałabym posłać trochę zębów do domu, by pokazać, ze wciąż o nich pamiętam. A wy, czego byście chcieli? —

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

63
Kolejne winogrono znalazło drogę do ust barda. Quetiapin żuł przez chwilę, nim znów otworzył usta. Jego wzrok był bezpowrotnie wlepiony w Qlairę.

- Nie wahaj się, wejdź do wody, jeśli chcesz. Dziś jest nieznośnie gorąco. - Odezwał się. Kamira zdała sobie sprawę, że choć widziała już niemal wszystkich w baseniku, bard dotąd ani razu nie zamoczył, ani nawet nie odkrył ciała. - Qlairo, ty również, dlaczego się nie ochłodzisz?

Odpowiedział mu kolejny pocałunek, tym razem złożony na jego czole.

- Zostanę z tobą. - Szepnęła Qlaira, tymczasem kobiety w wodzie zaczęły nawoływać czarodziejkę, by zrzuciła ręcznik i do nich dołączyła. - To nie są zwykłe złamania. Przez matkę, Quetiapin...

- Qlairo. - Quetiapin przerwał, nagle stanowczym, podniesionym głosem. - Wystarczy, kochana. Nie zamęczajmy Płomyka sprawami, które nie wymagają jej zaangażowania. Prędzej czy później, najpewniej wrócę do zdrowia. - Zapewnił, choć sam nie brzmiał na przekonanego. Jakąkolwiek tajemnicę skrywał, nie chciał zdradzić jej Kamirze tak łatwo. - Te potwory, posuchy, jak na nie mówią, sprawiły nam trochę kłopotu, lecz spójrz: zagrożenie zostało zażegnane. Możemy wszyscy odprężyć się i odpocząć.

Jedna z dziewcząt, Bimizza, jak pamiętała jej imię Kamira, ta sama, która podcięła gardło nizołkowi, podpłynęła do niej i wyciągnęła dłonie.

- Chodź do nas, Płomyku! - Poprosiła, uśmiechając się zachęcająco. Wydawało się, że nie do końca interesowało ją to, o co oskarżano Kamirę i jakie zasługi jej przypisywano. Nie wszyscy jechali na jednym wózku. Śmierć wielu nie leżała na barkach kurtyzan. Rząd równych, białych zębów w uśmiechu czarnoskórej ślicznotki w żadnym wypadku nie przypominał miny, którą przybrała, gdy ostrze pozbawiało życia posłańca Venli.

- Nie zadecydowałem jeszcze, co powiemy pani Venli w sprawie pana van Lohe. - Stwierdził po chwili namysłu Quetiapin. - Sądziłem, że być może posłużysz nam radą i pomocą w tej kwestii. - Sugestia była jasna - Kamira miała wziąć na siebie śmierć niziołka! Czy jedna, kolejna ofiara coś zmieniała? - Chciałbym, by wszyscy byli zadowoleni. Również ty, Płomyku, choć nie jesteś naszym gościem. Jesteś jedną z nas. - Bard w końcu przeniósł na nią spojrzenie. Jego oczy utraciły ten niesamowity blask, jednak wciaż żarzyły się jasno. - I chcielibyśmy, byś z nami została. Twoje życzenia zostaną spełnione. Bulionowi zostaną zapewnione wszelkie wygody, których dotąd nie otrzymał. Co do Karlgardu, mm... pomyślimy nad tym. - Zawiesił myśl w powietrzu. - Zacznijmy od posiłku. Po trudach nocy z pewnością jesteś głodna. Czy dotrzymasz nam dzisiaj towarzystwa tutaj, czy chciałabyś wyjść, zobaczyć Bastion? Sefu mógłby cię oprowadzić.

Bastion Khudamarkh

64
Ostatnim razem gdy Kamira zdecydowała się wejść do baseniku to światło zgasło - dla każdego. Może to wcale nie był taki najlepszy pomysł, by wchodziła i tym razem. Kto wie, czy tym razem nie rozświetli się za bardzo i wszyscy nie zostaną, tak przypadkiem - spaleni w ogniu gorąca.

Jakoś nie dziwiła jej kwestia barda, który nie raczył się odkrywać. Wszak był tutaj jedynym takim facetem, musiał mieć swoje tajemnice, bo jak się okazywało - kobiece sekrety niezbyt wiele tutaj znaczyły. No, chyba że była czarodziejką, to mogła próbować.

Nawoływania się nie kończyły a Kamira jedynie bardziej zamykała się w swoim prześcieradełku, bo przed chwilą i tak zażywała kąpieli, a teraz byłoby jej szkoda zmoczyć tak ładnie uplecioną przez Buliona fryzurę. To, że założyła kapelusz, wcale nie oznaczało, że się jej nie podobała, oraz że jej nie doceniała. Było wręcz przeciwnie. Fryzura zasługiwała by być oglądana tylko przez tych, którzy są tego godni, ale Kamira jeszcze takich nie wybrała. Kręciła głową przecząco do pozostałych panien, odmawiając im wspólnej rozkoszy, przynajmniej w tej chwili.

Złamania Quetapina były dla Kamiry dziwne. Zwłaszcza kwestia tego jak się do nich odnosił, nie była pewna czy powinna pytać, ale może właśnie powinna? Jego dalsze słowa wyraźnie spychały ją na dalszy plan, jak osobę trzeciej kategorii, jak kogoś niewartego zadręczenia i to wcale jej nie umniejszało jako osobie, choć... Nie mogła stracić wrażenia, że jest traktowana jak egzotyczna błyskotka. Wszak brakowało jej typowo kobiecego, pożądanego przez mężczyzn wdzięku, więc zwyczajną błyskotką być nie mogła - przynajmniej tyle. Głupio by jednak wyglądała jako taka błyskotka... Z kapeluszem.

Koniec końców bard starał się załagodzić nastrój i uspokoić czarodziejkę, z pewną niepewnością w tonie i głosie dziewczyna mruknęła twierdząco jego słowa przy okazji kiwnięciem głowy. Choć wcale bezpieczniej, ani lepiej się nie poczuła. Tym, co odwróciło jej uwagę, było dalsze zainteresowanie dziewcząt. Ta sama, która bezpardonowo poderżnęła niziołkowi gardło, teraz chciała zostać jej przyjaciółką, albo kto wie. Kamira sama nie wiedziała, nie chciała patrzeć na nie podejrzliwie, ale przez myśl przechodziło jej nawet stwierdzenie, że każda z tutejszych ślicznotek to straszliwa maszyna do zabijania... A co jeśli ją utopią? Nie, nie rozważała tego na poważnie, ale zaczynała dostrzegać elementy, które nie pasowały do obrazka... Ona zresztą też. – Co to za złamania? — Wypaliła, bo w tej chwili musiała już mieć pewność odnośnie tego, z czym ma do czynienia.

Brak zdecydowania w sprawie Venli... Sprawiał, że poczuła się znów niepewnie. – Prawdę mówiąc sama nie wiem jaka ta Venla nawet jest. A skoro nie znam tej czarodziejki. To nie wiem co zrobić... Ale! Ale wiem jedno. Na pewno będzie zwykłą czarodziejką. Przyjdzie z ochroniażem, po tym co się stało. Będzie stawiała żądania. Może z nią rozmawiać tylko inna czarodziejka, tylko tak spojrzy na nas równo. A jak będzie się mnie obawiać, to będę miała przewagę, bo jej prawdziwa intencja pokaże się pierwsza. — Tak właśnie myślała. Musiała zrobić jak najwięcej by spojrzeć na nią z góry, by inni mogli patrzeć na nią z dołu. Gdy mówiła, podniosła się, zakręciła wkoło własnej osi, prawie że teatralnie. Pokazując, zarazem też sugerując, że kiepskie aktorstwo to jej druga natura, choć w rzeczywistości wcale grać nie zamierzała a pokazywać swoje wewnętrzne pragnienia i marzenia o potędze w najczystszej postaci. – Musimy ustalić ekscentryczny regulamin gości. Jak np to, że mają wchodzić bez koszulki, albo bez spodni, bo tylko władcom i bywalcom wolno je nosić. Tak, to wystarczająco ekscentryczne by zaczęła się bać — Kamira wyraźnie się nakręcała i to nie wcale na oglądanie kogoś, czy czegoś a na to jak bardzo może kogoś upokorzyć, zwłaszcza inną czarodziejkę przychodzącą tutaj w odwiedziny. Poza tym - liczyła, że ktoś wpadnie na inne pomysły – Może jakieś inne, ekscentryczniejsze zasady? — rzuciła do panien w basenie, które chyba żadnych zasad na sobie nie miały... W upokorzeniu nie chodziło o umniejszenie wartości drugiego czarodzieja a o zwiększenie swojej. Postawienie siebie wyżej w roli kogoś, na kogo trzeba zwracać nie tyle co uwagę, ale liczyć się z jego zdaniem i zachciankami. Tak oto rzekła Kamira.

– Świetnie! Bulion się ucieszy — Uśmiech sam narysował się na jej twarzy – To nie musi być Karlgard, chodzi o moją rodzinną miejscowość, to tam trzeba, nie do czarodziejów. — Sprostowała temat długów i chęci ich spłacania. – Tak, co dzisiaj mamy? — Zapytała zachęcona posiłkiem, bo... Faktycznie była głodna, nie pamiętała za bardzo ostatniego posiłku, a na pewno kiszki grały już jej marsza i wcale nie cicho. Jeśli jednak coś jadła w trakcie tej swojej wegetacji - to nie miała tego w pamięci. – Nie — Pokręciła głową – Dziś zostanę i przyjmiemy Venlę. Jutro zwiedzę bastion — Zdecydowała, zapewniając Quetapina, że sprawy bieżące są dla niej równie ważne, jak nie ważniejsze od poznania samej okolicy. A kapelusz na głowie trzymała, choćby nie wiadomo co się stało. Atrybut czarodziejski był ważny, jak nie najważniejszy w obecnej chwili, bo nawet i bez kostura, musiała się godnie, jak czarodziejka prezentować.

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

65
Kamira wyglądała jak ktoś, kto tylko szykował się, by wejść do wody. Należało zrzucić swój komiczny strój, wyrwać się pod kapelusza i spomiędzy objęć prześcieradła, a następnie zanurzyć się w chłodnej wodzie basenu, zapominając o problemach i ofiarach - tych przyszłych i przeszłych.

Dziewczęta nie odpuszczały. Więcej ślicznotek podpłynęło do brzegu basenu, by zachęcić Kamirę do dołączenia do nich. Były jak syreny, które wabiły żeglarzy ku niebezpieczeństwu, choć w tym przypadku nie wydawało się, by miały złe zamiary. Uśmiechały się, chcąc dzielić przyjemność z Kamirą aniżeli jej zaszkodzić. Żadna nie zareagowała na słowa Quetiapina, gdy ten odmówił podzielenia się sekretem. Najwyraźniej wszystkie zaznajomione były z tajemnicą, którą skrywał. Jedynie Kamira pozostawała w mroku.

Quetiapin po chwili milczenia począł znów kręcić się na poduszkach, tym razem podnosząc się do siadu, a następnie wstając z miejsca wypoczynku. Qlaira była tuż obok, wspierając go i pomagając utrzymać pion. Wydawało się, że bard bardzo cierpi z każdym ruchem, a bez podpory przyjaciółki złamałby się jak drzewko smagane wiatrem. Jego twarz wykrzywiał nieładny grymas, gdy powolnym krokiem udał się w kierunku Kamiry.

- Mam nadzieję, że nie tak groźne, jak mogłoby się wydawać. Ach, Płomyku... jakaż szkoda, że nie specjalizujesz się w magii leczącej. - Westchnął, siląc się na uśmiech. - Mam nadzieję, że Pani Venla zechce być łaskawa i nieco ulży w bólu tym, którzy ucierpieli podczas Długiej Nocy.

Czyżby Quetiapin sugerował, że pod tym względem Kamira jest gorsza od Venli? Nie mówił tego wprost, ale nie dało się ukryć, że prócz destrukcji, Kamira nie pokazała więcej. Zresztą, nie musiała. Jej eksplozje były wystarczające.

Cichy śmiech poprzedził jego kolejne słowa.

- Och, Płomyku, pani Venla nie potrzebuje ochrony. Zresztą, jeśli chciałabyś ustalać coś ekscentrycznego, z pewnością nie pojawiłaby się w naszych skromnych progach. Kamirin... - Dotąd zmrużone w uśmiechu oczy Quetiapina przybrały inny, mniej sympatyczny wyraz. Były zimne, choć wydawało się, że mimo braku światła płonie w nich dziwny, magiczny żar, pozbawiony ciepła. - Venla nie jest kimś, kogo możemy lekceważyć. Zresztą, jest przyjaciółką Kharkuna. - Dłoń zdrowego ramienia powędrowała do czoła mężczyzny, pocierając je w geście zakłopotania. - On stanowi dla nas w tej chwili największy problem.

Quetiapin nie skomentował już sprawy długów Kamirin. Przysiadł na niskim murku, odgradzającym brzeg baseniku od reszty pomieszczenia. Wyglądał na bardzo zmęczonego, a blada twarz zdradzała jego odczucia, choć maskował je bardzo umiejętnie.

- Pójdę do kuchni, coś ci przyniosę. - Zaproponowała Qlaira głodnej czarodziejce, odgarniając grzywkę ze spoconego czoła Quetiapina. Czyżby miał gorączkę? A może ukrop pustyni dawał mu się we znaki?

Kiedy kurtyzana odeszła, bard spojrzał znów na Kamirin.

- Po dzisiejszym dniu możesz nie być w Bastionie tak bezpieczna, jak jesteś teraz. Doradzam rozwagę, Kamirin. Venla i Pomyj nie są kimś, kogo można lekceważyć. - Powtórzył. - Dużo zależy od dzisiejszych rozmów.

Bastion Khudamarkh

66
Ofiar było wiele, albo nawet i żadnej - Kamira nie widziała ani jednej, no może prócz Quetapina, z którym było dosyć w porządku. Dlatego nie miała powodu do przejmowania się ofiarami. Tymi, które już były i tymi, które mogły nadejść.

Syreny kusiły swoimi niebezpiecznymi wdziękami nie jednego żeglarza. Nie potrafiły jednak rozpoznać woli prawdziwie silnej i odpornej na ich zaloty. Raz, drugi, trzeci - Kamira nie ustępowała w swoich poczynaniach, a raczej swojemu własnemu podejściu do baseniku, bo wiedziała doskonale, że jak nie wymyśli jak zrobić to na swój własny sposób, to będzie musiała dokonać tego w ten ich, a tego nie chciała. Tym, co wybijało ją z rytmu myślenia, były słowa barda, miał rację odnośnie jej specjalizacji. Nie było nią leczenie. Nawet okład z młodych piersi wyszedłby jej dosyć słabo, ale takie uroki posiadania przeogromnej mocy przez Płomyka. Ot, szło się poparzyć. Jego dalsze słowa przyprawiło jej twarz o grymas, bo w tej chwili zapewnił ją, że Venla przyjdzie tutaj, możliwie, że nie tylko w celu poznania losu niziołka, a w celu pomocy tutejszym. Nie odpowiadało to jej, chciała być dominującą z magiczek, a zapowiadało się, że nie będzie mogła zrobić nic. Jeśli jednak wiedziała o magii cokolwiek, to na pewno to, że jak ktoś był człowiekiem wielu talentów, to te talenty były generalnie słabe, co sprawiało, że miała pewność, że jej magia jest silniejsza. – Phi! Skoro ona się zna na magii leczącej, to oznacza, że w mojej specjalizacji na pewno mi nie dorównuje! — Dodała z dozą pewności siebie. Nie życzyła nikomu źle, dlatego nie miała ochoty dominować nad Venlą skoro tak się sprawy mają.

Musiała postawić na swoim, a skoro każdy argument przegrała, to musiała wymyślić taki który wygra. – Niech ulży. — Powiedziała, wtedy też z nieznikającym grymasem na twarzy wsunęła się do basenu, z prześcieradłem dalej na miejscu. Zaraz potem kapelusz wylądował gdzieś przy brzegu. Ładnie położony, by się nie zamoczył. Na swój sposób oparła się nieodpartej syreniej magii. – No i jestem... Bez moczenia głowy, bo Bulion się zdenerwuje!— Przestrzegła wszystkich w baseniku. Musiała w czymś na swoim postawić i nawet mieć niepodważalną rację, także dlatego zjadła ciastko i miała ciastko. Była w basenie i się chłodziła, ale na swoich warunkach! – No to bez ekscentryczności. Przyjdzie, damy jej ciasto i zrobi, co musi — Mówiła dość urażona. Każda czarodziejka na pewno chciała skosztować lokalnych specjałów. To tylko Kamira była wyjątkowa pod względem ograniczonej diety, dlatego właśnie wiedziała, że do serca i do magii czarodziejek szło się właśnie przez żołądek. Zje, opowie kilka magicznych plotek, których nikt nie zrozumie i będzie szczęśliwa. Tak powinno być, bo tak robią czarodziejki, Venla nie powinna być inna, to Kamira się wyłamywała ze schematu. Nie miała właściwie pojęcia co zrobić, jak podejść do sprawy czarodziejki, ale bezsprzecznie - wyjdzie to w praniu. Może nawet i prześcieradła. – Ostrzegam. Wybuch nadchodzi! — Musiała się odstresować, bo ta rozmowa doprowadzała ją tylko do złości, a zaraz potem do smutku. Nie miała ochoty ani krzyczeć, ani nikogo sprowadzać do pionu. Nie było to warte jej zachodu, najlepiej było zrobić coś po swojemu i się zresetować. Najlepiej jakimś wybuchem. – Czerni ciemniejsza od mroku, gorącu cieplejszy niż słońcu. Daj mi swojej mocy dziś i przynieś świt! — Wypowiedziała inkantacje, kierując swoją energię gdzieś w dolne partie basenu. Wszak obrała miejsce takie, by nikomu krzywdy nie zrobić. Ot, chciała zrobić wodny wybuch, który też za bardzo się nie rozleje, ale jednak huk i woda poleci. Nie byłaby sobą gdyby tego nie zrobiła, a tak przy okazji musiała nadrabiać ze względu na ostatnie dni. Słowa o braku bezpieczeństwa tylko ją zakłopotały a potencjalne zagrożenie w postaci Pomyja i Venli... Czuła na kilometr, ale jak wielkie ono było w rzeczywistości? Pojęcia nie miała, ale dzisiejsza rozmowa miała szanse pokazać wszystkie karty, nawet i te, które znane były innym, lecz nie jej.

Czekała również na jakiś posiłek, wypadało coś zjeść, choćby powoli i niewiele, bo jakoś cały ten grobowy, w dodatku niepewny nastrój sprawiał, że kiszki nie tyle grały jej marsza, co pieśń żałobną.

Kamirinowa Eksplozja :>
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

67
Dziewczęta były zachwycone popisami Kamiry. Kiedy podwodny wybuch stworzył istną fontannę, a drobinki wody opadły na zebranych, dotarłwszy nawet do Quetiapina, kobiety poprosiły o więcej, i więcej. Bawiły się jak dzieci w wodzie, pod czujnym okiem barda, nie komentującego wygłupy czarodziejki, a może nawet będzącego wdzięcznym za ten delikatny prysznic, chłodzący w zbyt ciepły dzień.

Zabawa trwała w najlepsze, do momentu, aż Qlaira nie wróciła z kuchcikami. Śniadanie, drugie, dla niektórych, obfitowało w owoce i warzywa, jak również suszone mięso, dziwną, ale bardzo smaczną, pikantną pastę z ciecierzycy, płaski jak naleśnik chleb... Po śniadaniu czarodziejka, dla odmiany, mogła dalej pluskać się w baseniku, przechadzać po posiadłości, rozmawiać, odpoczywać, czego tylko dusza zapragnęła - miała czas dla siebie. Wieczorem zaś wrócił Bulion, z nową szatą przygotowaną na wieczór.

Kamirin nie mogła narzekać na suknię, którą przygotował ork. Rubinowy materiał był lekki i przelewał się przez palce, jakby do jego utkania użyto magii. Dopasowany ponad pasem, za to luźno puszczony poniżej; fałdy sukni mieniły się nawet przy słabym świetle, niczym drogocenny kamień. Pas obszyto w fantazyjne wzory, które tylko podkreślały wąską talię Kamirin, ale również w jakiś sposób oszukiwały oko, sugerując, iż wdzięki czarodziejki są pełniejsze, kobiece. Upięcie włosów również nie dawało pola do narzekań - Kamirin wyglądała wręcz... dojrzale. Ni chybi, takie były wskazania Quetiapina, do których Bulion bezsprzecznie się stosował.

***

Gdy zaszło słońce, a domownicy zebrali się w głównej sali, Kamirin mogła dostrzec, że nie tylko ona była wystrojona. Nie wszystkie kurtyzany były obecne, ale te, które pojawiły się przy baseniku, wyglądały szykownie, jak również zaskakująco skromnie. Kamirin wyglądała jak pięknie upierzony, egzotyczny ptak przy stadzie wróbelków, choć brakowało jej krzykliwości.

Tylko Quetiapin został przy swojej prostej, białej koszuli. Wyglądał na zdenerwowanego, może nawet zmartwionego, gdy wszyscy rozmawiali przy winie i przekąskach, a on czekał na pojawienie się gości.

Venla i Q'beu nie pozwolili im czekać zbyt długo. Zapowiedziani przez jednego z orczych strażników, do sali wkroczyli goście.
Spoiler:
Pani Venla była starszą kobietą, niekryjącą swojego wieku. Szare, prawie białe włosy powiewały swobodnie, na jej twarzy nie było złości, raczej lekki uśmiech, na tyle szczery, że można było dociekać, iż czarodziejka naprawdę cieszy się z odwiedzin, aniżeli traktuje je jako przykry obowiązek.
Spoiler:
Pomyj był przeciwieństwem swojej partnerki. Z miną, jakby ktoś podstawił mu pod nos łajno, trzymał się z tyłu, swoją sylwetką sugerując, że tylko czeka, aż będzie mógł wyjść - dlatego trzyma się bliżej drzwi.

Venla powolnym krokiem podeszła do zgromadzonych.

- Dobry wieczór, kochani. - Przywitała się, każdemu po kolei posyłając uśmiech. Wzrok chwilę dłużej zatrzymała na Kamirin, ale w jej twarzy nie było złości, nawet cienia zazdrości. - Quetiapinie, mój chłopcze. Dlaczego nie posłałeś po mnie wcześniej?

Kobieta podeszła do barda, by ocenić jego obrażenia mimo temblaków i bandaży. Kiedy zbliżyła się do przywódcy, ten z szacunkiem, a może nawet cieniem wstydu, skłonił głowę.

- Witaj, matko.

Bastion Khudamarkh

68
Wszystkie dziewczęta były zachwycone, sama Kamira również. Mogła się wreszcie rozładować i nadrobić nierobione wybuchy i wybuchnąć coś nawet trzy, albo i cztery razy. Powrót Qlairy i kuchcików przyniósł jej kolejny etap zabawy. Wszak, czy było coś lepszego niż kawałek owoca, albo mięsa wybuchnięty i rozrzucony w korytarzu? To brzmiało jak świetna zabawa a przy okazji i powód do pokazania swoich możliwości, a raczej - ich najmniej wyrafinowanej formy, bo każdy wiedział, że im większy wybuch tym rafinacja lepsza.

Po zjedzeniu i nazwijmy to - chwili zabawy, która mogła potrwać z godzinę, może dwie - Kamira nie liczy czasu, który spędza w odpowiedni sposób. Musiała jednak wrócić do pokoju w pewnej chwili. Stąd po wyjściu z wody założyła kapelusz i powędrowała w stronę swojego pokoju. Przed wejściem zsunęła i zostawiła prześcieradło. Nie chciała przecież narobić kałuż w pokoju, a ona wyschnie szybciej niż przemoknięty materiał. Ot - przydatne, niewerbalne tipy odnośnie schnięcia zostały wzięte pod uwagę.

Pierwsze co to rzuciła się na łóżko z twarzą w poduchę czy cokolwiek tam było. Oddała się rozmyślaniu co zrobić i jak podejść do sprawy tej złej czarodziejki, która miała odwiedzić bastion. Spędziła tak pewnie z bitą godzinę, tłukąc się po łóżku nie tylko z tym co na nim leżało, ale też i z własnymi myślami. Brakowało jej kogoś, z kim mogłaby pomówić i rzeczywiście wyrazić swoje obawy. Nastała jednak chwila gdy podniosła się, musiała wziąć się w garść, dlatego rozejrzała się po pokoju i zaczęła przeglądać wszelkie jego zakamarki. A to zajrzała pod łóżko, wsadziła łapkę i zaczęła grzebać w miejscu, gdzie chowały się okropne, pod-łóżkowe potwory - tak przynajmniej twierdzili Kerońscy wieśniacy. Na tym jednak nie skończyła, bo zamierzała dokładnie poznać swój pokój. Łóżko już znała, ale szafki, komódki, szafeczki - cokolwiek było, musiała poznać dość szybko. Nie było czasu na przesadne przedstawienia, dlatego ot - zajrzała. Upewniła się, że jej torba z komponentami, kostur, kapelusz, no i księga - wszystko jest na miejscu. No i co ważne, musiała znaleźć miejsce, by je odkładać, jakieś jedno - niezmienne, magiczne. Spędziła więc kilka minut na znajdywaniu miejsca dla swojego kapelusza. Jeśli czegoś brakowało, to było coś, o co musiała zapytać przy najbliższej okazji. Przed wieczorem.

Wciąż nie przywykła do tego, że wszyscy tutaj świecą. Było to dziwne odczucie, z którym nie do końca sobie radziła, to też niezbyt chciała by Bulion ją oglądał. To po prostu było skomplikowane. Sam kolor od razu zadziałał na Kamirę jak... Płachta na czarodzieja! Była oczarowana kolorem i wszystkim. Oczy się jej aż świeciły. W jej mniemaniu Bulion przeszedł samego siebie, co dawała znać jasno swoją reakcją, której nie było trzeba słów. Gdy wszedł, wpierw się zasłaniała, ale to, co przyniósł zupełnie zmieniło to jak rozegrało się to spotkanie. Można powiedzieć, że gdyby nie przyniósł sukni, to by schowała się za czymkolwiek a tak... Nawet na chwilę zapomniała, że nic na sobie nie ma. Od razu chciała ją ubrać, przymierzyć jak tylko ją dostrzegła. Po pierwszych przymiarkach zwróciła uwagę na to, że jej "względy" wydawały się większe, co niezwykle ją ucieszyło. Wreszcie wyglądała poważnie. Gdyby mogła nosić same takie stroje, to chyba byłaby we wniebowzięta. Kwestię włosów oddała w zupełności ekspertowi. Pozwoliła sobie być księzniczką, a nie projektantką. Choć ten jeden raz. To wszystko sprawiało, że niemal zapomniała o konfrontacji, jaka na nią czekała tuż tuż. – Jest wspaniała Bulion. Nigdy nie miałam lepszej. — Wspomniała o sukni, którą jej przygotowano. Niezależnie czy po uwagach jej, czy Quetapina. Wyglądała inaczej.

W końcu nadeszła chwila spotkania na które czekała tak długo - bo cały dzień.

Nie byłaby sobą gdyby nie jej magiczne atrybuty, dlatego zabrała ze sobą kostur, jakąś świecąca błyskotkę na szyję wedle potencjalnej porady Buliona, o którą nie bałaby się spytać, a i dodatkowo kapelusz. Jego nie mogło zabraknąć. Jeśli ktoś zamierzał wprowadzić poprawki do jej aparycji, to nie byłaby zadowolona, ale ostatecznie... Nie ona organizowała całe to spotkanie i z grymasem, ale zgodziłaby się na "jakieś zmiany"

Od razu szukała wzrokiem swojego miejsca, ale jak nie wskazano jej, to wybrała sobie miejsce po lewej, albo i prawej od najważniejszego miejsca. Szczególnie ważne było to, by nikt tam nie stał. Nie mogło zabraknąć miejsca dla jej ego, które też gdzieś się czaiło. – Dlaczego się tak denerwujesz Quetapinie? Przecież o wszystko zadbałeś. No i ta suknia jest piękna — Uśmiechnęła się na moment.

Gwóźdź, a raczej dwa gwoździe programu w końcu przekroczyły próg pokoju. Jakaś kobieta, zaraz z nią jakiś drugi staruszek. Kamira tak się rozglądała przez moment, oczekując na wejście tej wielkiej Venly, ale chyba nie nadchodziła. Przecież to nie mogła być ta staruszka. Kamirin bacznie obserwowała poczynania nowych gości, nie do końca rozumiała co się właśnie działo i czego była świadkiem. Tym, co wprawiło ją w większe osłupienie, było przywitanie, jakim uraczyła barda. Szczęka jej opadła to mało powiedziane. Przez moment zupełnie ucichła. Nawet jeśli o coś zapytana to nie wydusiła z siebie słowa, a to dlatego, że prowadziła w tej chwili dyskusje, z samą sobą zadając sobie jedno proste pytanie – Dlaczego nie wiedziałam, że to jego matka? — Przyglądała się jej uważniej, jeszcze uważniej! Gdy wymienili pierwsze słowa przywitania, to nadszedł czas by i Kamira dodała swoje trzy grosze. Czekała na moment gdy będzie względnie cicho by zapowiedzieć swój własny wstęp.

Zrobiła krok w kierunku Venli i Quetapina – Proszę się odsunąć, momencik... — Ruszyła ręką jakby odganiała muchę od Quetapina. Mocno odchrząknęła gdy nadszedł pasujący jej moment. – Nazywam się Kamirin, Pogromczyni goblinów, ogień bastionu, ta, która zabrała światło, pierwsza i przyszła Arcymagini Urk-hun. Czołowa i najważniejszą spośród pustynnych ogników... – Mówiła, wykonując przy okazji fantazyjne gesty rękami. Jeśli nie pozbawiono ją kapelusza, to go ściągnęła w dość teatralny sposób, by zaraz potem również, a to zakryć na moment jedno oko, skupiając wzrok rozmówcy na drugim, odkrytym o pełnej karmazynowej barwie. Również starała się zachować dynamizm całej sceny, również wykonywała inne, delikatne ruchy, które miały tylko podkreślić powagę i dumę z wypowiadanych słów. Jeśli jej kostur był częścią przedstawienia... To na pewno pokazała przy okazji swój brak mistrzostwa w trzymaniu kija. – ...najsilniejsza magiczka wschodniej baronii, zwana ognikiem pustyni, absolwentka Karlgardzkiej Akademii Czarnoksięstwa, przodowniczka pośród kolegium magii bojowej i strategii, oddana czcicielka Drwimira, przyszła największa orkowa szamanka i dzierżycielka zaawansowanej magii. — Przerwała by złapać głębszy oddech, wypuściła z siebie powietrze, garbiąc się przy tym delikatnie na moment. – Teraz twoja kolej pani. U nas ogników o kulturze świadczy jakość pierwszego przedstawienia, im więcej serca i energii w nie włożone, tym lepiej — Powoli zaczynała rozumieć, że niektórzy mogą nie rozumieć tego jak powinno się przedstawiać innym, informując ich o swoich marzeniach, celach i osiągnięciach. Tak można było ludzi bardzo szybko poznać, od razu się wiedziało, że ktoś jest na przykład cieślą i jego największym marzeniem jest zrobienie konika na biegunach dla bogów. Od orków nie wymagała wiele, ale od czarodziejki już tak. Czy była jej rywalką, czy nie, przedstawić się należało. Uśmiechnęła się, bo koniec końców ta Venla wyglądała na poczciwą staruszkę, czyżby się co do niej myliła a Quetapin traktował ją jak zwierzątko w złotej klatce? Chyba tak było, ale to z nim policzy się potem.

Mówiła do wszystkich obecnych, do Q'beu'a też. Dziadkowi też posłała uśmiech. Skoro teraz już wszyscy byli jedną wielką przyszywaną rodzinką.

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

69
POST BARDA
Wystrojona Kamira sprawiała wrażenie, jakby naprawdę była potężną, szanowaną czarodziejką. Pięknie ubrana i uczesana odstawała od reszty, przykuwała wzrok i sprawiała, że pozostali wydawali się szarzy, nijacy. Z pewnością nie potężni.

Zdenerwowanie Quetiapina szybko zostało wyjaśnione, gdy Pani Venla okazała się, jak sam wyjawił, jego matką. Kobieta była pełna ciepła i sposób, w jaki poprawiła grzywkę groźnego barda, a następnie przycisnęła go do piersi w czułym uścisku, zdradzał, że żywiła do niego wyłącznie ciepłe uczucia. Sam Quetiapin wydawał się zakłopotany, ale nie zrobił nic, by uciec z matczynych objęć.

Rodzinna scenka szybko została przerwana przez nikogo innego, jak Kamirę.

Venla obserwowała dziewczynę z zaskoczeniem w oczach, najwyraźniej nie do końca zaznajomiona z zasadami Ogników, lub, co bardziej prawdopodobne, zdziwiona impertynencją młodej czarodziejki.

- Miło mi cię poznać, Kamirin. - Odpowiedziała Venla, pochylając lekko głowę w uprzejmym geście. W jej postawie nie było jednak cienia uległości. Nim jednak zdążyła zacząć się przedstawiać, przerwał Quetiapin.

- Pozwól mi, matko. - Zaproponował. - Pani Venla Fex, czołowa czarodziejka Bastionu Khudamarkh. Opiekunka sztuki magicznej w tym opuszczonym przez bogów miejscu, badaczka demonów, serdeczna przyjaciółka Kharkuna. Opiekunka i nauczycielka. - Zaintonował Quetiapin. - Czyżbym o czymś zapomniał, matko?

Po pierwszym przywitaniu wracał mu dobry humor i pewność siebie. Nim jednak Venla lub Quetiapin zdołali coś dodać, włączył się Q'beu.

- Zapomniałeś dodać, że najpotężniejszą czarodziejką okolic jest Venla, a o tej tu, o - podbródkiem wskazał na Kamirin - nikt nigdy nie słyszał. To jest, do paru dni temu, gdy zaczęła siać zniszczenie i zachwiała równowagę Bastionu. - Twarz mężczyzny wykrzywiła się w grymasie. Venla posłała mu upominające spojrzenie, jednak nic nie powiedziała.

- Moi drodzy! - Bard przerwał, nim ktokolwiek zdołał otworzyć usta po raz kolejny. - Proszę, nie zaczynajmy kłótni, gdy nie ma do niej podstaw. Siądźmy, porozmawiajmy przy jedzeniu i napitku.

- Nim zaczniemy, pomogę ci, Quetiapinie. Chodź, usiądźmy gdzieś, gdzie będziemy mieć spokój.

Venla, złapawszy barda za zdrowe ramię, poprowadziła go wgłąb posiadłości, by w odosobnieniu opatrzeć jego rany. Kamira i dziewczęta zostały z Pomyjem. Mężczyzna, choć posłusznie zajął miejsce przy niskim stole, wciąż nie wyglądał na ukontentowanego w dogryzaniu Kamirin.

- Jakie to uczucie? Wyrżnięcie połowy goblinów w Bastionie? Masz szczęście, że Kharkun nie przepada za goblinami.

Bastion Khudamarkh

70
POST POSTACI: Kamira

Słowa Venli na początku wprawiły czarodziejkę w delikatne zaniepokojenie, bo czy owa kobieta zamierzała ją obrazić, a może jednak miała w zanadrzu coś jeszcze do powiedzenia? Może brakowało jej zwyczajnie tytułów, by się przedstawić, ale to wtedy wystarczyło coś wymyślić i powiedzieć, o czym się marzy. To było takie dziecinnie proste. Szybko jednak Quetapin przejął stery, na co Kamira natychmiast zwróciła uwagę, skupiając się na ich obojgu. Venli i jej ukochanemu synusiowi.

Słuchała tego wprowadzenia z uwagą i szacunkiem. To, że przedstawiał ją ktoś inny, dodatkowo sprawiało, że musiała być jeszcze sławniejsza i okazywano jej jeszcze większy szacunek. Choć, sama Kamira wolała przedstawiać się sama, to doskonale rozumiała, że być może niektórzy nie muszą. – Pani Venla mogłaby sama, ale tak też jest dobrze. — Uśmiechnęła się delikatnie i machnęła nieco na barda ręką od niechcenia, tak jakby nie była to wielka sprawa. Nie miała zamiaru kwestionować żadnego z tytułów, choć... Q'beu jak najbardziej miał zamiar zakwestionować słowa przedstawiające Kamirę. Wyraźnie napompowała poliki skupiając się na POMYJU. A już miała dobry humor i tak szybko to zepsuł. No nic, Kamira głośno westchnęła gdy pomyj mówił. Chciała już zacząć go tutaj poprawiać, ale obecny władca bastionu wtrącił się do rozmowy, uspokajając wszystkich. Kamira tylko powiedziała do siebie, pod nosem – Teraz wiem, czemu mówią na niego pomyj... — Nie przeszkadzała bardowi za bardzo, ale pozwoliła odejść mamci i synkowi, widocznie długo się nie widzieli i nie chciała im przeszkadzać

Usiadła przy stoliku, naprzeciw starszego mężczyzny, wpatrując się w nieprzyjemne spojrzenie dziadka pomyja – A jakie to uczucie wiedzieć, że będę twoją synową? — Zaśmiała się, grając mu na nosie. W życiu przecież by nikt nie pomyślał, że Quetapin weźmie ją za żonę, nie chciałaby nawet, on miał Qlairę, która naprawdę bardzo go kochała, ale mogła być przyjaciółką, a przyjaciele czasem sobie z siebie żartują, więc powzięła się na tę swobodę tworzenia złudzeń, które nie mogły mieć miejsca. – Będę prawie jak twoja wnuczka, wiesz? A wnuczka dobrze radzi. Nie jedz mięsa tyle, bo wylewa się z Q'beua wiadro pomyj, naprawdę, dobrze ci zrobi, mogę ci nawet oddać kilka swoich owoców, jak przyniosą — Oczywiście na pewno zamierzała jeden zasabotować by rozkwasił mu się na twarzy jak będzie chciał go wsadzać do pyska, ale to wciąż taki niewinny psikus, który nikomu krzywdy nie zrobi – A wiesz, że jeśli to pani Venla jest największą czarodziejką, to ja muszę być przyszłą największą? I tak odpowiada mi tytuł przyszłej największej, bo nie rujnuje moich marzeń, a już na pewno pozwala mi dodać do listy kolejny! Największa i jedyna rywalka pani Venli. — Mówiła, opierając się rękami o stół i przechylając mocno w stronę siwowłosego. Ciekawiło ją kiedy przyjdzie bard i jego matka, bo to właśnie z czarodziejką chciała pomówić o rozpoczęciu wzajemnej rywalizacji i walki o najważniejsze tytułu w Urk-hun. – Moja magia służy tylko do istotnych celów, to nie jakaś po pierdółka jak większości Karlgardzkich magów, którzy używają jej do zamiatania ulicy czy chodnika. Moja magia wymaga szacunku i odpowiedniego traktowania. Nie każdy jest godzien się z nią spotkać — Gestykulowała rękami, próbując zrobić przed nim wrażenie prawdziwej, "mądrej" i zmysłowej czarodziejki, nawet to starając się skupić uwagę na swojej ręce, którą operowała w okolicy swojej klatki piersiowej, ba! Bulion zrobił taką robotę, że miała się czym pochwalić! To dalej nic w stosunku do pewnie nie jednej tutaj, ale dla niej... No, wyglądało trzy razy okazalej.

– Nie lubię zabijać. To domena siepaczy. Nie jestem siepaczką. Wolę niszczyć złe bestie i potwory. Gobliny mogły się poddać... — Westchnęła ciężko – Szkoda, że tego nie zrobiły. No, ale co się stało, to się nie odstanie, a ty co lubisz dziadku Q'beu? — Utrzymywanie w wypowiedziach poważnego i pewnego tonu, to straszliwie męcząca sprawa, a jednak trochę nie wiedziała czego oczekiwać po nowych gościach bastionu.

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

71
POST BARDA
Ciężko powiedzieć, czy Venla rzeczywiście była zbyt ważna, by przedstawiać się samej, czy Quetiapin chciał pozbawić ją przykrego obowiązku wyrzucania z siebie tytułów tylko po to, by zadowolić Kamirin. W Bastionie każdy wiedział, kim są Venla i Pomyj. Nie było powodu, by strzępić języka, toteż czarodziejka nie była przyzwyczajona do przydługich przedstawień.

Bard i jego matka odeszli, by w spokoju lizać rany nieszczęsnego Quetiapina. Pomyj nie wydawał się ani trochę zrażony tym, że został w sali sam z kurtyzanami i Kamirin.

Słowa o synowej spowodowały, że twarz Q'beua wykrzywił jeszcze brzydszy grymas. Nie to było jednak najgorsze, a zdziwienie Qlairy, która dotąd cicho siedziała między innymi dziewczętami.

- ...co? - Wyrzuciła z siebie słabym głosem. - Co masz na myśli: synową?

- Zresztą, nie mam z tym cholernym demonim pomiotem nic wspólnego. Niech mu Venla matkuje. - Sarknął Pomyj, częsciowo rozbawiony reakcją Qlairy. - A ty, dziewczyno, jesteś bezczelna. - Rzucił ku Kamirin. - Wielbłąd, który dużo ryczy, mało mleka daje. Znasz takie powiedzenie?

Tymczasem Qlaira podniosła się z miejsca i nie dając czasu na komentarz, wybiegła z sali. Bimizza wstała tuż za nią, ale nie poszła za przyjaciółką, jedynie westchnęła ciężko.

Po raz pierwszy tego wieczoru Q'beu szczerze uśmiechnął się, widząc, że niesnaski wśród kobiet zaczynają rozkwitać z pełną mocą.

- naprawdę? Walczycie o wględy tego... tego gada? - Zakpił. - Niczego innego nie spodziewałbym się po dziwkach z haremu. Skoroś taka wielka, umniejszasz sobie, knując jak kurtyzana szejka! Jeśli chcesz narobić sobie wrogów w Bastionie, jest do tego łatwiejsza droga. Zresztą, gobliny już się na ciebie szykują, kto następny? Kharkun?

Bastion Khudamarkh

72
POST POSTACI: Kamira

Najważniejsze było to, że wszelkie środki kultury zostały zachowane - przynajmniej wobec jedynego ognika na tych salonach.

Po swoich niefortunnych słowach Kamira obróciła głowę w stronę Qlairy, miała wypisane na twarzy zdziwienie, jakby chciała rzucić swoistym " Hęęę? " Nie zdążyła jednak jakkolwiek kontynuować, bowiem właśnie - Qbeu musiał wyrzucić swoje trzy, albo i cztery grosze. Szybko wyjaśniając swoją relację z bardem, a raczej jej brak, ku zupełnemu zaskoczeniu Kamiry. – Hęęęęę?! To nie jesteś jego papcią? No tak... To by wyja... — i tutaj przerwała, chciała już wspomnieć, że to wyjaśniałoby ich zupełnie różne charaktery, albo i nie - na ludziach się nie znała, ale powiedzieć coś chciała... Tyle że nie skończyła, bo Qlaira zerwała się od stołu. Staruch nie przestawał - dawał słowami popalić. Kamira tylko zmarszczyła groźnie oczy. – To zupełnie nie tak! — Odezwała się głośniej, jakby tłumacząc się przed wszystkimi ze swoich słów, a zarazem odpowiadając na zarzut o wielbłądach.

Przez kilka chwil była zakłopotana. Już miała ruszać, ale widziała, że Bimizza również się zatrzymała. Obróciła się wtedy w kierunku Q'beua który dalej się wyrażał. Zrobiła groźną minę, biorąc kilka głębszych oddechów. Nie miała miłego wyrazu twarzy, a raczej coś bardziej na kształt zakłopotania połączonego ze złością. Nie przejmując się kubłem ruszyła za Qlairą. – Jeśli będzie trzeba! — Odpowiedziała głośno do starucha, zaraz potem wezwała najgłośniej jak mogła Qlairę – Qlairo, poczekaj! To nie tak! — Ruszając tam, gdzie pobiegła, ile tylko miała sił.

Nie miała zamiaru walczyć dalej na słowa, nie w chwili gdy Qlaira miała się na nią obrazić bardziej niż ktokolwiek do tej pory w tym bastionie.


Spoiler:

Bastion Khudamarkh

73
POST BARDA
Kamira mogła się spodziewać, że Qlaira, beznadziejnie zakochana w Quetiapinie, weźmie sobie do serca jej słowa, bo choćby były kłamstwami, nie miała żadnego powodu, by podejrzewać ją o granie przed Q'beuem. Rechot Pomyja rozniósł się po sali, gdy mężczyzna zadowolony był niezmiernie z sytuacji, w jaką wkopała się czarodziejka. Magowie zazwyczaj lubowali się w dramach.

Qlaira początkowo nie zatrzymywała się. Kiedy jednak dotarła tuż przed drzwi komnaty, którą zapewne dotąd zajmowała, odwróciła się. Jej oczy błyszczały, ale nawet jedna niechciana łza nie spłynęła po policzku. Zawzięty wyraz twarzy wskazywał na to, że była nie tylko zraniona, ale również wyprowadzona z równowagi.

- To nie tak? A jak? - Sarknęła w złości. - Bawi cię to, prawda? Patrzyłaś na nas, wiedząc, że przygruchał sobie ciebie tylko po to, żeby cię poślubić! - Kurtyzana jasno stawiała sprawę. Prychnęła. - To tłumaczyłoby to zainteresowanie, te suknie, plany... Kim ty w ogóle jesteś?! Co możesz mu dać, czego ja nie mogę?!

Dziewczyna nie wytrzymała po kolejnych słowach. Przycisnęła dłonie do oczu, by powstrzymać łzy, najpewniej również rozmazała swój makijaż. Z jej ust wyrwał się pojedynczy szloch.

- Mieliśmy być razem już na zawsze. - Łknęła. - Bez Moxiclava, żyjąc na własnych zasadach. Razem. - Podkreśliła znów. Oparła się ciężko o piaskowcową ścianę. - A ten drań wiedział od początku, że poślubi czarodziejkę!

- Dziewczęta? - Melodyjny głos barda przerwał wywody blondyny.

Krzyki Qlairy, niosące się po posiadłości, zaalarmowały pana domu, jak również jego matkę. Z końca korytarza rozległy się pospieszne kroki dwóch par stóp. Qlaira działała zadzwiająco szybko, jakby w odruchu. Spod sukni, z pochwy przymocowanej do paska okalającego jej udo, wyciągnęła krótki sztylet. Kamira wiedziała już, jak efektywna w używaniu ostrzy potrafi być ta kurtyzana. To, choć niewielkie, o pofalowanym brzegu, mogło być równie śmiercionośne, co miecz w dłoniach orka.

- Nie zbliżaj się! Nie zbliżaj, zdrajco! Jeśli będę musiała, potnę ciebie, tę twoją... - Zawhała się, najwyraźniej nie chcąc wprost obrażać Kamiry. Porzuciła myśl. - Zabiję cię!

I choć nie zrobiła żadnego ruchu, by zagrozić bardowi, a jedynie trzymając przed sobą sztylet, ten wolał trzymać się na dystans. Uniósł dłonie w uspokajającym geście. Jego ramiona zostały uwolnione z bandaży i temblaków. Venla, trzymająca się za synem, zasłoniła dłonią usta w wyrazie szoku.

Bastion Khudamarkh

74
POST POSTACI: Kamira

Kamira nie spodziewała się, że ten jeden raz zostanie wzięta na zupełną powagę, czyli jak zwykle, zaczynała przywykać do tego, że mogła mówić, co chciała i kiedy chciała, ale tutaj stało się coś zupełnie innego, coś, co wprawiło ją w osłupienie, bo nawet nie stawiała siebie w roli kogoś, kto mógł tutaj konkurować, wiedziała, że w miłości nigdy nie chodziło o magie, ani potęgę, tylko o coś innego, nie do końca wiedziała co, ale liczyła, że kiedyś to poczuje, bo mimo słów, jakie padły, to wcale nic do Quetapina nie czuła, ot zawstydzał ją czasem nieznacznie, ale nic więcej się za tym nie kryło.

Lekko się uśmiechnęła, próbując rozładować sytuacje, ale to nie był uśmiech pełen uśmiechu - jeśli idzie to tak nazwać, była zdenerwowana. – Bawiłoby gdyby, Q'beu się zdenerwował, że będzie miał mnie na głowie cały czas. On kocha tylko ciebie. — Mówiła, wchodząc jej w słowo, w końcu i ta prychnęła, wygłaszając swoją tyradę o dawaniu i niedawaniu. To był moment, w którym Kamira poczuła się już zagrożona i momentalnie zbladła i to wcale nie z powodu jej słów, a tego, że tamta naprawdę czuła się zdradzona. – Suknie? Jeśli chcesz, to powiem Bulionowi, by dla ciebie robił, plany? Przecież nikt mi tutaj nic nie mówi, nawet nie wiedziałam, że pani Venla jest matką Quetapina. Ty masz wszystko. Nawet wyglądasz jak porządna dla niego kobieta, a ja mam tylko swoją magię — Westchnęła ciężko, również się wyżalając z wyraźnym naburmuszeniem na twarzy – Zaraz... Nie, to nie tak! Tutaj... — No i pojawił się on, ten, o którego ciągnęła się ta cała dysputa dodatkowo w towarzystwie drugiej czarodziejki. – To tak tylko brzmiało. Bo jak pani Venla zacznie mnie uczyć, to będę prawie jak synowa dla Q'beua! Skoro pani Venla jest najsilniejszą czarodziejką bastionu, to skoro jestem przyszłą najsilniejszą czarodziejką Bastionu, to chyba oczywiste! He!? Jak Ognik bierze kogoś na nauki to prawie jak rodzina już! — Choć pośród ogników niemalże wszyscy byli w jakiejś korelacji spokrewnieni, mniej lub bardziej i ciężko było nie uznawać większości mieszkańców osady za dalszą rodzinę, to zwykle gdy ktoś chciał dążyć do jakiejś profesji czy opanowania szczególnej umiejętności, dołączał do tych, którzy się tym zajmowali. Wszak każdy miał prawo ruszyć w pogoń za tym czego naprawdę chciał. Spojrzała się po wszystkich, choć równie zaskoczona co łkaniem zabójczyni, to i nagłym ozdrowieniem barda poprzez udział jego matki.

Nie mogła jej zmusić do wyrzucenia noża, mogła jedynie rozładowywać sytuacje. Gdyby jednak Qlaira miała na nich ruszyć... Była gotowa do zrobienia czegoś, jeszcze nie wiedziała czego, ale liczyła, że zdąży zareagować, była w końcu czujna!

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

75
POST BARDA


Towarzystwo znalazło się w impasie. Z odległości dotarł ich kolejny rechot Pomyja, stłumiony przez odległośc, jaka dzieliła osoby w korytarzu od głównej sali. Mężczyzna najwyraźniej zabawiał kobiety, które z nim zostały - a może to one zabawiały jego? Nie miało to znaczenia tak długo, jak długo Qlaira trzymała w dłoni ostrze.

Zarówno Kamira, jak i Quetiapin, a może nawet Venla, wiedzieli, jak bezwzględna, ale również częściowo bezmyślna potrafi być Qlaira. Dłonie dziewczęcia drżały, zdradzając emocje, a po policzkach płynęły łzy, które wprost dawały znać, jak bardzo skrzywdzona była blondynka.

- Wystarczyło tylko poprosić, Qlairo. - Odezwał się Quetiapin w temacie sukien. Kurtyzana pociągnęła nosem.

- Ona nie musiała prosić! - Wskazanie Kamiry sztychem było tak znaczące, jak i niebezpieczne. - O nic nie musiała prosić, a dostała wszystko!

I choć Qlaira wzięła sobie za punkt honoru wbicie komuś sztyletu pod żebra jeszcze tego wieczoru, wdawało się, że słowa Kamiry do niej dotarły z sensem, jaki niosły. Oczywiście, że czarodziejka nic nie wiedziała - była wodzona za nos, robiła wszystko, jak dziecko, któremu obiecano kotki w piwnicy.

Na słowa o synowej również bard zbaraniał. Wysunąwszy szczękę jeszcze bardziej, uniósł wysoko brwi.

- Matko, mam nadzieję, że nie zaaranżowałaś mi ślubu. - Zażartował.

- Wręcz przeciwnie, mój chłopcze. - Venla pokręciła głową. - Poza tym, przepraszam, Kamiro, ale nie ustaliłyśmy jeszcze żadnych nauk. Czy nie moglibyśmy wrócić do reszty, porozmawiać w spokoju? - Zaproponowała łagodnie, wyciągając dłoń do Kamiry. Zidentyfikowawszy ją jako źródło zamieszania, postanowiła ją odprowadzić, z daleka od rozwścieczonej blondyny.

- Idźcie przodem. - Rzucił Quetiapin.

Pozostał z Qlairą, która, po krótkich namowach, schowała sztylet na swoje miejsce. Venla poprowadziła Kamirę korytarzem.

- Przepraszam za zamieszanie. - Rzekła, choć nic z tego nie było jej winą. - Oraz za niedopowiedzenia. Owszem, jestem matką Quetiapina, jednak nie biologiczną. Och, nie jesteśmy nawet podobni.

Kobiety miały jeszcze kilka kroków, nim pokonają granicę między korytarzem a salą. W oddali Quetiapin uspokajał Qlairę, trzymając ją w ramionach. Czarodziejki mogły porozmawiać chwilę w spokoju. Z drugiej strony, jeśli Kamira chciała wrócić do barda i jego kobiety lub też pospieszyć na spotkanie Pomyjowi, miała ku temu pełną sposobność.

Wróć do „Wschodnia baronia”