Bastion Khudamarkh

46
Jak można było czuć się dobrze w tym palącym mroku pustyni...

Ciężko było nazwać to jak się czuła, czyżby to był jeden z tych dni, gdzie przesadziła z magią? Ale gdzie? Kiedy? Jak? Zupełnie nie rozumiała, nie miała nawet siły, by próbować rozumieć w jak złej sytuacji była. Czyżby podali jej coś, co zupełnie ją osłabiało i miało wyssać z niej wszelkie życie? Cóż to były za czarne myśli... Zupełnie niepotrzebne, bo przecież nikt by się nie odważył, nikt by nie spróbował i chyba o tym wiedziała.

Chyba...

Sen okazał sie czymś wyjątkowym, przyszedł nagle, równie nagle się skończył, niespodziewanie, wcale nie pozwalając na żadne dojście do siebie czy odzyskanie energii. Zupełnie bezwartościowy, stracony czas. Pustynia i gorąc sprzyjał chorobom, ale czy ostatni wieczór był tak straszliwy, by doprowadzić ją do tego stanu? Jak silna musiałaby być ta choroba, by doprowadzić czarodziejkę tak szybko, niemal na skraj tego życiowego urwiska. Chłodna dłoń, która dotknęła jej policzka zupełnie nie pasowała do tego co otaczało ją do tej pory. Ciepła, którego pozbyć się nie mogła. Powoli otworzyła oczy, delikatnie, mrużąc je dosyć mocno. Nie chciała się budzić, nie chciała wstawać, nie tak szybko, zwłaszcza nie tak szybko gdy pojawił się chłodny dotyk, jakiego wręcz w tej chwili pragnęła, cokolwiek to było, powinno pojawić się tego więcej.

Z tej chwili przyjemności w nieszczęściu wyrwały ją słowa wypowiadane głosem barda, to właśnie on, znowu on wyrywał ją ze snu. Widziała - ledwo, ale wiedziała, że to on. – B-bankiet? — Wycedziła z siebie słabo. Pamiętała, że była mowa o jakimś bankiecie, jeszcze dzisiaj, albo jeszcze wczoraj, czyżby nie minęło tak dużo czasu? Nie miała pojęcia, jak wiele go upłynęło. Pewna była natomiast tego, że za mało. – C-co mam zrobić? — Mówiła słabo, tak naprawdę zupełnie bez pomyślunku. Teraz potrzebowała chłodu, mrozu niczym z lodowca. Zimnej bali, zimnego stosu wody tak zimnej, że aż paliła od chłodu - to było jej obecne marzenie. Zamarznąć.

Spróbowała się podnieść, delikatnie podpierając się dłońmi, by zaraz znaleźć się w pozycji siedzącej. Nie wiedziała, jak długo wytrzyma, dlatego następnie, o ile była w stanie, miała wstać. Całe szczęście, że "stal" jaką na sobie nosiła nie była jeszcze cięższa. Mogła iść na jego polecenie, ale nie czuła się na tyle, by sama się odnaleźć po tych korytarzach – B-bankiet... Przygotować. Nie mam siły... Starsza, chcę spotkać księcia... — Majaczyła, zupełnie dając się ponieść wodzy fantazji. Któż przygotuje jej fryzurę, kto przygotuje włosy i obwiesi złotem? Kto ją przypudruje jakimiś specyfikami, by wyglądała na dużo starszą, niż jest? No kto zrobi to wszystko gdy jedyne co była w stanie to zamknąć oczy i paść niczym kłoda drewniana, tak niespotykana w tych stronach. Czy musiała jeść? Oczywiście, że musiała, ale w chorobie nawet jedzenie nie smakowało, nie chciało się jeść, nawet jeśli organizm tego chciał. Ciężar funkcjonowania był zbyt wielki, a co dopiero gdyby zaczęła rzucać zaklęcia. – P-pójdę, jestem Kamira, n-najsilniejsza czarodziejka Urk-hun... — Zaczęła mówić cichnącym głosem. Jakby niezbyt miała siłę kończyć swój wywód. Jeśli wstała, to odruchowo sięgała ręką w kierunku swojego kostura, ale koniec końców nawet go nie chwyciła.

Spoiler:
Obrazek

Bastion Khudamarkh

47
Chwila wytchnienia Kamirin, sen bez snów, który złapał ją w swoje objęcia, chciał ponownie przytulić ją do poduszki, jednak obecność Quetiapina skutecznie przeszkadzała w zaśnięciu. Chłód dłoni był tym, co trzymało ją przy świadomości. Zimne palce odbijały się niewidocznymi śladami opuszków na jej policzkach i czole.

- Jest wiele osób, które chciałyby cię poznać. - Zaintonował znów bard, przypominając, że na bankiecie miało zjawić się wielu gości. - Widzą w tobie powód, dla którego zgasło słońce. Dlaczego ty zgasłaś wraz z nim?

Mężczyzna pomógł Kamirin podnieść się do siadu. Nie było w nim widać cienia po bólu, jaki wcześniej malował się na jego twarzy; w ciemności pokoju Quetiapin wydawał się jedyną prawdziwą, fizyczną figurą pośród cieni i mroku, jakby kontur jego postaci odstawał nienaturalną mocą na tle przyziemnego, zwykłego pomieszczenia.

- Nie mogą zobaczyć zgasłego Płomienia. Weź się w garść, Kamirin.

Nietrudno było się domyślić, że sprawy nie potoczyły się po myśli barda. Czarodziejka miała być jego dumą, asem w rękawie, tymczasem została zdjęta chorobą i nie stanowiła cennego zasobu w wojenkach Bastionu. Mężczyzna pokręcił głową, rozczarowany jej stanem i majakami.

- Najsilniejsza czarodziejka Urk-hun, nie mogąca podnieść się z posłania. - Mruknął, już bez zwyczajowego zadowolenia w głosie. Narzucił na ramiona magiczki pelerynę utkaną z jasnożółtego lnu, przeszytą złotymi nićmi na krańcach i wokół kaptura, który też zaraz znalazł się na jej głowie. Czyżby bard chciał zakryć posklejane od potu włosy i pobladłą twarz? Łapiąc ją dość szorstko za ramię, niemal siłą poprowadził ją przez korytarze posiadłości. Ze spuszczoną głową Kamirin nie widziała, którędy ją prowadzi, mając widok na swoje bose stopy i wymiętą, choć wciąż piękną suknię. - Nie odzywaj się, jeśli nie masz siły. - Upomniał ją bard.

Kiedy zatrzymali się, a ucisk kościstych palców Quetiapina na ramieniu zelżał, Kamirin mogła usłyszeć ochy i achy zebranej gawiedzi. Unosząc głowę, jej oczom ukazał się oświetlony światłem świec placyk, którego sufit stanowiła jedynie rozpięta na kolumienkach płachta materiału. Mnogość osób zebrała się na bankiecie. Usadzeni na zdobionych poduszkach przy niskich stolkach, siedzieli zarówno ludzie, jak i orkowie, gobliny i nawet elfy. Grubasy z wielkimi brzuchami, tak opasłymi, że utrudniały im poruszanie, smukli, wyniośli arystokraci, kilku takich, którzy wyglądali, jakby drogę na szczyt utorowali sobie przemocą, nawet parę kobiet odzianych w bogate szaty... wszelkiej maści indywidua, a przy nich towarzyszące im bastionowe ślicznotki, w większości bardziej nagie, niż ubrane, oraz straż.

Kamirin poczuła zimny, orzeźwiający podmuch wiatru - noc na pustyni potrafiła być chłodna, a tego jej obecnie było potrzeba. Najbardziej przerażające było jednak niebo - wokół księżyców płonęła czerwona łuna, tak dziwna i niespotykana, jakby oba te ciała niebieskie stanęły w ogniu.

Oczy Kamirin następnie przyciągnął widok niewielkiego człowieczka, który kaczkowatym chodem zbliżył się do czarodziejki. Ni chybi - nizołek!

- Proszę wybaczyć mi mą śmiałośc. - Zaczął mężczyzna. - Proprion Van Lohe, sługa uniżony pierwszej czarodziejki Bastionu, Pani Venli Fex. - Ukłonił się nisko, co nie było trudne ze względu na jego wzrost. - Musiałem z bliska zobaczyć tę, która mianuje się potężniejszą od mej pani. Żałuję, że Pani Venla nie mogła zobaczyć Płomienia Pustyni na własne oczy. - Tym razem niziołek skłonił się przed Quetipainem; bard odzwajemnił uprzejmość. - Jeszcze raz proszę przyjąć najgłębsze przeprosiny. Pani Venla przesyła pozdrowienia i prosi o usprawiedliwienie swej obecności. Zaćmienie było zbyt fascynujące, by porzuciła swe badania. Z pewnością zjawi się z osobistą wizytą, gdy tylko Mimbra i Zarul zechcą odsłonić nam słońce. - Rzucił, wlepiając oczy w Kamirin. - Mówi się, że to ty, Płomieniu Pustyni, odebrałaś nam światło. - Powiedział, a w jego tonie było coś bardzo nieładnego.

Bastion Khudamarkh

48
Wytchnienie... Czy faktyczne wytchnienie miało nadejść niedługo? Zaśnięcie nie było możliwe, ale może to i dobrze, bo sen ten mógłby okazać się zbyt długi, możliwe, że nawet wieczny.

Kamira nie znała wielu osób, miała wrażenie, że jeszcze mniej chciało ją znać, ba! Teraz wszystko mogło się zmienić, gdyby tylko nie ta słabość, która ją dopadła. Może i nie była powodem, dla którego zaszło słońce, nic jednak nie stało na przeszkodzie, by twierdzić inaczej. Przypadki chodzą parami, rewolta w bastonie? Wieczna noc? Tak, wszystko to jest zasługą potęgi magii Kamirin.

Musiała wziąć się w garść i zebrać do kupy, nawet jeśli było to trudne, nawet jeśli musiała wykrzesać z siebie znacznie więcej niż zwykle. Nie mogli zobaczyć zgaszonego ducha, ba! Co dopiero wygaszonego ognika! To by zniweczyło wszelkie jej dokonania, przyszłe i przeszłe.

Czuła się źle, jakby miała paść, ale jedno trzymało ją na nogach - Nie mogli zobaczyć tak słabego ognika i pomyśleć sobie, że jest słaba, była słabowita, ale za słabą czarodziejką nie mogła uchodzić, nigdy a nigdy.

Nie miała siły komentować słów Quetapina. Trząsła się, ledwo widziała na oczy, taki to był gasnący ogień. Kaptur i peleryna na pewno nie sprawiły, że poczuła się lepiej - było gorąco a w tym jeszcze goręcej. Szła, dając się prowadzić bardowi, nie odzywała się, a jego słowa by nic nie mówiła, potwierdziła delikatnym skinieniem, kilkukrotnym, bo inaczej mógłby to uznać za dreszcze, a chciała by się zrozumieli. Gdy jego uścisk zelżał, wcale nie zrobiło się jej lepiej, gdy nagle musiała utrzymywać swój, nawet niezbyt wielki ciężar sama.

Widziała dużo, ale też i mało. Jej oczy były zmęczone oglądaniem tego świata, zwłaszcza dzisiaj, gdy powinna spać i odpoczywać, odzyskiwać siły, pomieszczenie pełne istot, nie wiedziała, nawet ile z nich jest prawdziwych. – K-kostur... K-kostur — Oparła się lekko o Quetapina, mamrotając w jego kierunku, gdy tylko zaczął zbliżać się do niej niziołek. Kamira musiała oszczędzać siły na tym, na czym tylko mogła, dlatego jedyne co widziała za rozwiązanie to ograniczenie docierających do niej bodźców. I tak skrywała się pod kapturem, dlatego zamknęła w tej chwili oczy, przynajmniej na chwilę. Pozwoliła sobie poczekać, aż mężczyzna skończył, miała zamiar poczekać, a przy okazji wykorzystać chwilę uwagi, jaką poświęcił bardowi, by sama zebrać jak najwięcej sił, by przynajmniej odpowiednio się przedstawić – Nazywam się Kamirin, Pogromczyni goblinów, ogień bastionu, ta, która zabrała światło, pierwsza, przyszła, Arcymagini z Urk-hun, czołowa i najważniejsza czarodziejka spośród pustynnych ogników, najsilniejsza magiczka wschodniej baronii, zwana ogniem pustyni, absolwentka Karlgardzkiej Akademii Czarnoksięstwa, przodowniczka pośród kolegium magii bojowej i strategii, oddana czcicielka Drwimira, przyszła największa orkowa szamanka i dzierżycielka zaawansowanej magii. — Musiała się odpowiednio przedstawić posłańcowi. Gorzej, że nie miała pojęcia, jakie atrakcje są dla niej przygotowane. Nie mówiła głośno, nie miała siły, by krzyczeć, najwięcej, na co było ją stać to najpewniej nieco ciszej niż zwykły ton zwyczajnej mowy. Musiała stać twardo, choćby miała się już z miejsca nie ruszyć, musiała utrzymać się na nogach, czy to z Quetapinem, czy bez niego. – Światło można zgasnąć jak życie. To, co widzisz to domena czarnego ognia i mroku. Wspólne miejsce narad Xanda i Dwirmira. — Oczywiście wszystko, co mówiła, było wyssane z palca. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie miał co do tego wątpliwości... Choć... Kto wie? Może w tym szaleństwie było ziarnko prawdy, albo to po prostu majaki Kamiry i można jej wybaczyć plecenie bzdur. Jedno było pewne. Jeżeli miała paść na twarz przy wszystkich z wycieńczenia tak szybko - to pewnie nie miała siły, by to powstrzymać, ale czy było aż tak źle? Oczy miała zamknięte, czy niziołek, mimo jej niewielkiej postury i wzrostu miał szansę to dojrzeć? – Dziś... To Bastion bogów — Jeśli miała zostać gdzieś poprowadzona, to na pewno się nie opierała... Gdzie? Małe to miało znaczenie, bo i tak nie miałaby siły, by się opierać. Musiała jednak dać z siebie choćby kilka procent, by nie zawieść wszystkich zupełnie.
Spoiler:
Obrazek

Bastion Khudamarkh

49
Spojrzenia wszystkich osób zebranych na bankieciku zostały skierowane ku Kamirin. Nie było możliwości, by nie dostrzec jej pobladłej, spoconej twarzy i niepewnych kroków. Kilka niemiłych, prześmiewczych uśmieszków pojawiło się na twarzach gości, sugerując, że ci nie do końca wierzyli w możliwości Kamiry. Płomień, Zagłada Goblinów - czy miała prezentować się jak mała dziewczynka? Nikt jednak nie był na tyle odważny, by wprost to skonfrontować.

Powiewy wiatru pod suknią pomagały ochłodzić spocone ciało, ale gdy tylko znikały, skóra paliła ze zdwojoną siłą, jakby polana wrzątkiem. Kamirin nie czuła się na siłach, by uczestniczyć w bankiecie. Chłod nocy pomagał, ale głowa ciążyła. Dreszcze, które przechodziły jej ciało, w chwili zidentyfikowała jako iskry energii magicznej, przeskakujące pod jej kołnierzem niczym piorun po niebie.

Quetiapin objął Kamirin ramieniem, jakby chcąc pokazać, jak bliska więź ich łączyła. W rzeczywistości pilnował, by dziewczę nie upadło. Niziołek przyglądał się czarodziejce, po chwili pogładził krótką bródkę.

- Możnaby rzec, szanowna panno - zaczął, nieco obracając się w stronę gości, jakby jego słowa skierowane były do gawiedzi, aniżeli do samej zainteresowanej - że pierwsza wśród czarodziejek bastionu powinna zaprezentować więcej, aniżeli tytuły. Tym bardziej, gdy te nie są poprawne. - Jego słowa wywołały kilka bardziej śmiałych śmiechów. - Pani Venla z pewnością ma inne spojrzenie na pewne z tych... osiągnięć. Ach, nie mogę się doczekać, aż sie spotkacie. - Człowieczek klasnął w pulchne dłonie. - Z pewnością moja pani przekaże ci, jakie ona ma na to spojrzenie oraz zapyta, jak to możliwe, że czarodziejka, o której do dzisiaj niewielu słyszało, zdołała połączyć ze sobą księżyce w tym nienaturalnym tańcu.

To, czego posłaniec nie przewidział, to fakt, iż Quetiapin nie pozwoli na kpienie z jego nowego nabytku. Żółte ślepia barda przemknęły po zebranych, a kpiny ucichły tak szybko, jak się pojawiły. Poważny, niebezpieczny wyraz twarzy mężczyzny szybko złagodniał i pojawił się na nim zwyczajowy uśmiech, jednak jego oczy pozostały zimne, niosące obietnicę grozy.

- Mój drogi Proprionie, zostawmy kwestię rozmów czarodziejek czarodziejkom. - Koścista dłoń znalazła się na ramieniu niziołka. Ze swego miejsca Kamira mogła dostrzec, że knykcie pobielały, jakby przykładał do tego gestu o wiele większą siłę, aniżeli powinien. Jednocześnie puścił też Kamirę, ale cień, jaki pojawił się za nią, Kamirin zidentyfikowała jako Buliona, stojącego na jej straży. - A teraz, dlaczego nie wrócisz do uczty, zamiast oglądać Kamirin niczym eksponat z dalekich krain? - Drugą dłonią Quetiapin wskazał niziołkowi miejsce.

- Siądźmy. - Niski głos orka rozbrzmiał przy uchu magiczki, a wielka i szorstka, choć zaskakująco delikatna dłoń poprowadziła ją do najbliższej z poduch, po czym pomogła usiąść. Uklęknąwszy tuż za nią, Bulion podsunął jej dzbaneczek pełen wody tak zimnej, że aż wilgoć skropiła zewnętrzne ścianki naczynia. - Na chwilę. Wrócisz do komnaty. - Obiecał.

Wśród gości przechadzały się kobiety. W jednej z nich, odzianej w przejrzystą suknię, złoto i nic więcej, Kamira rozpoznała Qlairę. Blondyna rozlewała wino gościom, uśmiechała się jak trzpiotka, wspaniale wpisując się w rolę służki-kurtyzany, służącej napitkiem i widokami. W sali rozegło się kilka kaszlnięć. Proprion wrócił na swoje miejsce i ukradkiem przetarł ściśnięte ramię, a Quetiapin utkwił spojrzenie w Kamirze, zupełnie jak w dziele sztuki, którego miałby być autorem. Po chwili wyciągnął swój flet. Wraz z melodią, Kamirin poczuła spokój, rozleniwienie. W jednym momencie stwierdziła, że wcale nie chce wstawać, wracać do komnaty. Gdyby mogła, zasnęłaby tu i teraz!

klik!

Bastion Khudamarkh

50
Kamira z niezwykle mglistym spojrzeniem obserwowała całą salę... Co widziała, to widziała, złoto, kurtzany, gości... Co z tego jak wszystko było takie... Takie zlewające się ze sobą dzięki temu jak źle się czuła. Dostrzegła jakąś damę w złocie, ale co z tego, wyglądała znajomo, lecz brak było jej siły, by dodać dwa do dwóch i rzeczywiście dostrzec kto to.

Czuła się lepiej, wewnętrznie czuła, że ma oparcie w postacie Quetapina, w tej chwili nie tylko mentalne, ale też i fizyczne, podczas gdy ją przytrzymywał, zapewne bardziej by samemu nie stracić autorytetu, ale czy miało to jakieś znaczenie gdy robił coś, co pozwalało i Kamirze zachować twarz? Odbierała to koniec końców jako troskę o ich wspólne dobro. Czarodzieja wyraźnie się zdenerwowała na zignorowanie je tytułów. To była obraza, której nie mogła przepuścić, nazwanie jej tytułów nieprawdziwymi było jak splunięcie w twarz, bowiem prawdziwe było tylko to, w co sami wierzyliśmy, nieważne czy w przeszłości, czy przyszłości - liczyło się to, że te tytułu będą, po prostu, będą, nawet jeśli obecnie wyrażały tylko jej niespełnione i przeogromne ambicje, może zbyt duże jak na tak małą istotkę w tak małym ciałku. Czy jednak taka postura nie dodawała jej nuty tajemniczości?

Stereotypów o czarodziejach, magach - na pewno było wiele, ognik miała okazję wiele z nich zobaczyć w Karlgardzkiej akademii, ona nie wpasowywała się w te stereotypy czerwonych magów, przynajmniej nie we wszystkie.

Słabość nie ustawała, wstyd, że to Quetapin musiał jej bronić, ale tak to już było w chwili zaćmienia, gdy to musiała polegać w zupełności na innych, by zrobić cokolwiek, nie chciała być tak bezbronna, nie mogła być. Nie mogła sobie pozwolić na zupełną bezbronność i pozostawanie w objęciach innych. Musiała coś zrobić, by pokazać, że nawet w takim stanie, wciąż należy się z nią liczyć, że nie jest tylko i wyłącznie zwiędłym płatkiem... Albo raczej kolcem pustynnego kaktusa...

Wciąż nie wiedziała co sądzić o Bulionie. Był orkiem, ale był miły. Był wielki, ale był miły. Obawiała się go, lecz on... Po prostu był miły. Nie mogła zrobić zbyt wiele, a on... Po prostu był, pomagał, choćby miał służyć za wieszak, na którym mogłaby bezwładnie zawisnąć i czekać na przeminięcie tej dziwnej pory i braku światła. Dała się prowadzić orkowi, bo nawet gdyby miała się opierać, próbować ciągnąć w drugą stronę - widziała, że to bezcelowe, raczej czuła. Tym, co wydawało się być w tej chwili jej wybawieniem było zimne naczynie z wodą, tak zimną, jak którego mróz nie miała przedtem okazji doświadczyć. To było zadziwiająco przyjemne uczucie. Nie mogła więc nie wykorzystać tej okazji w pełni. Napiła się najpierw z niego tyle, ile potrzebowała, kilka większych łyków, by zaspokoić pragnienie i ostudzić maksymalnie gardło. Osłabione dłonie czuły ten chłód przez naczynie, ale nie mogła nie splamić ich kilkoma ochładzającymi kroplami wylanymi wprost na nie. Musiała też ochłodzić siebie całą, tym co zostało. – B-bulionie. Drugi, będzie potrzebny — Powiedziała do niego słabym głosem, wciąż ściskając w ręce naczynie. Miała zamiar przelać to co zostało na swoją twarz i gdziekolwiek indziej to popłynęło. Musiała się ochłodzić najmocniej jak potrafiła. Przynajmniej głowa musiała być w stanie w pełni funkcjonować, albo chociaż w połowie, nawet na chwilę, której potrzebowałaby do wykonania kilkunastu sekwencji gestów obiema dłońmi. Delikatnie, pływające wręcz gesty, nawet jeżeli nieco niemrawe towarzyszyły jej obserwacji otoczenia, muzyka, jaką raczył wszystkich Quetapin, choć usypiająca powoli i zmysłowo, ułatwiała dobranie odpowiednich ruchów do rytmu, słabych i flegmatycznych, niemalże usypiających. Nie skupiała się na niczym konkretnym, ale wybrała obszar, na którym znajdowało się najwięcej gości podczas gdy gromadziła energię do zaklęcia, by zaraz, skierować obie dłonie w ich stronę i wypuścić zaklęcie, które miało pokryć okolicę w iluminującej się poświacie, rozświetlając wszystko, tym mocniej im bardziej żywe to jest, im bardziej magiczne. To, co martwe, krzesła, stoły powinny świecić się lekko, delikatnie wręcz, ale to ludzie i wszelka magia powinna rozświetlić to miejsce, sprawiając wrażenie światła wytworzonego w ogniu żyjących serc.

Chciała by inni widzieli, że to jest jej słońce, nawet jeżeli nie ma go teraz na niebie, to ma możliwość zwrócenia go, choćby na krótką chwilę. Nawet jeśli jest słaba, to czy nie świadczyło to o jakiejś potędze? Sile, z jaką równa się moc samych planet? Starała się, by zaklęcie się udało, włożyła w to, najwięcej jak tylko mogła, tyle energii ile tylko była w stanie z siebie dać. Chciała słyszeć wiwaty, podziw i przede wszystkim szacunek, prezentując swoją wyższą niższość. Czy byłą gotowa stracić przytomność? Nie specjalnie. Chciała dotrwać na tym balu, do samego końca, choćby korzystając z wszelkich rezerw sił, które tylko jej pozostały.

Zaklęcie: Kamirinowa Iluminacja
Spoiler:
Obrazek

Bastion Khudamarkh

51
Goście wrócili do uczty. Szczękanie naczyń i rozmowy, przerywane śmiechami i okrzykami, wkrótce cichły, ustępując miejsca ciszy wypełnianej jedynie przez dźwięki fletu Quetiapina oraz pojedyncze kaszlnięcia. Tych ostatnich było coraz więcej, jakby któraś z potraw serwowanych na bankiecie powodowała jednoczesne krztuszenie się niemal połowy gości.

Bulion kiwnął na którąś z kobiet, by przyniosła dla Kamirin więcej wody. Służka nie zwlekała, ruszyła po kolejny dzbanuszek, a ork kiwnął głową w podzięce. Nie wydawało się, by chciał opuścić Kamirin w momencie, gdy nie było wiadomym, co się stanie, ani czy jej stan gwałtownie się nie pogorszy.

Kamirinowa Iluminacja zapewniła niesamowity spektakl. Czarodziejka poczuła, jak iskry magii przeskakują po jej ciele, raniąc gorącem zmęczone mięśnie, ale również ekscytując samą Kamirin. Magia zapewniała ból, jednak w masochistyczny sposób kobieta nie powstrzymała zaklęcia, gdy czuła, że księżyce zapewniają jej moc, jakiej dotąd nie doświadczyła. Jej magia była dzika i nieokiełznana, wypełniając jej sylwetkę po brzeg, ale Kamirze udało się ją nakierować tak, jak planowała. Otoczenie rozświetliło się, jakby ogarnął je niewyczuwalny ogień. Stoły, zastawa, jak również postacie biesiadników, w jednej chwili zapłonęły magiczną aurą. Światła wyrwały okryzki zaskoczenia z kilku gardeł; więcej było jednak nasilającego się kaszlu.

Nie wszyscy, lecz większość gości, zaczęła ksztusić się, a łapiąc za gardło, walczyła o każdy oddech.
Spoiler:
Męczarnia nie trwała długo. Goście padli między stołami, na poduchy, które wcześniej tak śmiało zajmowali, bez strachu o własne życie. Piana toczyła się z ich ust, a z oczu i nosa wąskimi, ciemnymi stróżkami ciekła krew. Pobladłe twarze zastygły w wyrazie zaskoczenia i bólu.

Kiedy męczarnia dobiegła końca, a ostatnia naznaczona osoba skonała, Quetiapin odjął flet od ust, niemal równocześnie zniknęła również poświata spowodowana czarami Kamiry. W spojrzeniu barda płonął ogień, a na twarzy malowało się skrajne zadowolenie, jak u kota, który dopiero obudził się z drzemki w słonecznym miejscu. Jasnymi ślepiami potoczył po miejscu zbrodni, ciesząc się widokiem, jednak ostatecznie skupił się na czarodziejce. Kamirin nie znała prawie nikogo, kto był zaproszony tego wieczora. Nietknięci palcem śmierci byli stali mieszkańcy pałacyku Moxiclava, jak również paru gości o nieznanych jej obliczach. Gdy muzyka ucichła i pozostali mogli wyrwać się spod uroku rzuconego przez melodię barda, nadszedł czas na panikę. Krzyki rozpaczy i strachu rozbrzmiały w Bastionie.

- Kamirin, moja droga. - Odezwał się Quetiapin, niewzruszony prośbami o litość, które padły z wielu ust i to w kierunku magiczki. - Potrafię zrozumieć twą złość, ale czy był to powód, by przerywać nam tak udany wieczór? - Zapytał prześmiewczo. Jasnym okazało się, że obarczył ją winą za śmierć biesiadników! Jej zaklęcie pomogło bardowi wrobić ją w kolejne morderstwo, a pozostali przy życiu byli świadkami, którzy mieli przekazać wieść dalej.

Wśród ocalałych był niziołek, Prioprion.

- N-nie unikniesz konsekwencji! - Wrzasnął, ledwie trzymając się na nogach. Uniósł pulchną dłoń i wskazał Kamirin paluchem. - Kiedy Pani Venla się dowie, to...

- To co? - Przerwała mu sarknięciem Qlaira. Kopnęła jedno z ciał, gdy leżało jej na drodze. - To w końcu wyjdzie ze swojej wieży, pojedna się ze śmiertelnikami? Nie żartuj.

- Zapłacisz krwią! Wszyscy zapłacicie! - Malec zaczął rzucać groźbami i obelgami, najwyraźniej nie do końca pamiętając, kim był i w jakim miejscu się znajdował, ani co mu groziło. Czy inaczej zaatakowałby Kamirin słowami, które nie przystały cywilizowanemu człowiekowi, elfowi, niziołkowi? Obelżywości rzucone w goblinim języku, tak paskudne, że aż niemożliwe do zapisania pismem innym, niż najplugawszym z opracowanych symboli, przerwane zostały powolnym przeciągnięciem ostrza po szyi posłannika. Ciemnoskóra kurtyzana uśmiechnęła się półgębkiem, gdy wycierała ostrze o ubranie innego z trupów, a Proprion padł, wypluwając salwę krwi.
Spoiler:
- Bimizzo. - Upomniał ją Quetiapin. Westchnął, jak ojciec, który jest rozczarowany zachowaniem swojego dziecka. - Ze wszystkich, śmierć tego konusa będzie dla nas najmniej wygodna. - Przymykając oczy, potarł skroń, jakby nagle sieknął go ból głowy.

Bastion Khudamarkh

52
Jednak była w stanie wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły i mocy, by pokazać innym, że nie jest taka bezbronna i wcale nie można traktować jej z góry, a należy się jej jak największy szacunek... Mimo że przypłaciła to jeszcze gorszymi odczuciami i wpływem gorąca, które przez moment było jeszcze bardziej nieznośne niż normalnie.

Całe szczęście, że szybko doniesiono jej drugi dzbanek z wodą, który był w tej chwili nawet czymś więcej niż zbawieniem.

Iluminacja wprawiła wszystkich w poruszenie i zachwyt, to było dla niej w zupełności jasne, że nie mogli sprostać takiemu pokazowi, jaki zaprezentowała, mimo bólu i kiepskiego stanu, to w duchu czuła się dobrze, bo zaprezentowała wszystkim, co potrafi i musieli już jej uwierzyć, a ten kaszel? Z początku myślała, że odruchowy, bo usta też zaczęły im się świecić, albo coś. No nie przejmowała się tym w pierwszej chwili, dopóki ludzie nie zaczęli padać z wrażenia. Bo padali z wrażenia, prawda?

Miała na szczęście drugi dzbanek z wodą, dlatego zamierzała powtórzyć to co zrobiła wcześniej, napić się i ochłodzić, przytulając ten zimny dzbanek, a potem przykładając mokre dłonie do czoła, co jakiś czas chłodząc się więcej. Kamira mimo wszystko - czuła się źle i nie do końca wiedziała co się tutaj działo. Ludzie popadali z wrażenia i może jedzenie im nie smakowało, dlatego się tak po krztusili. Dopiero gdy to się przedłużało, zdała sobie sprawę z tego, że stało się coś, o czym nie miała najmniejszego pojęcia. Wtedy właśnie zapadł pierwszy ryk rozparzaczy. To wprawiło ją w prawdziwe osłupienie. Pokazało, że działo się tutaj coś okropnego, na co wpływu nie miała. Nie znała tych ludzi, ba - prawie nikogo nie znała. Mogłaby uznać, że znała nowych włodarzy tego miejsca, ale to też nie była prawda.

– Hę? Ale ja-ja... T-to przecież tylko słońce. Nie wiem czemu, zaczęli się... — Zaczęła się tłumaczyć, ale przestała. Zamknęła na moment oczy, wzdychając przy tym ciężko. – Popadali z wrażenia, bo nie mogli pojąć mocy, jaką dysponuje. Nie dziwota zresztą! Ludzie małej wiary nie mogą pojąć słońca i tego jak bardzo kochają mnie Dwirmir, Krinn i pan mroku Xand. To spotyka niedowiarków! — Zadarła nos do góry, nie podobała się jej ta sytuacja, czuła się źle, ale co mogła zrobić niż brnąć w tę bzdurę? Poza tym... To tylko poprawiało jej pozycję na arenie pustynnych czarodziejów, miała jednak obawę, że jeśli nie będzie ostrożna, to ktoś zrobi to samo z nią, ale jak mogłaby być ostrożna?

Niziołkiem się nie przejmowała, słuchała go i nie chciała przyznawać mu racji. Nie zrobiła niczego złego i ta druga czarodziejka na pewno to zrozumie. Może i była naiwna, ale nawet i pośród magów musiała panować jakaś zbiorowa jaźń, która pozwalała ocenić czy dany mag potrafiłby posunąć się do tak niecnych uczynków jak zabicie światłem wszystkich gości. Czy Kamira byłaby do tego zdolna? No raczej nie. To wydarzenie i odgrażanie się niziołka sprawiło, że czuła się jeszcze mniej bezpiecznie. W tej chwili nie wiedziała, czy powinna zostawać w złotej klatce bastionu, ani czy chce go opuszczać... Wszędzie było ogromne ryzyko, któremu mogła nie sprostać. – Pani Venla ma jeden tytuł, "pani" To ja noszę ich setki, jak nie tysiące. Przyszłych i przeszłych! – Zabrzmiała groźnie, na tyle na ile pozwalało jej chwilowe otrzeźwienie po ciągłym chłodzeniu się zimną wodą. Tym, czego się jednak nie spodziewała, było morderstwo niziołka z rąk zabójców Quetapina. Widząc to, obawiała się każdej roznegliżowanej panienki w tym miejscu jeszcze bardziej. Jeśli miała sobie poradzić i zdobyć reputacje w gnieździe os, to musiała żądlić jak one, przynajmniej troszkę.

– Hola, hola. Dobrze się składa. Możemy wysłać jej jego ciało. Jeśli Qlaira jest taka sprytna a... A Bimizzo cwana to-to możemy to wykorzystać. Potrzebujemy dużej trumny i kilku kamieni, najlepiej szlachetnych, albo monet. — Postarała się uśmiechnąć, sprzedając im najbardziej szalony plan w dziejach. Jeśli miała przetrwać, to musiała albo być przydatna i rzeczywiście zapanować nad innymi strachem, nawet jeśli nie leżało to w jej naturze, albo sprzymierzyć się z czarodziejką i wywalczyć sobie wolność, bo teraz była jedynie złoto-czerwonym-chorym ptakiem w łańcuchach i to ze złota! – Na pewno zajrzy do środka! Podacie jej klucz do trumny i wtedy ręka jej wystrzeli! Ja wtedy będą mogła być w tej trumnie w drugim dnie, albo coś... No nie znam się na tym! Ale wystarczy, że stukniecie na znak — Nie miała pojęcia, jak cwana i doświadczona jest ta druga czarodziejka, ale Kamira wiedziała jedno, że nie wie, skąd wziął się ten stan wiecznej nocy, ani dlaczego czuje się tak źle... Wiedziała jednak to, że gdy próbowała rzucać zaklęcie, czuła się gorzej, więc musi mieć to jakiś związek z magią... Jaki? Nie miała bladego pojęcia, to wiedzą na pewno Karlgardzcy uczeni. – J-jeśli obserwuje gwiazdy jak ja teraz, to nie będzie potężna — To było gdybanie, ale bardzo w jej stylu. W końcu gdy jej coś się nie podoba, to nie może być dobre, tak samo jak ona uważa i widzi, że teraz jest słaba, to i inna czarodziejka nie będzie silniejsza, wszak... KAMIRA jest najsilniejsza. Nawet nazwałaby się silniejszą od władczyni jakiegoś Hollar, o którym zdarzyło się jej jakieś plotki usłyszeć, ale konkretów nie byłaby w stanie przytoczyć.

Znów się napiła i tym razem miała wręcz ochotę zanurzyć głowę w tym dzbanku... Tak naprawdę jedynym czego chciała to złota, spłaty długów i bycia obiektem kultu, osób, które doceniłyby jej moc, magię, charakter czy to tak wiele? Tego mogły doświadczyć niewiele warte wszystkie wiejskie dziewczyny, ale ona nie mogła, bo była warta znacznie więcej niż one, nawet jeśli nie wyglądała, ani wzrostem, ani pojemnością płuc. – Skąd ta woda? — Spytała, bo donosili ją, ale nie miała pojęcia skąd, może trzeba poprosić o cały taki basenik? – Nie chcę zniszczyć tej sukienki wewnętrznym ogniem... Mogę dostać co innego skoro bal już... — Wspomniała o męczących ją temperaturach, zerknęła w stronę stosu trupów, odsuwając się delikatnie z zakrytymi ustami – C-chyba powinnam... — Chciała już stąd iść, nie patrzeć na to wszystko. – Nie patrzeć... —
Spoiler:
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Wschodnia baronia”

cron