[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

286
POST POSTACI
Vera Umberto
Ubierając się rano, Vera miała znacznie lepszy nastrój, niż spodziewała się mieć. Jeszcze wczoraj zakładała, że nie istniało nic, co byłoby w stanie poprawić jej samopoczucie, a jednak okazywało się, że na całe szczęście się myliła. Myślenie razem z Corinem było wyjątkowo przyjemne, do tego stopnia, że Umberto mimowolnie uśmiechała się do swojego odbicia w prowizorycznym lustrze. Swoją drogą, powinna zainwestować w normalne, tylko ciągle o tym zapominała.
Bluzka bez rękawów, za to sznurowana pod samą szyję, wciąż zdaniem Very niewystarczająco ukrywała to, na co zwracała uwagę większość jej mocno wyciętych koszul. Gdyby było chłodniej, mogłaby przynajmniej schować się pod płaszczem. Niewiele mogła obecnie zrobić, poza niezadowolonym skrzywieniem ust i opuszczeniem swojej kajuty. Sejmitar, dwa sztylety, sakiewka z jakimiś monetami na coś do picia lub jedzenia i mogła ruszać na spotkanie. Co prawda planowała wcześniej rozprawić się z siostrami, ale może to i lepiej, że się nie wyrobi - nie będzie miała zjebanego nastroju na dzień dobry.

Odprowadzona przez oficera do karczmy, pożegnała go lekkim, może nieco przedłużonym klepnięciem w ramię i poprowadzona przez Silasa, przeszła na zaplecze. Czekało tam na nią więcej osób, niż zakładała, co samo w sobie stanowiło bardzo miłą niespodziankę. Nie sądziła, że będzie ostatnia. Uprzejmie przywitała się z kapitanem Aspą, a potem położyła na stole kilka pergaminów, które wzięła ze sobą - listę uratowanych z Ujścia, prowizoryczną mapę, którą przygotowali przed akcją, zapasy w które musiała wyposażyć Siostrę zanim ruszą na kolejną placówkę Kompanii i które sugerowała zdobyć pozostałym. Nie do końca rozumiała poufność spotkania i chowanie się na zapleczu karczmy, bo przecież wczoraj otwarcie mówili o tym, co zamierzają zrobić, ale może pozostała piątka czuła się z tym lepiej, kto wie? Usiadła na przeznaczonym dla siebie krześle.
- Cieszę się, że jest nas więcej, niż czwórka - zaczęła. - Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że powinniśmy podzielić to na dwie fazy. Pierwsza musi zakładać rekonesans i zdobycie zaopatrzenia, może lekarza lub dwóch. Stąd też wynikały moje wczorajsze pytania, w których miastach możecie się pojawić bez konsekwencji. Trzeba zorientować się, jak zorganizowane są działania Kompanii w Karlgardzie i Everam, zanim władujemy się tam z pełną siłą i naiwnym założeniem, że jakoś to będzie.
Przesunęła palcami wzdłuż brzegu swojej chaotycznej mapy.
- Nie wiem, czy nie działają gdzieś jeszcze, tylko my nie zdajemy sobie z tego sprawy. W Karlgardzie jest centrala, więc trzeba wyciągnąć stamtąd dokumentację, zanim się ją spali. Papier powinien nam powiedzieć wszystko. Miejsca, nazwiska. Ale wyprzedzam za bardzo. Wracając... Siódma Siostra może sprawdzić Everam. Możemy też popłynąć na Archipelag po zapasy dla wszystkich. Chyba że ten nasz nowy punkt handlowy je sprowadzi...? Nie korzystałam z niego jeszcze. Tak czy inaczej, potrzebujemy lekarza. Siostra potrzebuje. Takiego, który ma doświadczenie i więcej, niż dwadzieścia lat.
Puściła pergamin i uniosła wzrok na siedzącego naprzeciwko Leobariusa.
- Potem możemy podzielić się inaczej, wstępnie tak jak to rozważaliśmy, Siostra i Kruk do Karlgardu. Bynajmniej nie próbuję się z tego wykręcić, czegokolwiek by tam Brun nie pierdolił. Skoro jest nas więcej, jeszcze jeden statek mógłby popłynąć z nami... reszta do Everam. Potem z powrotem na Harlen, chociaż do Everam jest kawał drogi. Musielibyście się do tego dobrze przygotować. Do długiego powrotu w szczególności, jeśli o transport więźniów chodzi.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

287
POST BARDA
Kapitanowie kiwnęli głowami w ramach przywitania, jak również zgody z jej pierwszymi słowami. Żaden nie wyglądał na zbytnio podeskcytowanego. Jedynie gnom Ghargo ostatecznie stanął na swoim krzesełku, by nie stracić niczego ze spotkania. Łypał po zebranych, przebierając nogami jak dziecko, które nie może doczekać się deseru.

- Pierdolone krzesła. - Mruczał pod nosem, wyglądawszy, jakby miał zaraz znaleźć ujście dla drzemiącej w nim wściekłości i wyładować się na meblu.

Leobarius westchnął ciężko, niemal z bólem. Jego przystojna twarz malowała się troską.

- Rozumiem, że jest to coś, co należy zrobić. - Odezwał się powoli, ważąc słowa. - Uratowanie więźniów, powstrzymanie naszych wrogów. Ale czy nasza szóstka, czy sześć statków oraz statek zdrajcy Speke'a, wystarczą? - Poddał wątpliwości.

- I co my będziemy z tego, kurwa, mieć! - Dodał Ghargo, jednak Aspa uspokoił go gestem.

- Wciąż płonie we mnie nadzieja, że pozostali do nas dołączą. - Gregor uniósł dłoń do piersi, zaraz jednak ją opuścił. Zaczął skubać nitkę przy swoim mankiecie. - Zobaczą, z czym się mierzymy i jakie to znaczenie ma nie tylko dla nas, ale dla całej Harlen.

- Nie sraj żarem, idziemy tam i ich zajebiemy! - Dodał gnom, uderzając piąstką w stół.

- Zgadzam się z kapitan Umberto. - Wtrącił się Heweliusz, nim Ghargo znów zaczął sypać przekleństwami. - Musimy zobaczyć, z czym się mierzymy, nim puścimy na nich swoich ludzi. Dość żyć straciliśmy. Nie jest tajemnicą, że to Karlgard będzie najcięższy do zdobycia. Jest pani pewna, pani kapitan, że powinniśmy zaczynać od serca bestii? - Posłużył się metaforą, jednocześnie sięgając do kieszeni. Podał swojej małpce orzeszek, którego ta zaraz zaczęła obracać w drobnych łapkach. - Może powinniśmy popłynąć razem na jeden mniejszy punkt?

- Kurwa! Spalimy Karlgard do gołej ziemi! - Podekscytował się Ghargo. - Krwawa Horda popłynie z tobą do Karlgardu, Umberto!

Ork podsunął sobie mapę, którą Vera posługiwała się w Ujściu. Po jego minie można było stwierdzić, że ma pewne problemy ze zrozumieniem, co oznaczają namazane przez załoganta Very symbole. Krzywił się i marszczył, obracał kartkę w dłoniach wielkich jak bochny, jednak ciężko było mu wyłapać sens linii i przypisów.

- Popytam w punkcie handlowym. - Zaproponował Leobarius. - Zoabczę, ile da się załatwić. Resztę możemy kupić w innym porcie. - Dodał.

Hewelion odwrócił wzrok od swojej małpki i spojrzał na Verę.

- Mam lekarza na statku. Tak jak mówiłem wczoraj, pani kapitan, jest dla mnie cenny. Nie poślę go do walki, prawdę mówiąc, wolałbym, by poczekał w bezpiecznym miejscu. Chociażby Harlen. - Zaproponował, choć jego plan w gruncie rzeczy nie wchodził w grę. Każda para rąk musiała się przydać, tym bardziej taka, która potafiła leczyć. - Nie mogę go stracić.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

288
POST POSTACI
Vera Umberto
Zerknęła na gnoma, pełna wątpliwości, ale żadnej z nich nie wypowiedziała na głos. Ciężko jej było traktować go jako pełnowartościowego sojusznika; o jego statku też zbyt wiele nie wiedziała i miała wrażenie, że butną nazwą rekompensuje sobie inne braki. Starała się jednak być otwarta. To wciąż była jedna jednostka więcej, a skoro Ghargo wciąż żył i miał się dobrze, to może i jakąś tam skuteczność jego załoga miała.
- Kompania musi mieć jakieś dobra; nie działają w ramach wolontariatu, to co robią musi się im opłacać. Trzeba tylko zorientować się, co mają i gdzie - odparła na pytanie gnomiego kapitana. - W Ujściu nie mieliśmy czasu na głębsze śledztwo, więc zadowoliliśmy się Mżawką i ładunkiem na niej. Część tego ładunku wypiliście wczoraj. Część poszła na wynajęcie uzdrowicieli.
Część pójdzie na pierdolony remont, bo Irina nie potrafiła dopilnować, żeby statek płynął prosto i w odpowiedniej odległości. Elfka z całą pewnością nie dostanie nad nim dowodzenia. Vera będzie pewnie musiała pogodzić się z brakiem Corina u swojego boku i oddelegować go na Mżawkę, ale to był problem na przyszłość.
- Nie wiem, czy to wystarczy, ale w Ujściu wystarczyła jedna Siostra. Nie planujemy zdobywać miasta, tylko spalić kilka budynków i wyprowadzić więźniów, tak? - zerknęła na podekscytowanego Ghargo i pokręciła głową, marszcząc brwi. - Nie wiem, dlaczego ciągle słyszę o zdobywaniu Karlgardu. To nie miasto jest naszym celem, a jeden jego punkt. Jedno właściwe miejsce, dlatego tak istotny jest rekonesans. Ważniejsza od liczby statków będzie organizacja. Skuteczność załóg na lądzie. Wejście do miasta niezauważonym, a nie ściągnięcie na siebie uwagi całego portu w momencie wpłynięcia do niego. To powinno wydarzyć się możliwie najpóźniej, a my możliwie najdłużej powinniśmy trzymać się z dala od oczu straży.
Miała wrażenie, że niektórzy nie rozumieją, co się do nich mówi. Bezpośredni atak na miasto nie miał prawa się udać. Zostaną zatopieni zanim zdążą dobić do nabrzeża. Skinęła głową, przyjmując do wiadomości chęć dołączenia Krwawej Hordy do ataku na Kompanię w Karlgardzie. Nie była pewna, czy chce wrzeszczącego gnoma nad głową.
- Jeden statek z garstką ludzi możemy zostawić w odwodzie, może godzinę drogi od portu, a na nim lekarza - zaproponowała Leobariusowi. - Ale bez niego połowa więźniów może nie przeżyć powrotu na Harlen, jeśli będą w takim stanie, jak ci w Ujściu - zastukała palcami w stół w zamyśleniu. - Chociaż... Karlgard jest blisko. Bliżej, niż Ujście. Tego samego dnia powinniśmy być z powrotem na wyspie. Nie wiem. Jak uważasz, to twój lekarz i twoja decyzja, Gregor.
Przeniosła wzrok na męczącego się z mapą orka.
- To prowizoryczny plan tego obozu pracy w Ujściu. Łuska to karczma, w której stacjonowały niebieskie płaszcze, a tutaj... - podniosła się i pochyliła w stronę Uronga, wyjaśniając pokrótce jak zorganizowana była budowa. Gdy skończyła, usiadła z powrotem. - Nie wiem, czy tak samo będzie w innych miastach. Nie wiem też, czy rozsądniej będzie się podzielić i zaatakować w miarę jednocześnie, czy ruszyć większą siłą. Jestem otwarta na sugestie.
Oparła się wygodniej i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
- Można by było rozważyć infiltrację Kompanii, ale nie ma na to czasu. Nie wiadomo zresztą, czy to by się w ogóle udało. Speke miał brata, czy innego kuzyna w organizacji, pewnie dlatego wzięli go do współpracy. Z tego co wiem, żadne z nas nie ma takich kontaktów, dlatego tego nawet nie proponowałam. Wyciągnięcie ręki w ich stronę skończy się tym, że nam ją upierdolą przy samej dupie - zmarszczyła brwi. - Jest też kwestia przepływu informacji. Możliwe, że w Karlgardzie już wiedzą o wszystkim, co wydarzyło się w Ujściu, ale do Everam wieści mogły jeszcze nie dotrzeć. Czy element zaskoczenia jest warty więcej, niż odpowiednie przygotowanie? - zamilkła na moment. - Chyba nie tym razem.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

289
POST BARDA


Aspa uniósł lekko dłoń, by zwrócić na siebie uwagę.

- Podejrzewam, iż skoro to kompania handlowa, magazyny będą wypełnione dobrami. - Odezwał się, uśmiechając lekko, jakby na samą myśl złupienia placówek. - Nie możemy zapominać, że naszym głównym celem jest odbicie naszych braci, ale taki bonus byłby miły.

- Dobrze gada! - Wrzeszczał gnom, udowadniając, że w takim małym ciałku jest wiele mocy, a z jego gardła może wydobywać się całkiem donośny głos.

- Zdobycie okrętu... To bardzo duży zysk, ośmielę się rzec. - Dodał Leobarius. - W dużych portach nie powinno być problemem znalezienie kupca, tym bardziej, jeśli statek jest w dobrym stanie.

Vera nie mogła wiedzieć, czy Gregor po prostu tak mówił, czy miał na myśli nierozsądne manewry Iriny. Nie wydawał się złośliwcem, ale któż mógł domyślić się, co chodziło mu po głowie?

- Dlaczego ci uzdrowiciele nie mogą asystować zamiast mojego lekarza? - Zapytał Hewelion wprost. - Będą bardziej przydatni przy ciężkich obrażeniach. Magia jest skuteczniejsza niż oliwa i bandaże.

- Zdobyć miasto, zdobyć kompanię! Co za różnica! - Ghargo warknął przez zęby, wchodząc koledze w słowo.

- Zasadnicza, przyjacielu. - Odpowiedział mu Gregor, samemu zerkając na mapę, którą ork obracał w rękach. - Do misji rekonesansu potrzebujemy ledwie garstki najbardziej zaufanych, cichych osób, ale jeśli rozgorzeje walka, wtedy przyda się Krwawa Horda.

- No ba, że kurwa! - Zgodził się gnom.

Leobarius wyglądał na zatroskanego sprawą więźniów, Krwawej Hordy, lekarza Heweliona i całą tą sytuacją. Zerknął na tłumaczenia Very, gdy ta przesuwała palcem po mapie.

- Obyśmy mieli lepszego kartografa. - Rzucił pół żartem pół serio Aspa. - Mój portret nie wisi jeszcze w żadnym mieście. No, prócz Taj'cah, ale to za inne wykroczenia. - Dodał lekko. - Dajcie mi miesiąc, a dostanę się do centrali w Karlgardzie jako jeden z nich.

- Mieliśmy działać szybko. - Podkreślił Urong, niespodziewanie się odzywając. - Oni tam są. W niewoli. Nie ma czasu.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

290
POST POSTACI
Vera Umberto
Rzuciła tylko Gregorowi krótkie spojrzenie. Mżawka nie była w dobrym stanie i oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę, ale może faktycznie po naprawach będzie się trzymała kupy wystarczająco, by udało się ją opchnąć w Porcie Erola, czy gdzieś. Tak czy inaczej, teraz się im przyda, zakładając, że faktycznie ją poskładają i nie będzie zalewać się wodą przy ostrzejszych manewrach.
- To gówniarze - wyjaśniła, gdy został poruszony temat uzdrowicieli. - Zgarnęliśmy ich po drodze z Tsu'rasate, a że więźniowie byli w bardzo złym stanie, to nie mieliśmy czasu wybrzydzać. Jeden rzyga za każdym razem, jak mocniej zawieje. Drugi... drugi jest całkiem przydatny, ale to wciąż dzieciak. Chce pisać listy do mamy. Pomogli, nawet bardzo, w ostatecznym rozrachunku uratowali niejedno życie, ale na dłuższą metę nie mogę mieć takich smarkaczy na statku. Teraz, jak czas tak bardzo mnie nie goni, będę musiała wymienić ich na kogoś sensownego.
Kolejni, których trzeba było się pozbyć... choć chłopaków nie zamierzała wyprosić z Siódmej Siostry tutaj i teraz, i kazać sobie radzić. Obiecała ich odstawić do domu i zamierzała obietnicy dotrzymać. Zresztą oni nie poradziliby sobie tu, w przeciwieństwie do Echo i Raylene, które albo pójdą do burdelu, by zmonetyzować swoje hobby, albo zaciągną się na inny statek, o ile ktoś je weźmie. Vera wciąż była na nie wściekła.
- Spróbuję znaleźć innego maga. Problem jest w tym, że ci wszyscy czarodzieje zwykle mają kij w dupie tak głęboko, że ledwo są w stanie kręcić głową. Niełatwo będzie znaleźć takiego, który wspomoże... nasze działania.
Namawianie drugiego kapitana na zabranie lekarza mijało się z celem, gdy tak uparcie nie zamierzał go narażać. Nie do końca rozumiała takie podejście; po cholerę w takim razie go w ogóle miał, skoro nie chciał go ze sobą zabierać? Czy lekarz na pokładzie nie służył do tego, żeby może przypadkiem leczyć? To może Umberto nie weźmie Tripa, bo chłopak zbyt dobrze gotuje... i Corina, żeby nie musiała się martwić? Co za bzdura. Niezadowolenie odmalowało się na jej twarzy, ale powstrzymała się od dalszych komentarzy.
- Nie ma czasu - zgodziła się z Urongiem. - Poza kwestią więźniów, miesiąc to mnóstwo czasu na odbudowanie tego, co już stracili. Na przygotowanie się na ewentualny atak. Nie możemy dać im miesiąca.
Zastukała palcami we własne ramię, zerkając w stronę drzwi.
- Jest też Harlen. Póki co, sądzę, że w Kompanii nie znają lokalizacji wyspy. Sądzę, że Speke'owi za bardzo zależało na tym, by był przydatny i niezastąpiony, więc mógł nie podzielić się tą wiedzą, a przynajmniej ja na jego miejscu bym tego nie zrobiła. Po co oddawać swoje źródła, skoro można było z nich korzystać w założeniu w nieskończoność? Ale mogę się też mylić. Jeśli Kompania zaatakuje Harlen, ci, którzy nie popłyną z nami, będą potrzebni tutaj.
Przesunęła spojrzeniem po siedzących przy stole mężczyznach - choć trudno było nazwać mężczyzną drącego mordę Ghargo, który nic nie wnosił do dyskusji poza swoimi idiotycznymi wizjami podbicia Karlgardu. Ugh. Nie lubiła gnomów.
- Moja propozycja jest następująca: zostawmy Everam na później. Leobarius, albo Urong, zajmiecie się rekonesansem w Karlgardzie. Popłyniecie i wrócicie lada moment, my w tym czasie naprawimy Mżawkę i Siostrę. Hewelion, niech twój lekarz chociaż pomoże w przygotowaniu odpowiednich zapasów. Bandaże, zioła, nie wiem, nie znam się na tym, on będzie wiedział lepiej niż ja i pewnie lepiej, niż moja felczerka - zamyśliła się na moment, ze wzrokiem wbitym w małpkę, siedzącą na ramieniu kapitana. - Mógłby ją też podszkolić. Olenie brakuje wiedzy i umiejętności w tak poważnych przypadkach.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

291
POST BARDA
Leobarius wydawał się niepomny na spojrzenia Very.

- Listy do mamy... - Powtórzył po Umberto z dziwną czułością w głosie. - Masz rację, Vero. To jeszcze dzieci, a i nieuczciwe byłoby odebrać ich matkom w tak młodym wieku. Niech sami zadecydują, co chcą robić, gdy będą już dorośli.

- Ale moglibyśmy ich zatrzymać do czasu odbicia więzniów z Karlgardu. - Wtrącił się Aspa. Skrzyżował ręce na piersi i odchylił się na krzesełku. - Przyda się każda pomoc. Nawet jeśli będziemy musieli ocierać im noski, gdy będą płakać za mamą. I tak, tak, macie rację, drodzy kapitanowie. Nie mamy czasu.

Ghargo zeskoczył z krzesła, tylko po to, by dorwać się do zapasów Silasa. Stukając butelkami, dociągnął skrzynkę do stolika, by następnie każdemu podać po flaszce rumu.

- Dziękujemy, przyjacielu. - Mruknął śpiewnie Aspa.

- No kurwa. - Zgodził się gnom.

Nie mając pojęcia o rozterkach Very w sprawie członków swojej załogi, Leobarius posłużył się nożem, by pozbawić darowaną mu butelkę korka. Zaraz też sięgnął po kubek, najwyraźniej nie chcąc pić z gwinta.

- Mistrz Ignhys jest magiem, który mógłby nam pomóc. - Odezwał się Gregor. - Jestem pewien, że z chęcią wyruszy z nami w kolejny rejs, nawet jeśli nie potrafi leczyć.

- Ignhys jest niepoczytalny. - Sprzeciwił się Hewelion. - Zatrudnijmy kogoś innego. Może demonologa?

- Żadnych demonów. - Urong postawił sprawę jasno, krótko, lecz dobitnie. - Ani demonich pomiotów.

- Mam diabelstwa w załodze. - Sprzeciwił się Aspa, przez chwilę pojedynkując się z Urongiem na spojrzenia. - Są tak dobrzy, jak każdy inny marynarz. Może nawet lepsi.

- Phhh...

Wszyscy przez chwilę milczeli, by rozładować napiętą atmosferę między elfem i orkiem, jak również rozważając propozycję Very. Zapewne żadnemu nie podobało się zostawianie Harlen samej sobie, tym bardziej, iż nie mogli być pewni tego, jak wiele wiedziała Kompania. Być może Vera miała rację i byli póki co bezpieczni... ale co, jeśli tej racji nie miała? Co, jesli Kompania zbierała flotę przed atakiem?

Urong posłał Leobariusowi spojrzenie. Rozumieli się bez słów.

- Wezmę na siebie rekonesans. - Zaproponował.- Jestem gotów wypłynąć dzisiaj w nocy.

Wspomnienie o lekarzu wywołało kolejne ciężkie westchnięcie z piersi Heweliona. Temat jego felczera był problematyczny.

- Poproszę go, by zrobił, jak sugerujesz, kapitanie. - Odpowiedział ostrożnie, dość chłodno.

- Co będzie robić Królowa Balbina? - Dopytywał Aspa.

- Krwawa Horda będzie podbijać Karlgard!!! - Ghargo wiedział, co chciał robić. - Zabijać Kompanię! Odbić naszych! Arrghhh!

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

292
POST POSTACI
Vera Umberto
Zastukała palcami w ramię, rozważając słowa Aspy. W sumie miał rację, umówiła się z chłopakami na dwa lub trzy tygodnie, a nie minęło nawet siedem dni. Mogli popłynąć z nimi. Nie będzie przecież posyłać ich w wir walki, poczekają na rannych na statku, tak jak przedtem czekała na nich w bezpiecznej odległości Siódma Siostra. Wszystko było do dogrania.
Skinęła głową.
- Do Karlgardu popłyną z nami.
Silas musiał zdawać sobie sprawę z ryzyka, z jakim wiązało się wpuszczenie sześciu osób na zaplecze karczmy, więc Vera przyjęła butelkę bez wahania. Odkorkowała ją i pociągnęła łyka, choć nie angażowała się w picie szczególnie mocno - było dopiero południe, ale gardło przecież mogła zwilżyć. Z piciem z gwinta w przeciwieństwie do Leobariusa nie miała problemu.
- Mówiłeś, że Ignhys był przydatny, Gregor - zauważyła. - Jeśli jest większym problemem, niż pomocą, to może faktycznie lepiej go nie brać, ale jeśli uważasz, że jesteście w stanie go opanować, to nie widzę przeciwwskazań. To wy mieliście go na pokładzie przez kilka tygodni. Wy wiecie najlepiej.
W dyskusję na temat diabelstw się nie wtrącała. Mniejszą odczuwała niechęć względem nich, niż względem gnomów, a na pewno względem Ghargo. Kapitan Krwawej Hordy wyjątkowo mocno ją irytował.
- Jeśli będą atakować, zaatakują z Karlgardu - dodała jeszcze, widząc ich wahanie. - Z Everam jest zbyt daleko, w Ujściu już chuja zorganizują. Jeśli zadziałamy od razu, nic nie grozi wyspie. Tak sądzę.
Mogła być zbyt optymistyczna, ale wolała tak, niż zaraz słuchać o tym, że lepiej zabunkrować się na Harlen. Skinęła twierdząco głową w odpowiedzi na deklarację orka. Wszystko jej było jedno, który z nich ruszy na Karlgard.
- O co ci chodzi z tym lekarzem? - spytała, zirytowana. - Dwie, trzy lekcje też są problemem? Olena mu niczym nie zagrozi, to młoda, ludzka kobieta, która chce leczyć, nie zabijać. Nie porwie go też na Siostrę, czy czego tam się obawiasz.
Królowa Balbina była kolejnym statkiem, jaki mieli do dyspozycji. Vera zakręciła butelką na stole, w zamyśleniu spoglądając na elfa.
- Przydałoby się, żeby ktoś już zaczął orientować się, co dzieje się w Everam. Kiedy skończymy z Karlgardem, będziemy mogli ruszyć na zachód. Gdybyście już wrócili z wnioskami z rekonesansu... wszystko udałoby się załatwić szybciej. Tylko nie pamiętam, czy Królowa Balbina może się tam pojawić bez wzbudzania alarmu.
Kolejny komentarz gnoma sprawił, że Vera nie powstrzymała się już przed przewróceniem oczami.
- Będzie. Ale nie Karlgard, tylko siedzibę Kompanii. I później. Jak Duma wróci - uspokoiła go, podkreślając różnicę po raz kolejny.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

293
POST BARDA
Aspa, zachęcony słowami Very, zapędzał się w swoich sugestiach. Z uśmieszkiem błądzącym na ustach mówił dalej:

- Przetrzymaj ich tak długo, jak tylko możesz, pani kapitan. - Powiedział, przerywając tylko po to, by pociągnąć łyk rumu. Skrzywił się lekko, jakby nienawykły do tego rodzaju trunków. - A kiedy nie będą już potrzebni, najłatwiej byłoby ich wyeliminować. Kto wie, czy nie zaprowadzą na Harlen ręki sprawiedliwości? Widzieli nasze twarze. Są niewygodni, nie możemy ich puścić.

- Kiedy o tym mówimy... sądzę, iż szanowny pan Rrgus może mieć rację. - Westchnął Gregor rozkładając ręce. - Choć serce kraje mi się na myśl o utracie dwóch młodych duszyczek. Może lepiej byłoby ich zatrzymać? Podszkolić we własnym zakresie?

- Dołaczą do Krwawej Hordy!!!! - Gnom był jak zawsze entuzjastyczny. - Nauczymy ich zabijać!

Czas mijał, ale towarzystwo zaczęło ustalać konkrety i mimo różnorodności charakterów i pochodzenia, kapitanowie zaczęli znajdować stały grunt i dochodzić do konsensusu.

Gregor zaśmiał się lekko na wspomnienie Ignhysa, zupełnie, jakby temat elfa był żartem.

- Nie jestem w stanie go opanować, ale Ilithar? Jak najbardziej. - Pochwalił się. Jeśli ktoś mógł mieć władzę nad magiem, to jego własny syn. Wydawało się, że Ignhys mógł służyć tylko na Białym Kruku.

Atak Kompanii na Harlen miał pozostać w strefie domysłów. I choc żaden z mężczyzn nie zaprotestował, każdy domyślał się, że to tylko pobożne życzenie, aniżeli obserwacja faktów. Nikt nie wiedział, czy Harlen jest w niebezpieczeństwie, ani z której strony mogła nadejść flota Kompanii.

Bezprośrednie pytania o lekarza sprawiły, że twarz Heweliona stężała, a reszta panów starała się ukryć uśmiechy za szyjkami butelek i kubkami.

- Pobłogosławiła nas Osurela. - Przyznał się w końcu Hewelion, z trudem, jakby spodziewał się kpin lub ataku. - Dlatego jest dla mnie tak cenny. Nie znam twojej felczerki, więc jak mogę jej ufać?

- Podsumujmy. - W słowo wszedł mu Gregor. Pozostali zamilkli posłusznie, nawet Hewelion, choć wyglądał, jakby miał jeszcze coś do dodania. Zebrani patrzyli na Leobariusa jak na przywódcę, gdy najwyraźniej miał większą siłę przekonywania aniżeli Vera Umberto, choć to z jej inicjatywy spotkali się przy wspólnym stole. - Siódma Siostra, Krwawa Horda i Biały Kruk popłyną do Karlgadu. Załoga Białego Kruka zajmie się rekonesansem tak szybko, jak to możliwe. Krwawa Horda wkroczy do akcji tylko wtedy, gdy będzie to niezbędne. Dłoń Sulona będzie zbierać środki do leczenia więźniów, gdy my będziemy gromadzić informacje. W tym samym momencie do Everam popłynie Duma oraz Królowa Balbina, sprawdzić, jak wygląda sytuacja w tamtejszym porcie. Czy ktoś ma coś do dodania?

- Jak dzielimy łupy? - Pytanie Aspy było niewinne.

- Po równo, rzecz jasna. - Wyrwał się Hewelion.

- Po równo? Nie wydaje mi się. - Gregor podniósł dłoń w sprzeciwie. - Ja i Vera Umberto powinniśmy dostać więcej, jako głowy tej operacji.

- Też coś! Biały Kruk jest mniejszy od Dłoni! Rozdzielmy wedle wielkości statków i załóg!

- WALCZMY O PODZIAŁ! - Darł się gnom.

I tylko Urong pozostał milczący, gdy niewinne pytanie elfa wywołało nową dyskusję. Panowie szybko zaczęli przekrzykiwać się, sugerując coraz to nowe sposoby podziałów, szukając jak najwięcej okazji do zwiększenia swoich udziałów.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

294
POST POSTACI
Vera Umberto
Sugestia zabrania uzdrowicieli do Karlgardu była sensowna, ale Vera nie zamierzała brać dalszych ich pomysłów pod uwagę. Miała swoje plany i podejmowała własne decyzje dotyczące chłopaków. Dotrzymywała zobowiązań... z reguły. Tego chciała dotrzymać.
- Nie trafiliby tu z powrotem, choćby im dać mapę i kompas - odparła chłodno. - Dziękuję za porady. Sama zdecyduję co z nimi zrobić, jak będzie już po wszystkim.
Krwawa Horda zdecydowanie brzmiała jak idealne środowisko dla takiego rudzielca. Totalnie by się odnalazł, jak w domu. Znów jednak powstrzymała się od komentarza. Bardzo się starała trzymać nerwy na wodzy i póki co się jej udawało; musieli wypracować jakiś układ, nawet jeśli był to kruchy i tymczasowy sojusz.
Na Ilithara chwilowo nie miała ochoty patrzeć, ale na szczęście pozostawał on według planu na Białym Kruku. Niech trzyma ojca pod kontrolą, a swoją chuć z dala od Very i Siódmej Siostry. Skinęła tylko głową. Za to w momencie, w którym padły słowa o błogosławieństwie Osureli, kapitan westchnęła ostentacyjnie i uniosła ręce w geście niedowierzania. Nie ze względu na to, kogo i co łączyło, bo to jej było wyjątkowo obojętne, ale ze względu na podejmowane z tego powodu decyzje. No jasne, najlepiej więc zostawić lekarza na wyspie, wybudować mu wieżę i trzymać od niego wszystkich z daleka, żeby brońcie bogowie nie spadł mu włos z głowy.
- Przedstawię ci ją najpierw. Zamienicie trzy słowa i przestaniesz panikować. Olena nic mu nie zrobi.
Podsumowanie planów brzmiało dobrze, zakładając, że nie mieli w tym gronie zdrajcy. Kogoś, kto już teraz współpracował z Kompanią tak samo, jak Speke i kto wbije Verze nóż w plecy, kiedy będzie się tego spodziewać najmniej. Wiedziała, że nie może ufać im bezgranicznie i że będzie musiała się jakoś zabezpieczyć... I prawdopodobnie to samo wiedział każdy z nich. To nie była paranoja, to był zdrowy rozsądek. Zbyt często takie rzeczy szły nie tak, by teraz nie spodziewać się najgorszego, a lepiej było zostać zaskoczonym pozytywnie, niż negatywnie.
- Przepraszam, ty i Vera Umberto? - powtórzyła po Leobariusie, a z jej ust wyrwało się parsknięcie. - Od kiedy organizujemy cokolwiek we dwoje?
Nie mówiła tego w sposób agresywny, a raczej z nagłym przypływem rozbawienia. Proszę, jak się ktoś rwał do odpowiedzialności. Z powrotem skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i odchyliła się na krześle, przez chwilę obserwując ich dyskusję. Nie wiedziała, jakim cudem nie przyszło jej to wcześniej do głowy; podział łupów był ważny. Ona też potrzebowała złota.
- Jestem za podziałem po równo, na tyle, ile statków będzie brało udział w akcji - zasugerowała, na wszelki wypadek nie podkreślając tego, że ona w tej chwili miała dwa. - Łupy z Karlgardu dla tych, którzy popłyną walczyć w Karlgardzie. Łupy z Everam dla tych, którzy popłyną potem do Everam. Wynagrodzenie adekwatne do podejmowanego ryzyka.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

295
POST BARDA


- Jeśli Ty ich nie wyeliminujesz, zrobi to za ciebie ktoś inny. Już wiemy, że chcesz ich puścić. - Dyskutował dalej Aspa w temacie młodych uzdrowicieli8. Rozłożył lekko ramiona i uśmiechnął się mrużąc oczy, jakby cała sprawa była zabawna. - A my, wbrew pozorom, potrafimy wytropić osobę, nawet bez kompasu i mapy. Zabierając ich na statek, podpisałaś na nich wyrok, pani kapitan. Mogą tylko skończyć na statku lub pod statkiem, na dnie. - Zauważył. Urong pokiwał głową w niemej zgodzie. - To jest już kwestia bezpieczeństwa nas wszystkich, nie twoje widzimisię.

Zbyt dużo słów z ust kapitan Very mogło być końcem dla dwójki uzdrowicieli. Młodzi mieli przed sobą całe życie, ale zainteresowało się nimi złe towarzystwo. O ile Weswald miał szansę na służbę na Siostrze, to Mute'lakk mógł co najwyżej łatać piratów na Harlen, gdzie nie bujało i nie wywracało mu żołądka na lewą stronę.

Plan mógł się dalej posypać, gdy Hewelion wstał gwałtownie i uderzył rękoma o blat, aż zadzwoniły kubki i butelki, a ta najbliżej niego przewróciła się i rozlewała zawartość, póki nie złapał jej gnom. Małpka w panice przeskoczyła na Uronga.

- Kpisz z nas, dziewko?! - Warknął Hewelion, wyraźnie przeczulony na punkcie swojego związku, gotów odebrać każdy nieprzemyślany gest i słowo jako atak.

Leobarius położył rękę na jego ramieniu i stanowczym, aż delikatnym ruchem pchnął go z powrotem na krzesło.

- Kapitan Umberto - poprawił Heweliona - się zapomina. Oczywiście, tylko w gestii dobrej woli twojej, przyjacielu, i twojego partnera, jest to, czy czegoś nauczycie pannę Olenę.

Atmosfera spotkania zmieniła się i teraz mężczyźni patrzyli po sobie w inny sposób, aniżeli na Verę. Pionowa zmarszczka między brwiami Gregora świadczyła o tym, że nie podobał mu się jej ostatni komentarz, choćby i wypowiedziany w rozbawieniu.

- Chcesz mi powiedzieć, droga Vero, iż zabrałaś się za organizację sama? Że to twoje przemowy przekonały szanownego Heweliona, pana Aspę, kapitana Uronga i Krwawą Hordę-

- Ayeee! - Wydarł się gnom.

- I Krwawą Hordę - ciągnął Gregor - Do dołączenia do tego przedsięwzięcia? - Pytał retorycznie. - Obawiam się, że byłaś jedynie pomysłodawcą, Vero. Ale przywódcą musi zostać ktoś inny. Dlatego również podziału łupów będzie inny. - Stwierdził z chłodem w głosie. - Taki, jaki przegłosujemy. Panowie. Podział łupów po równo? - Zmienił front.

Hewelion, Urong i Aspa podnieśli dłonie.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

296
POST POSTACI
Vera Umberto
Nie podobało się jej to, co słyszała, ale jednego była pewna - o życiu Weswalda i Mute'lakka nie będzie decydować zgraja piratów na zapomnianej przez bogów i ludzi wyspie. Niepotrzebnie w ogóle poruszała z nimi ten temat. Po raz kolejny zresztą potwierdzały się słowa Corina - była zbyt miękka, za mało bezwzględna. Kwestia uzdrowicieli powinna nie budzić w niej wątpliwości, tak jak nie budziła ich w pozostałych siedzących przy stole. Wydęła usta w niezadowoleniu, a jej ramiona spięły się nieco, ale nie zaprotestowała. To był problem dla przyszłej Very.
Wybuch Heweliona sprawił, że sama też się wyprostowała, gotowa do ewentualnej samoobrony, w razie gdyby mężczyzna postanowił z jakiegoś powodu rzucić się na nią z pięściami. Przez twarz kapitan przeszedł kalejdoskop emocji, od zdezorientowania, przez złość, po irytację.
- Gdzie ja, do kurwy, kpię z kogokolwiek, Hewelion? - spytała. - To nie moja sprawa. Ale nazwij mnie dziewką jeszcze raz, a będziesz się ze swoim medykiem porozumiewał na migi.
Gest, którym Leobarius uspokoił drugiego kapitana, przywołał do porządku też Verę. Oparła się z powrotem, ale jej ramiona nie rozluźniły się, a brwi pozostały zmarszczone.
Poza jedną, krótką chwilą wczoraj na Siódmej Siostrze, gdy do głowy uderzył jej butny nastrój po przemowie, a w krwi buzował alkohol, nie podchodziła do tego przedsięwzięcia ze zbyt wielkim entuzjazmem. Nie czuła też go przychodząc tu dzisiaj. Ale słowa Gregora musiały wyprowadzić ją z równowagi, nie mogło być inaczej.
Początkowo, gdy odpowiadał na jej rozbawienie, pokręciła tylko lekko głową i rozplotła skrzyżowane ręce, by unieść dłonie w pojednawczym geście.
- Nie. Masz rację. Doceniam twój wkład - zgodziła się. Fakt, z jakiegoś powodu na zapleczu karczmy Silasa znalazło się więcej kapitanów, niż tylko ich dwójka, a w całej akcji miało brać udział więcej statków, niż Biały Kruk i dwa okręty, należące do Umberto.
Wtedy jednak padły słowa o przywódcy, które sprawiły, że coś w niej zawrzało.
- To wszystko miało działać na zasadzie współpracy na równych warunkach - w jej głosie pojawił się chłód, pasujący do tego, który słyszała od Leobariusa. - Nie planowałam bawić się w przywódcę, czy innego admirała. Nie planowałam też pod nikim służyć i nie będę tego robić, nawet jeśli miałoby to wszystko trwać nie więcej, niż miesiąc. Nie spodziewałam się, że którykolwiek z was będzie otwarty na poddanie się decyzjom jednej osoby.
Zmrużyła oczy, rzucając Leobariusowi butne spojrzenie spod ciemnych brwi. Jeśli tak to miało wyglądać, jeśli zamierzał nagle mianować się dowódcą i opowiadać za całą akcję, to Vera się z tego wypisywała. Nie dlatego, że miała coś do kapitana Białego Kruka, był w porządku. Miała problemy z autorytetami.
- Może być i po równo - mruknęła.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

297
POST BARDA


Ani Mute'lakk, ani Weswald, nie mogli mieć pojęcia, że podczas spotkania kapitanów ważyły się również ich losy. Przyjaciele z goblińskiego miasta korzystali z życia na Harlen, bo cóż innego pozostało im, gdy ranni zostali opatrzeni, a ich pirackie "praktyki" dopuszczały każdą formę rozrywki, nawet nieprzyzwoitą dla młodych chłopców, którzy dopiero co chcieli pisać listy do domu. Vera słyszała, że Echo i Raylene już wzięły ich w obroty, pokazując dorosły świat.

Gregor zacisnął dłoń na ramieniu Heweliona, a drugą oparł o ramię Very, starając się utrzymać oboje w ryzach.

- Pani kapitan, panie kapitanie. - Zwrócił im uwagę, obojgu. - Dość. Vero, twoje groźby są wyjątkowo nie na miejscu. Hewelionie, odpuść. To Harlen, nikt nie ocenia ani ciebie, ani pana Viridisa. Labrus Viridis, Vero, to medyk, który może nam pomóc, a jednocześnie wybranek Heweliona. Zapoznamy was później.

Hewelion wyglądał, jakby miał ochotę coś jeszcze dodać. Zaciskał usta tak, że aż pobielały, ale jego uszy poczerwieniały. Połowa jego twarzy, ta nieoszpecona, wykrzywiła się w brzydkim grymasie. Drugą zajmowała blizna, uniemożliwiając mimikę.

Rozmowy nie były łatwe. Urong milczał, Aspa uśmiechał się, jakby tylko czekając, aż doda coś, co doleje oliwy do ognia. Ghargo za to wyglądał, jakby nie do końca wiedział, o co rozchodzi się cała afera. Popijał ze swojej butelki.

Gregor zabrał dłonie z ich ramion i złożył je przed sobą. Powoli, jakby spodziewał się nawrotu ataku z obu stron, skierował się ku swojemu krzesłu.

Małpka ostrożnie przekroczyła stół, a następnie wskoczyła na ramię Very. Pociągnęła ją za kolczyk, lekko, jakby sprawdzając, jak go wyrwać.

- Kochana Vero, ależ współpracujemy. Głosujmy razem, rozmawiajmy, dyskutujmy cywilizowanie. Obawiam się jednakowoż, iż nas sojusz musi działać tak, jak działa statek - podejmujemy decyzje wspólnie, jednak gdy nie ma czasu na narady, ktoś musi przejąć odpowiedzialność. - Leobarius spuścił głowę. - Jest to poświęcenie, na które jestem gotów.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

298
POST POSTACI
Vera Umberto
Nie spodziewała się, że ta rozmowa będzie łatwa. Nie byli w wojsku, a grupie zebranej przy stole nie zależało wyłącznie na powodzeniu akcji ze szlachetnych pobudek. Vera sama zresztą unosiła się zbyt łatwo, czego idealnym dowodem był fakt, że Leobarius musiał ją uspokajać, żeby nie rzucili się sobie nawzajem z Hewelionem do gardeł i to właściwie bez żadnego powodu. Uniosła wzrok w górę, wbijając go w sufit i wzięła dwa głębokie oddechy, próbując przemówić do własnego rozsądku, który gdzieś tam przecież jeszcze był. Nie mogła dawać się ponosić przez jakieś byle gówno, ważniejsze rzeczy tu leżały na szali. Oparła rozprostowane dłonie o blat przed sobą, na krótką chwilę skupiając się na nich, na zdobiących je pierścionkach i bransoletach.
- Nie jestem nastawiona negatywnie względem ciebie, ani twojego wybranka, Hewelion - odezwała się w końcu, kierując słowa do wściekłego mężczyzny. Siliła się na spokój i choć nie potrafiła zachować go tak doskonale, jak Gregor, to wciąż potrafiła się jeszcze opanować, kiedy było trzeba. Zazwyczaj. Uniosła wzrok na Heweliona.
- Moja upierdliwość dotycząca lekarza nie wynika z tego, że chcę cię go pozbawić, albo z jakiegoś mojego widzimisię - wyjaśniła. - Decydując się na atak w Ujściu nie wpadłam na to, że będę go potrzebować. Myślałam, że Olena wystarczy, bo co może być konieczne do doprowadzenia więźniów do dobrego stanu? Byli przemęczeni, niektórzy ranni. Długi odpoczynek i podstawowe opatrunki miały wystarczyć. Tymczasem patrzyłam, jak na moich oczach umierali, jeden za drugim, kiedy za punkt honoru postawiłam sobie dowiezienie ich na Harlen żywych. Nawet ściągnięcie uzdrowicieli w niektórych przypadkach chuja dało. Dzień po dniu, w morzu lądowało kolejne zaszyte w płótno ciało, a ja nie mogłam z tym zrobić nic.
Wspomnienie jasnego całunu, zamykającego się nad martwym ciałem Erinela, przeszło ciarkami wzdłuż kręgosłupa Very, choć przecież było gorąco. Ściągnęła jedną ze złotych bransoletek i dała ją małpce, w geście dobrej woli. Kolczyki jednak wolała zachować, najlepiej oba.
- Nie chcę tego doświadczać po raz kolejny, ani ponownie zrzucać na barki Oleny czegoś, co będzie ponad jej siły. Jesteśmy na Harlen. Nie znajdę tu szkoły medycznej, prywatnych praktyk uzdrowicielskich, magów do wynajęcia. Mam ciebie, Hewelion, i twojego Labrusa. Jeśli on nie zechce chociaż wspomóc Oleny w przygotowaniu się do tego, co czeka nas w Karlgardzie, a potem w Everam, jeśli nie zdobędziemy jakichś eliksirów leczących, czy czegoś skuteczniejszego, niż niedoświadczona felczerka z Siódmej Siostry, zostaniemy w punkcie wyjścia. Będziecie bezsilnie patrzeć, jak umierają ci, których chcieliście uratować - zacisnęła zęby. Nie wiedziała, czy jej argumentacja zadziała. Ratowanie więźniów było dla nich mało istotnym celem, w stosunku do zabezpieczania siebie przed podobnym losem i zdobywania dóbr Kompanii. - Nie potrafię wytłumaczyć tej potrzeby dosadniej.
Oparła się wygodniej, zakładając nogę na nogę i wpatrując się w Gregora w niemym zamyśleniu. Mężczyzna był idealnie uprzejmy i wydawał się w pełni zaangażowany w całą akcję. Do tego stopnia, że stawało się to podejrzane. Podobną uprzejmością wykazywał się Speke, gdy rozmawiała z nim przy ognisku po raz pierwszy. Podobnie się uśmiechał i tak samo był otwarty. Choć Umberto bardzo chciała, to nie potrafiła w pełni zaufać siedzącemu naprzeciw niej mężczyźnie. Jaka była szansa, że zdradzi ich wszystkich? Nie była w stanie tego ocenić, a przestała już uważać, że zna się na ludziach, bo ci zaskakiwali ją ostatnio na każdym kroku.
Zastukała palcami we własne udo, uważnie lustrując Leobariusa wzrokiem. Może niegłupim byłoby zrzucenie odpowiedzialności z siebie samej? Tylko czy była to rozsądna decyzja? Dla wszystkich tutaj zapewne tak, łatwiej było poddać się decyzjom kapitana Białego Kruka, niż rozkazom dziewki. Dla Very... niekoniecznie.
- Byłam w Ujściu - podkreśliła. - Miałam już do czynienia z Kompanią, widziałam ich metody. Odbiłam im więźniów i spaliłam ich budynki. Zabiłam ich szanownych przedstawicieli i ukradłam im statek, zakładając, że Speke należał do nich. Przywiozłam na Harlen zarówno uratowanych, jak i ostrzeżenie dla was wszystkich. Myślę, że to wystarczająco dużo, by zostawić podejmowanie decyzji w chwilach kryzysowych jednak w moich rękach.
Przesunęła spojrzeniem po zebranych.
- Ale to też możemy poddać pod głosowanie.
Obrazek

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

299
POST BARDA


Wielu z piratów miało wojskowe korzenie. Choć historia nie każdego z nich była Verze znana, wiedziała, że przynajmniej Hewelion ukształtował swoje nauki i poglądy w marynarce. Przeszłość Leobariusa nie była jej znana. Kapitan usiadł i złożył ręce na piersi. Hewelion również wziął głębszy wdech i postarał się wygładzić stężałe mięśnie twarzy, odganiając zdenerwowanie.

- Potrafię zrozumieć, dlaczego zależy ci na moim lekarzu. - Stwierdził powoli, ostrożnie, jakby bał się, że złość przebrzmieje w jego głosie. - Ale ty, pani kapitan, powinnaś również zrozumieć, dlaczego nie chcę wystawiać go na niebezpieczeństwo. Potrafi walczyć, jednak jest zbyt cenny, bym mógł go stracić, ze względu na jego umiejętności, pozycję w załodze i moje osobiste odczucia. - Małpka porwała bransoletkę Very i jakby do tego przyuczona, zeskoczyła z jej ramienia na stół, a następnie do Heweliona, by oddać mu skarb. Nim Hewelion podsunął Verze jej błyskotkę z powrotem, podał małpie orzeszek w ramach nagrody za zdobytą ozdobę. - Musisz pamiętać, że Labrus nie jest cudotwórcą i w razie ciężkich ran, nie uratuje nikogo tak, jakby mógł zrobić to mag.

- Kolejne argumenty za zachowaniem uzdrowicieli w załodze, pani kapitan. - Wtrącił się Aspa. Wcześniej podsunął sobie kolejne krzesło, by oprzeć na nim nogi. - Lepsi przydatni niż martwi.

- To, co zrobi Labrus, zostawię jego wyborowi. - Podsumował Hewelion.

Temat uzdrowicieli wydał się zakończony. Wiele zależało teraz od decyzji pojedynczych osób, nie tylko lekarza Heweliona, ale samej Very, której pozostało ocenić, co zrobić z młodzikami. Aspa ostrzył na nich zęby, a z pewnością nie był jedynym, który miałby chęć wyeliminować niewygodnych świadków.

Gregor westchnął. Postukał palcem o własne ramię, słuchając słów Very. Miała po części rację, doświadczenie przemawiało na jej korzyść. Jeśli Gregor był zdrajcą, to bardzo dobrze się z tym ukrywał. Nie pokazywał po sobie nawet cienia fałszu, tak jak pozostali zebrani przy stole mężczyźni. Kompania mogła mieć pluskwę w Harlen, jednak jak ją rozpoznać? Przystojna twarz Leobariusa, skrzywiona w strapieniu, i jego posiwiałe skronie, nie mogły świadczyć o niczym dobrym bądź złym.

- Prosiłaś, kapitanie, żeby działać po cichu. Dziś rano zawinął do portu statek, który był w Ujściu parę dni temu. Miasto huczy od plotek i podejrzeń, oczy wielu kierują się ku piratom. Zrobiłaś właściwą rzecz, Vero, ale czy we właściwy sposób? Na jakiś czas możemy stracić rynek zbytu w Harlen. - Poddał wątpliwości jej słowa. - Nie przedłużając, głosujmy. Kapitanie Rrgus? - Wywołał pierwszego.

- To oczywiste. Pan, Kapitanie. - Odparł bez wahania Aspa, za to uśmiechem czającym się w głosie, jakby całe to głosowanie było jedynie farsą.

- Kapitan Urong?

Ork potrzebował chwili, by zadecydować. Łypał w stronę kobiety i Leobariusa. Poruszał ustami, jakby rozważał, która z dwóch propozycji będzie lepsza.

- Vera Umberto. - Powiedział w końcu, zawieszając na Verze spojrzenie małych, jasnych ślepek.

- Krwawa...

- PÓJDZIE ZA LEOBARIUSEM!

- Dziękuję. I kapitan Hewelion?

Ostatniemu z głosujących najdłużej zajęło podjęcie decyzji. Opuściwszy głowę i podając małpie kolejny orzeszek, rozważał za i przeciw. Nim cisza stała się niezręczna, Hewelion zadecydował:

- Kapitan Vera Umberto.

Aspa jęknął ostentacyjnie, wyrzucił ręce ku górze.

- Mamy remis! Co teraz?!

- Zagłosujmy ponownie jutro. - Zapropowal Urong podnosząc się z krzesła.

[Płonąca Zatoka] Wyspa Harlen

300
POST POSTACI
Vera Umberto
Umberto skinęła głową, przyjmując do wiadomości zarówno wyjaśnienie Heweliona, jak i sugestię Aspy, którego całe to spotkanie wydawało się bawić bardziej, niż to logiczne. Powiedziała już, że uzdrowiciele zostaną u niej na Karlgard; co zrobi z nimi później, okaże się jak przyjdzie co do czego. Przynajmniej między nią a Hewelionem z powrotem zapanował względny spokój. To nie tak, że nie była w stanie go zrozumieć, bo gdyby potrafiła, sama chętnie otoczyłaby Corina magiczną barierą, przez którą nie przebiłyby się ostrza, strzały i szpony syren. Tylko że na Harlen nie było miejsca na takie sentymenty. Nie teraz, kiedy tak wiele wisiało na ostrzu noża.
Głosowanie też nie skończyło się w satysfakcjonujący dla niej sposób, choć nie skończyło się też źle. Mieli impas, którego nie udało się im rozwiązać, choć każdy z kapitanów obecnych przy stole miał swoje zdanie. Pechowo się składało, że była ich parzysta liczba. Vera zastukała palcami o blat, nieco zaskoczona, że w całej swojej złości Hewelion wybrał jednak ją. Z powrotem uniosła wzrok na Gregora i jego zatroskane spojrzenie. Gdyby tylko potrafiła czytać w myślach. Dlaczego tak mu na tym zależało? Skąd przyszło mu do głowy, żeby ubiegać się tu o jakieś przywództwo i po co mu ono było potrzebne?
- To nie była pochopna, nieprzemyślana akcja. Podjęliśmy najlepsze decyzje taktyczne, jakie mogliśmy podjąć w obecnej sytuacji - odparła jeszcze na jego wcześniejsze zarzuty. - Nic dziwnego, że oczy kierują się ku piratom, skoro Kompania Handlowa Błogosławieństwa Ula za punkt honoru postawiła sobie oczyszczenie z nich mórz, a teraz w jedną noc straciła część zarządu, więźniów i budowę. Kogo innego mają oskarżać? Dopóki nie mają twardych dowodów przeciwko nam, nie uważam, że zrobiliśmy coś źle.
Do jutra mogło zmienić się wiele, a Leobarius ze swoją elokwencją i spokojną argumentacją mógł przeciągnąć na swoją stronę któregoś z tych dwóch kapitanów, którzy teraz wybrali Verę. Nie sądziła, by miało się to udać w drugą stronę; Umberto nie zamierzała prosić i przekonywać w prywatnych rozmowach, a do tego miała załogę, która zaraz odpierdoli coś nowego, za co kapitan będzie musiała się wstydzić, albo rozpali pożary, które ona będzie musiała gasić. Przetarła brwi palcami.
- Albo możemy podzielić się na dwie grupy tak, jak wybraliście - zaproponowała alternatywę. - My we trójkę do jednego miasta, wy do drugiego. Chyba że do jutra ktoś jeszcze zmieni zdanie.
Najlepiej gdyby zmienił je Leobarius i przestał kombinować, jak tu przywłaszczyć sobie nad wszystkim kontrolę. Wiedziała, że to się raczej niestety nie wydarzy. Może powinna z nim porozmawiać sam na sam i dowiedzieć się, o co mu chodzi. Postanowiła odwiedzić go później na Kruku, bo proszenie w tej chwili o prywatną rozmowę nie byłoby mile widziane przez pozostałych.
- Jutro o tej samej porze w takim razie? - zaproponowała, naciągając bransoletkę z powrotem na nadgarstek. Nie zatrzymywała nikogo dłużej, ale sama nie ruszała się z miejsca. Siedziała na swoim krześle, dopóki nie została na zapleczu karczmy sama.
Obrazek

Wróć do „Wschodnia baronia”