Bastion Khudamarkh

211
POST BARDA
Kamira była tylko małym trybikiem w machinie Bastionu. Koło toczyło się nieprzerwanie i na prowadzenie wychodził co chwilę nowy przywódca. Jedynie Kharkun, a wcześniej jego ojciec, po którym przejął schedę, wydawali się pewną stałą, filarem, który teraz Quetiapin i jego poplecznicy zamierzali obalić.

Obecny obraz Bastionu malował się miastem, które nie mogło upaść, które miało silnego przywódcę i ustaloną ekonomię. Z drugiej strony, podobne mogło być miasto, w którym wychowała się Qlaira - a jednak, nie zostało po nim nic, aniżeli kupa gruzu i mnóstwo piasku przykrywającego bielejące kości dawnych mieszkańców. I choć Khudamarkh wciąż cieszył się życiem, kilka ognistych zaklęć Kamiry wystarczyłoby, by zamieszkiwały go tylko duchy.

Qlaira westchnęła i ostatecznie oparła się na Kamirze całym swoim ciężarem, najwyraźniej dając za wygraną. Przymknęła powieki i nie odezwała się już ani słowem.

Kamira reagowała późno, ale hej - reagowała! Pozostawiając Qlairę tylko na chwilę, zabrała z namiotu zielarki pas materiału, który równie dobrze mógł posłużyć za bandaż i zacisnęła go nan raną niczym opaskę uciskową. Krawienie stopniowo ustawało, jednak kobieta zdążyła już stracić przytomność. Była zbyt blada, by jej cerę można było uznać za zdrową.

- Na stół. - Poleciła zielarka, gdy Qlaira znalazła się już w namiocie, ciągnięta przez drobną czarodziejkę. Z pomocą przyszedł jej sprzedawca koszul, który podniósł blondynę, jakby ta nic nie ważyła. Sefu, którego leczenie dobiegło końca, siedział na podłodze z niewyraźną miną, najwyraźniej nie będąc zbyt zadowolonym z rany, jaką udało mu się otrzymać. - Jestem zielarką, nie uzdrowicielką. Aj, aj, goście zawsze przynoszą za sobą biedę. - Westchnęła Hawortia, trzymając nóż nad ogniem.

Kamira tym razem mogła pozostać w namiocie. Obserwowała, jak goblinica opala narzędzie, a następnie, gdy było już dość gorące, przykłada je do rany na udzie Qlairy. Powietrze wypełnił smród palonej skóry, jednak kurtyzana nawet nie skrzywiła się, gdy przytomność całkowicie ją opuściła. Przynajmniej rana została zasklepiona i krwawienie ustało.

- Kto następny? - Odezwała się zielarka. - A ty, Ogniu Pustyni? Czego tobie potrzeba?

Wciąż gorący nóż w rękach Hawortii nie zachęcał do wyznań.
Dzięki obserwowaniu zielarki, Kamira nauczyła się, że ogień nie musi służyć wyłącznie do niszczenia, ale można nim również zamykać rany.
Kamira zyskuje +1 do felczerstwa.
Gratulacje!

Bastion Khudamarkh

212
POST POSTACI
Kamira
Małe trybiki były niezwykle ważne w machinie, bo jeśli jeden się złożył, to istniała szansa, że pozostałe również zostaną wytrącone z równowagi, dopóki ktoś nie zastąpi tego jednego, zepsutego. Z Kamirą było jednak trochę inaczej. Była nowym trybikiem, trybikiem, który nie za bardzo chciał pasować i nie za bardzo wykonywał swoją pracę, jak mu polecono... Chyba że właśnie na tym polegała jej praca, na tworzeniu kłopotów i chaosu.

Problemy zdawały się tak szybko nie chcieć zniknąć. Na całe szczęście Kamira zareagowała w czas, by Havrotia zajęła się już Sefu i mogła przystąpić do przyjęcia Qlairy. Szybka to była goblinica. Czarodziejka ze strachem obserwowała nagrzewający się metal, który skończył na nodzie zabójczyni. Kto by się spodziewał, że ogień też może pomóc? Na pewno nie było to ładne, ale krwawić przestało. W tej chwili do Kamiry wróciło wspomnienie związane z eksplozją, jaką sobie zaserwowała w posiadłości Kharkhuna. Nie były to miłe chwile i ból również taki nie był, nie chciała sobie wyobrażać co teraz czuła Qlaira, nie chciała, bo doskonale wiedziała, jak mogło to boleć, samo syczenie przyprawiało niemalże o dreszcze. Słowa traktujące o kolejnej osobie częściowo zabrzmiały jak groźbą wściekłego goblina, który jest zbyt opanowany, by wrzeszczeć, Kamira trochę się jej zlękła.

Na szczęście Sefu był w niezłym stanie, ale zapewne musiał odpoczywać. Lepiej go było nie niepokoić i zająć się własnymi sprawami z goblinią zielarką. – A-a no bo ja... — Nie za bardzo w tej chwili wiedziała jak kontynuować tę rozmowę. – Możemy na chwilę same? — Spojrzała w stronę sprzedawcy koszul i kręcącego się gdzieś tutaj drugiego goblina. Liczyła, że będą miały chwilę dla siebie w pomieszczeniu obok, albo zwyczajnie innych wyprosi, albo same wyjdą. Nie miało to większego znaczenia. Nie chciała, by im przeszkadzano w rozmowie, to nie tak, że obecność pozostałych bardzo zmieniała jej sytuacje... Po prostu brak wsparcia i żarty wcale nie sprawiały, że czuła się lepiej z tą sytuacją. – Pani Havrotio. No bo ja mam dwie sprawy – Zaczęła ciszej. – No bo, pierwsza to... — Wyciągnęła ręce, pokazując gojące się powoli rany – Mam na to maść, ale może da się zrobić coś jeszcze. No i, no i tydzień temu do mojej komnaty przyszedł taki elf i on... No i my, no i ja teraz nie wiem, co teraz... Bo ja nigdy przedtem... — Miała wyraźnie krzywą minę, jakby zupełnie nie miała pojęcia co o tym wszystkim myśleć, bo rzeczywiście nie wiedziała jak odnosić się do Azelila, tego, co zrobił ani tego, jak sama się z tym czuje. Na pewno nie czuła się dobrze, ale czy było to z powodu takiego, że sobie to wmówiła, czy może inni próbują ją na tę kwestię znieczulić?
Spoiler:
Spoiler:

Wróć do „Wschodnia baronia”

cron