Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

61
POST BARDA
Vera była obecna przy tym, gdy Ilithar groził ojcu powrotem do Oros. Sytuacja była jednak inna - mag biegał po wyspie bez spodni i, według Ilithara, wchodził kapitan Umberto na głowę. Teraz był bohaterem dla tej garstki piratów, którzy zostali uratowani z Pegaza. Wykrzywiony umysł maga nie musiał odróżniać tych dwóch sytuacji, gdy zajęty był badaniem wody w fontannie.

- Ilithar powiedział, że mam zostać w chatce. - Elf był przekonany o swojej winie. Uniósł ręce i spojrzał na mokre rękawy, jakby nie do końca wiedząc, jak do tego doszło, że ociekają wodą. Ujmując materiał w dłoń, wycisnął z niego tyle wody, ile mógł. Kałuża szybko rosła na rozgrzanych kamieniach. - Nie zostałem w chatce. Harlen jest o wiele przyjemniejsze. Mam tam przyjaciół, Vero Umberto. Silasa. - Podkreślił wkład oberżysty w jego dobre samopoczucie. - I ciebie, Vero Umberto. Wiem, że zajmiecie się kotami. Są prezentem od mojego synka. Podoba ci się mój synek?

Mag potrząsnął głową, jakby koło ucha kręcił mu się owad. Złapawszy za brzeg fontanny, zaczął obchodzić ją dookoła, przesuwając palcami po krawędzi.

- Napiszę pracę naukową o syrenach. Nie zapomnę o twoim wkładzie. Będziesz współautorem. - Obiecał. - Postaraj się. Będziesz współautorem. Zapiszesz się w arkanach nauki. Vera Umberto, badaczka syren. - Mówił, a zrobiwszy kółko, usiadł w końcu na kamieniach, tak samo, jak wtedy, gdy Vera widziała go rano. Przyjrzał się swoim stopom. Zaraz podsunął jedną do tych Verowych, jakby chciał je porównać, choć ona przynajmniej miała na sobie buty. - Najgorszym, co możesz zrobić, to uzależnić swoje życie od innych. To twoje życie, pani kapitan. Nikt nie przeżyje go za ciebie. Dlaczego ktoś inny ma o nim decydować? Nie jestem kluczowym elementem twojego życia. Jestem... - Zawahał się. Otworzył usta, ale słowa nie chciały płynąć. - Jestem Ighnys. - Stwierdził ostatecznie, z niespodziewaną dumą w głosie. - Nie: Vera Umberto. Ty jesteś Verą Umberto. Ty jesteś kluczowa dla siebie.

Mag niespodziewanie zaśmiał się. Jego śmiech był czysty i szczery.

- Ukryj mnie, Vero Umberto! Wtedy Ilithar mnie nie zabierze!

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

62
POST POSTACI
Vera Umberto
Och. Czyli jednak Ilithar nie poinformował ojca, że zabiera go do Oros, tylko Ignhys sam wyszedł z takiego założenia, wnioskując z ustaleń, jakie poczynili z synem wcześniej? To znaczyło, że nie jest tak źle. Może tylko mu się wydawało, a w rzeczywistości Ilithar z chęcią wykąpie się w rodzinnej chwale i wybaczy jednorazowe opuszczenie domku i wyspy.
- Widziałam Ilithara wczoraj. Nie wyglądał na złego - nie wyglądał też na zadowolonego. Był taki sam, jak zawsze: przystojny i zbyt bezpośredni. Pytanie starego elfa już z przyzwyczajenia pozostawiła bez odpowiedzi, bo ile było można? - Może wcale nie każe ci wracać do Oros? Rozmawiałeś z nim?
Vera Umberto, badaczka syren. Zaśmiała się cicho. Nie potrafiła sobie wyobrazić swojego nazwiska na pracy naukowej. Zresztą czy ktoś to w ogóle przeczyta, nawet jeśli powstanie? Życzeniowe myślenie Ignhysa nie zakładało, że ktokolwiek będzie zainteresowany takimi badaniami, a już na pewno nie znaczyło, że czytelnik sprawdzi nazwiska twórców. Oczywiście, mogła się mylić. Ona by nie sprawdzała.
- Postaram się - zgodziła się i opuściła wzrok na bose stopy maga. Cóż. Przynajmniej spodni tym razem nie zapomniał.
Czasem umykał jej fakt, że Ignhys odbierał dosłownie wszystko, co mówiła i czepiał się każdego słowa. Rzuciła niezobowiązującym żartem, związanym z ratunkiem, w którym elf miał spory udział, a ten zaczynał snuć egzystencjonalne rozważania. Westchnęła i oparła się rękami na murku za plecami, unosząc twarz do słońca i zamykając oczy. Promienie przyjemnie grzały, stanowiąc miły kontrast do dreszczy z zimna w mokrej, więziennej szmacie.
- Ukryć? - powtórzyła. - Nie mam tu nawet jeszcze swojego statku. Nie mam gdzie cię ukryć, Ignhys. Ale myślę, że Ilithar nie zabierze cię do Oros. To, co zrobiłeś wczoraj, było imponujące. Wszyscy cię podziwiają, więc... pośrednio podziwiają też jego. Nie wydarzyło się nic, za co mógłby być na ciebie zły.
Ja mogłabym być, gdybym się bardzo uparła, przeszło jej przez myśl. Moment, w którym zsuwała się po mokrym pokładzie w stronę dziury w kadłubie i szalejącego za nią sztormu, długo jeszcze będzie się jej śnić po nocach. Ten sam sztorm jednak pozwolił piratom w ogóle dogonić Pegaza; inaczej za kilka dni Vera zawisłaby w Qerel.
- Mogę z nim porozmawiać, jeśli chcesz. Namówić, żeby nie zabierał cię z Harlen. Nie znam się na kotach.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

63
POST BARDA
Ignhys uniósł stopę, by własnymi palcami nakryć but Very. Nie miało to żadnego głębszego celu poza wywołaniem konsternacji na twarzy maga. Zmarszczył nos, jakby coś brzydko mu zapachniało.

- Synek powiedział, że mam zostać w chatce. - Powtórzył Ighnys. - Nie chce ze mną rozmawiać. Musi być zły.

Czy można było winić Ilithara za to, że nie chce zabawiać ojca? Mag był ciężki do obcowania z nim, półelf mógł być zmęczony dziwacznością rodziciela. Choć zanosił mu jedzenie i wydawało się, że o niego dba, czy była to rzeczywista troska, czy tylko pilnowanie, by utrzymał się przy życiu, by zawołać go, gdy znów będzie potrzebny?

Na dziedziniec wszedł Aspa. Pan na włościach dzisiaj wyglądał już nieco lepiej, niż dnia poprzedniego, miał koszulę z bogatymi falbanami na przedzie i przy rękawach w odcieniu delikatnego różu, jakby zafarbowała przy praniu z czymś czerwonym. Ciemne spodnie i szamaciane butki uzupełniały strój elfa.

- Dzień dobry, moi kochani. - Przywitał się z Verą i Ighnysem. - Piękny dzień, nieprawdaż?

Mag tylko na moment podniósł wzrok na drugiego elfa, choć znaczyło to przynajmniej, że zauważył jego pojawienie się.

- Poczekam na twój statek, Vero Umberto. - Podstanowił Ighnys. - Bądź tak miła i porozmawiaj z nim. Powiedz mu, czego chce ojciec. - Poprosił, łapiąc za drugi rękaw, by z niego również wyżymać wodę.

- Wrzuciłaś naszego przyjaciela maga do wody, pani kapitan? - Zagadnął Aspa, podchodząc do fontanny. - Skąd w pani taka agresja?

- Koty to stworzenia nawyku. - Ciągnął Ighnys, jakby drugiego elfa wcale tam nie było. - Pamiętaj, by dawać im jedzenie o stałych porach. Dasz sobie radę, Vero Umberto. To mniejsze wyzwanie niż załoga mężczyzn.

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

64
POST POSTACI
Vera Umberto
Westchnęła i odsunęła nogę. Mogła darzyć Ignhysa sympatią, ale to nie znaczyło, że chciała mieć jakąkolwiek styczność z jego stopami. Trochę rozumiała Ilithara; ona spędzała z elfem czas sporadycznie i mogła w każdej chwili pójść w swoją stronę, podczas gdy on zawsze już będzie jego synem. Męczący charakter maga nie sprzyjał rodzinnym pogawędkom, zresztą półelf nie wydawał się osobą szczególnie nostalgiczną. Jeśli mógł zwalić odpowiedzialność za Ignhysa na kogoś innego, z wielką chęcią to robił, nawet jeśli gdzieś tam głęboko w sobie skrywał resztki troski o niego. Chociaż kto wie? To były tylko jej domysły. Tak naprawdę w ogóle go nie znała.
- Aspa - przywitała się. Ciężko jej było widzieć w elfie gościnnego gospodarza i nie spodziewać się sarkastycznych przytyków, ale z drugiej strony przecież właśnie ich tu gościł. Nawet jeśli robił to za pewną opłatą.
- Porozmawiam - zgodziła się na prośbę Ignhysa, już żałując swojej propozycji. Wątpiła, czy półelf był w stanie jej wysłuchać bez wgapiania się jej w dekolt.
Uniosła wzrok na Aspę, a kąciki jej ust uniosły się nieznacznie.
- Tak. Wrzuciłam go, ale tylko do łokci - zmrużyła oczy i uniosła jedną z dłoni, by osłonić je przed słońcem. - Powinnam ci chyba, Aspa, podziękować za tymczasowe udostępnienie... rezydencji? Piękne miejsce. Zaskakująco piękne, jak na kogoś działającego w naszej branży.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

65
POST BARDA
Ighnys odpuścił pogoń za stopą Very. Podsunął nogi do siebie i oparł się na własnych kolanach. Wodził spojrzeniem za Verą i za Aspą, uśmiechając się, ciesząc z towarzystwa, nawet jeśli nie wcinał się między rozmowy kapitanów.

- A to ci talent. - Zaśmiał się Aspa. - Mam nadzieję, mistrzu, że pani kapitan Umberto się mistrzowi nie naprasza. - Zagadnął, podpierając rękę na biodrze.

- Ani trochę. - Mag potrząsnął głową. Jego nierówno ściete włosy opadły mu na twarz w chaotycznych pasmach. - Vera Umberto to dobra rozmówczyni.

- W rzeczy samej, bardzo elokwentna. - Zgodził się kapitan Królowej Balbiny. Westchął lekko, zwracając się ku słońcu. Przymknął powieki, pozwalając, by ciepłe promienie przyjemnie muskały go po policzkach. Nie był blady, musiał często opalać się na słoneczku z poziomu pokładu swojej łajby. - Chciałbym powiedzieć, pani kapitan, że goszczenie was to moja przyjemność, choć, potrafisz mam nadzeję zrozumieć, że wolałbym zostawić to miejsce za sobą i wrócić na statek. - Zdradził bez cienia skruchy czy wstydu. - Leobarius poprosił o pomoc w odbiciu was, a tak się złożyło, że miałem akurat rezydencję w Everam. - Żachnął się, jakby była to rzecz zupełnie spodziewana i normalna. Niewielu piratów mogłoby pochwalić się posiadaniem domu na lądzie, co dopiero takiego domu! - Pewien bogaty kupiec miał u mnie dług wdzięczności. Powiedzmy, że spłacił go, ofiarowując mi tę willę. - Zdradził w końcu, tłumacząc, dlaczego w ogóle wszedł w posiadanie takiego miejsca. - Planowałem je sprzedać, a tu taka okazja! Nie chciałabyś kupić tej willi, Vero? Wydaje mi się, że Corin spędzi tu dość czasu, by nawyknąć do wygód. - Nie spoważniał nawet na moment. - Jak czuje się pan Yett? Planowałem go odwiedzić.

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

66
POST POSTACI
Vera Umberto
Parsknęła śmiechem w reakcji na propozycję sprzedaży. Choć Corin na pewno nie pogardziłby wejściem w posiadanie tego miejsca, to wątpiła, by kiedykolwiek była w stanie zebrać wystarczającą sumę na zakup tej rezydencji. Zresztą zamieszkanie na stałe tak blisko Everam, pod samym nosem Kompanii, nie byłoby zbyt mądrą decyzją. W Królestwie Archipelagu nic im nie groziło, tam mogli udać się do miasta i nie bać się, że ktoś rozpozna ich twarze, a nawet jeśli, to nic z tym nie mogli zrobić, dopóki znajdowali się na wyspach. Przynajmniej jedno miejsce, w którym wciąż mieliby szansę na normalne życie, zgodne z prawem, gdyby faktycznie podjęli taką decyzję. Mimo to, Vera wątpiła, by było ich stać na coś większego, niż dom wielkości jednej piątej rezydencji Aspy.
- Rozważę, jak wypłacę się ze wszystkich swoich nowych zobowiązań finansowych - odparła. Elf lepiej niż ona wiedział, ile trzeba będzie zapłacić za pobyt tutaj. Może jak wreszcie znajdzie Leobariusa, to dowie się, jak to wszystko w rzeczywistości wyglądało. - Ale jeśli poważnie szukasz kogoś, kto to kupi, Aspa, nie patrzyłabym w moją stronę.
Rozprostowała sukienkę na kolanach, tak, by słońce padało na wszystkie mokre plamy. Czy to by było tak złe, zabrać się z Yettem na Archipelag już teraz? Zostawić Siostrę w rękach Osmara, albo Pogad i odciąć się od tego wszystkiego. Nie było jeszcze za późno, by zacząć nowe życie. Brak zobowiązań byłby miłą odmianą. Pytanie tylko, kiedy by się jej znudził. Uniosła wzrok z powrotem na Aspę.
- Nie najgorzej, biorąc pod uwagę jak go skatowali. Odwiedzanie go teraz chyba mija się z celem, Viridis go uśpił, żeby dochodził do siebie. Ale podobno kilka, może kilkanaście dni i stanie już na nogi.
Miała nadzieję, że jednak kilka. Przynajmniej na tyle, by był w stanie usiąść w łóżku i z nią normalnie porozmawiać, zanim Siódma Siostra przypłynie i będą musieli się stąd zbierać. Nie widziało się jej zostawianie go za plecami i liczyła na to, że uda się jej tego w jakiś sposób uniknąć. Może będzie mogła wziąć już ze sobą nie tylko jego, ale i Olenę? Chyba nie, niewiele to miało sensu. Jej praktyki pod okiem Labrusa trwały jeszcze zbyt krótko, by wyniosła z nich wystarczająco wiele. Ech, i jeszcze za nie trzeba będzie zapłacić. Westchnęła ciężko.
- Widziałeś może Leobariusa? Od wczoraj go szukam.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

67
POST BARDA
Aspa uśmiechał się, choć nie wydawał się tak rozbawiony, jak Vera. Jego prpozycja była całkiem szczera, choć może zeczywiście nieprzemyślana - Vera nie wydawała się dość majętna, by zakupić willę na brzegu morza.

- Ach, tak. O tym nie pomyślałem. - Przechylił lekko głowę, odwracając ją na moment od słońca, jakby zastanawiając się nad sprawą pieniążków Very. Przynajmniej teraz kapitan wiedziała, że Rrgus przyjmuje w zapłacie również przedmioty materialne, a nawet miejsca. Mogłaby dać w zastaw to, co ma... Siódmą Siostrę? Najlepszych załogantów? - Jeśli usłyszałabyś, pani kapitan, o kimś chętnym, nie wahaj się mnie poinformować. - Poprosił, patrząc z ukosa na jej plamy na sukni. Nie było to nic, czego nie załatwiłaby chwila na słoneczku, jednak wyglądały nieelegancko. - Widzę, że pani Gustawa cieszy się z obecności kobiety w domu. Proszę nie pozwolić jej wejść sobie na głowę. - Poprosił, choć jasnym było, że bawiło go strojenie się Very.

- Serce kraje się na myśl o tym, co zrobili szanownemu panu Yettowi. - Dodał w temacie Corina. - Aż chce się łapać za kordelas i atakować bez zastanowienia! W Everam siedziba Kompanii nie jest zbyt duża. - Dodał mimochodem. Był przecież tym, który miał ją sprawdzić, najwyraźniej udało mu się dopiąć celu. - Ale spodziewałbym się, pani kapitan, że porzuci pani tę sprawę. Teraz, gdy chęć zemsty niemal odebrała pani pana Yetta? Najmądrzej będzie odpuścić. Przyczaić się na parę miesięcy, może lat. - Radził, choć nikt go o to nie prosił. - Włożyła pani, jak to się mówi, kij w mrowisko.

Ighnys przyglądał się rozmawiającym. Nie dodaawał nic od siebie.

- Kapitan Leobarius odpłynął, ale wróci. Wkrótce.

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

68
POST POSTACI
Vera Umberto
- Postaram się - zaśmiała się cicho. A niech sobie Gustawa ją ubiera jak chce. Vera i tak nie miała przy sobie nic innego, więc w co mogła się przebrać w ramach protestu? Z powrotem w więzienne szmaty, czy owinąć się prześcieradłem i tak paradować po rezydencji? Z pewnością znaleźliby się tacy, którzy byliby z podobnego obrotu spraw zadowoleni. Ilithar chociażby.
Pokręciła głową, poważniejąc, gdy Aspa dzielił się z nią swoimi cennymi radami.
- To nie moja chęć zemsty do tego doprowadziła - poprawiła go. - To mój nagły przypływ empatii. Ten pomysł rozjebania Kompanii i uratowania reszty takich, jak ci w Ujściu. Chęć zabezpieczenia naszej przyszłości. Zrobienia czegoś... - machnęła dłonią w bliżej nieokreślonym geście, szukając odpowiedniego słowa. - Dobrego. Trzeba było zostawić to w cholerę. Nie pakować się do Karlgardu, nawet jeśli ryzyko spotkania tam akurat tego starego znajomego było praktycznie zerowe. Trzeba było robić swoje i nie rzucać się z motyką na słońce. Nie wiem dlaczego muszę się tego uczyć na swoich własnych błędach.
Pokręciła głową. Nie wiedziała, ile Aspa zdążył już usłyszeć o wydarzeniach w Karlgardzie, albo jak bardzo przekręcona historia dotarła do niego. Jeśli rozmawiał z Leobariusem, otrzymał relację z pierwszej ręki i raczej nie była ona w żaden sposób zmodyfikowana, na potrzeby szanty, czy cholera wie czego.
- Chęć zemsty dopiero przyszła - dodała cicho.
Dotąd będąca małym płomyczkiem, niegasnącym od lat gdzieś z tyłu głowy Very, teraz trawiła ją żywym ogniem. Zrobi Levantowi to samo, co on zrobił Corinowi - albo co kazał mu zrobić, nie chcąc brudzić swoich parszywych admiralskich rączek. Zatopi wszystkie statki, jakie była w stanie, choćby miała zaciągnąć ich na tereny łowieckie syren i stamtąd spierdolić, zostawiając ich na pastwę potworów. Nie wiedziała jeszcze jak się za to zabrać. Siostra była za mała, by poradzić sobie z takim okrętem, jak Pegaz... chyba, że miałaby wsparcie Ignhysa. Zerknęła na niego krótko. Trochę chyba bałaby się opierać na nim powodzenie czegokolwiek.
- To tłumaczy, dlaczego go nie mogę znaleźć - westchnęła.
Nie wyobrażała sobie przyczajenia się na kilka lat, ale z drugiej strony nie wyobrażała sobie teraz wielu rzeczy, łącznie z wejściem na Siódmą Siostrę i wypłynięciem na otwarte morze jakby nigdy nic. Obiecała sobie nie podejmować żadnych decyzji dziś. Powinna się tego trzymać.
- A ta siedziba w Everam... jak wygląda? - spytała niezobowiązująco. - Co tam znaleźliście?
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

69
POST BARDA
Vera poczuła delikatny, ostrożny dotyk na włosach. To Ighnys zainteresował się wstążką, która wpleciona była w jej warkocz. Lekko uchylił usta, palcem śledząc szlak splotów. Nie ciągnął, nie miętosił włosów, a starał się zrozumieć kunszt Gustawy.

- Nagły przypływ empatii. - Powtórzył po pani kapitan Aspa. - Vero, Vero, Vero... - Westchnął, kręcąc głową jak nad niemądrym dzieckiem. Chyba starał się naśladować Gregora. - Tak jak mówisz, mogłaś to zostawić, a zamiast tego, wciągnęłaś w to jeszcze nas! Czasem zastanawiam się, czy nam aż tak źle życzysz? - Uśmiechał się, jakby to miało podkreślić, że Vera nie ma prawa żywić urazy, bo przecież były to przyjacielskie żarty! - Leobarius jest zbyt dobry, jasnym było, że będzie chciał ci pomóc. A teraz macie na sobie zemstę dowódcy Pegaza. Przynajmniej wiesz, gdzie leży błąd, ale komu wróci to życie?

Jej prywatna krucjata była powodem, dla którego wielu ucierpiało. I choć zabicie Levanta w jakimś stopniu równiez będzie walką z Kompanią, oni stracili niewiele, za to Vera zbyt dużo.

- Z drugiej strony, to dobry sposób na pozbycie się wrogów? Namów ich do pomocy sobie i patrz, jak rozbijają się o statki marynarki! - Zaśmiał się dźwięcznie, czysto. - Cieszę się, że Ghargo w porę opuścił Harlen, bo miałabyś na sumieniu Krwawą Hordę z ich nieumiejętnością słuchania rozkazów. A Kompania? W Everam mają parę budynków w porcie, kilka magazynów w głębi miasta. Nic wyrafinowanego. Everamczycy nie chcą chyba pomocy Kompanii w prowadzeniu interesów. Oczywiście nie polecam ataku, gdy Pegaz stoi w porcie, nawet jeśli razem z twoim statkiem.

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

70
POST POSTACI
Vera Umberto
Lekki uśmiech, który wciąż gdzieś tam błądził po twarzy Very, teraz zniknął już zupełnie. Dlaczego się spodziewała, że będzie mogła porozmawiać z tym elfem inaczej, niż skupiając się na wytykaniu jej pomyłek i ich tragicznych konsekwencji? Jej lodowate spojrzenie stanowiło kontrast do ciepłych promieni słońca, ogrzewających twarz Aspy.
- W ratowanie siebie was nie wciągnęłam - odparła sucho. - Ja nikogo o to nie prosiłam. O współpracę przy kwestii Kompanii również. To była wasza decyzja, podyktowana waszymi własnymi priorytetami. Ja tylko zarysowałam problem. Sami się na to pisaliście.
Odsunęła głowę spod dłoni Ignhysa i przerzuciła warkocz na drugie ramię, nagle zirytowana wszystkim, co ją otaczało. Miała ochotę wyplątać wstążkę z włosów, rzucić ją magowi, wstać i odejść, by nie musieć słuchać Rrgusa. Przez chwilę wydawało się jej, że jednak odkrył on umiejętność bycia mniej wkurwiającym, niż zwykle, ale najwyraźniej wciąż pozostawała ona poza jego zasięgiem. A może próbował sprowokować Verę i zastanawiał się, kiedy przekroczy granicę? W takim przypadku miał pecha, bo otępiona makowym mlekiem Umberto nie miała ochoty wdawać się w sprzeczki. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, przez długą chwilę tylko patrząc w milczeniu na Aspę. Szkoda, że jego bycie miłym ograniczało się do bycia miłym dla oka. Mógłbyś mi już, kurwa, przynajmniej teraz odpuścić. Jakby nie miała wystarczających wyrzutów sumienia. Nigdy nie zakładała, że do ratowania Very Umberto kiedykolwiek zostanie zaangażowane całe jebane Harlen... i że będzie do tego tylu chętnych. Gdzie był Leobarius, kiedy potrzebowała dowiedzieć się od niego, co zaoferował tym wszystkim członkom innych załóg, którzy wzięli udział w jego wspaniałym ratunku? Jak długo będzie musiała o tym słuchać od takich, jak Aspa? Ile w złocie było warte życie jej i trójki jej ludzi?
- Czyli podobnie jak w Ujściu - odezwała się w końcu. - Tylko w Karlgardzie postawili sobie jebitne pałace.
Nie zamierzała w tym momencie nikogo atakować, nawet gdy dotrze tu już Siostra. Nie wiedziała jeszcze, co ze sobą zrobi, ale z całą pewnością nie planowała wybierać się do Everam, gdy stał tam Pegaz, nawet jeśli dobicie pokiereszowanego okrętu byłoby prostsze, niż ponowne go atakowanie, gdy będzie wyremontowany i w pełni swoich sił. Czy to była wina tego, co przeszła, czy też zobojętniającego ją względem wszystkiego specyfiku, jakiego napiła się z kubka przeznaczonego dla Corina, nie miała w tej chwili siły absolutnie na nic. Zbyt wiele wydarzyło się ostatnimi czasy. Najchętniej położyłaby się w tym swoim pokoju i została w łóżku przez tydzień, licząc na to, że Gustawa będzie ją dokarmiać.
- Dzięki, Aspa. Za gościnę i jedyne w swoim rodzaju słowa wsparcia.
Nie miała już ochoty na towarzystwo, a przynajmniej nie na takie. Podniosła się z murku przy fontannie, rzucając krótkie spojrzenie nagim statuom, a potem zerkając na Ignhysa.
- Zobaczymy się później - poinformowała ich obu, zanim zabrała siebie, swoją zieloną sukienkę i mokre plamy do ogrodu, gdzie według ustaleń miał czekać na nią Osmar. Przynajmniej z nim mogła rozmawiać, nie czując się jak ostatnie gówno.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

71
POST BARDA
- Owszem, nie prosiłaś. A jednak tu jesteśmy! Chyba my też odczuliśmy nagły przypływ empatii. - Aspa kpił lekko, przyjemnie, jakby wcale nie wyśmiewał pani kapitan, a po prostu żartował z przyjaciółką. Odpiął jeden guzik pod brodą, gdy najwyraźniej było mu zbyt ciepło. Vera mogła uszczknąć z widoku jego klatki piersiowej, ładnie rozbudowanej po pracy na statku, porośniętej bardzo skąpym włosiem, co wynikało z jego elfiego pochodzenia. - Albo po prostu Leobarius był dość przekonywujący. - Pochwalił Kapitana Białego Kruka. Wydawało się, że chciał powiedzieć coś więcej, ale powstrzymał się, w porę zamykając usta.

Ignhys cofnął dłonie, wstydliwie jak dziecko przyłapane na podkradaniu ciasteczek. Nie przeprosił jednak, a jedynie splótł ręce przed sobą, nie chcąc, by kusiło je do dalszego dotykania.

- Nosiłem kiedyś warkocz. - Podzielił się, ale mówił tak cicho, jakby nie chciał, by ktoś go usłyszał. Z jego krótkich, źle obciętych włosów nie dało się już nic upleść.

- Karlgard to ich centrala. - Mówił Aspa, zupełnie ignorując mamrotanie Ighnysa. - Nic więc dziwnego, że mają pałace. Miłego dnia, pani Umberto. - Pożegnał się i nawet prześmiewczo skłonił. - Mistrzu, chciałbyś mi towarzyszyc i odwiedzić ze mną rannych?

- Nie. - Ighnys nie bawił się w uprzejmości. - Pójdę z Verą Umberto.

Mag wiedział, czego chciał, ale zupełnie ie brał pod uwagę, czy jego i Very pragnienia były zbliżone. Nie pytając o zgodę, postanowił towarzyszyć Verze, choć nie męczył rozmową. Po cichu dreptał obok pani kapitan, uwięziony we własnych myślach.

W ogrodzie Osmar i paru innych załogantów Siódmej Siostry zorganizowało sobie derkę, którą rozłożyli na trawie. Butelki rumu sugerowały, że zabawa trwała w najlepsze mimo wczesnej pory. Kiedy Vera i Ighnys dołączyli do grupy, zastali rołożonego na łopatki Tripa, śmiejącego się tak mocno, że nie mógł złapać tchu. Czerwone gęby piratów były dowodem na to, że żarty trzymały się całej drużyny.

- Kapitan Umberto! - Zakrzyknął kransolud, a reszta zawtrowała głośnym "hej!"

Było gorąco. W ogrodzie drzewa gięły się pod ciężarem kwiatów, palmy kołysały się na wietrze, trawa była wyschnięta i pożółkła, ale dość miękka, by posłużyła za siedzenie.

- Cześć, kapitanie. - Przywitał się też kuk, podnosząc do siadu i ocierając załzawione oczy. Zaraz sięgnął po butelkę, by podać ją Verze.

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

72
POST POSTACI
Vera Umberto
Vera przewróciła oczami, ale nie zaprotestowała, gdy Ignhys raczył poinformować zebranych, że idzie z nią. Już trudno. Na Harlen przyzwyczaiła się do tego, że mag szukał czasem jej towarzystwa, wiedząc, że potraktuje go w miarę poważnie, na tyle, na ile się dało, nawet jak będzie mówił rzeczy tak absurdalne, jak te o warkoczu. Zerknęła na niego krótko, próbując wyobrazić sobie ten obraz. Czemu właściwie był tak ostrzyżony i kto mu to zrobił? Może z długimi włosami nie wyglądałby na aż tak postrzelonego - zakładając, że by je wiązał.
W odpowiedzi na ukłon rzuciła Aspie krzywy uśmiech i ruszyła do ogrodów, nie oglądając się za siebie. Słyszała, że Ignhys idzie za nią, więc nie musiała tego sprawdzać. Ciekawe, czy uzna ją za tak doskonałą towarzyszkę do rozmów, gdy Vera wypije pół butelki rumu i przestanie się zachowywać jak panienka, za którą uważała ją Gustawa. Teraz szli w milczeniu i całe szczęście, bo kapitan chyba nie miałaby głowy do odpowiadania na jego nietypowe komentarze. Rrgus zepsuł jej nastrój, obarczając ją winą za wszystko, co się wydarzyło. Miała dość tego, że obwiniano ją za stan Corina, bo przecież nie ona mu to zrobiła, wręcz przeciwnie - poszła za nim, żeby go uratować! Skakanie z tego pieprzonego balkonu było pomysłem Yetta; ona tylko zasugerowała mu, żeby to zrobił, kiedy został rozpoznany. I to on został rozpoznany, nie ona! Gdyby chciała, mogłaby odpłynąć w cholerę i zastanowić się, jak inaczej wykorzystać żonkę Levanta. Teraz żałowała, że czegoś jej nie zrobiła. Z połamanymi nogami też dałoby się ją dostarczyć ukochanemu. Mogła przynajmniej dać jej w pysk za komentarze dotyczące bioder Very. Wszystko z nimi było w porządku. Żaden zainteresowany nigdy nie narzekał. Jeszcze tego jej brakowało, żeby poza bliznami wstydziła się też ich.
- Proszę, jaki uroczy piknik - skomentowała, gdy dotarła do swoich ludzi. Ich śmiech, a w szczególności widok rozradowanego Tripa, działał na nią dużo lepiej, niż towarzystwo Aspy. Początkowo chciała usiąść z nimi gdziekolwiek, nawet na pożółkłej trawie, ale przypomniało się jej, że nie ma na sobie sfatygowanych, ciemnych spodni, tylko jasną sukienkę, a nie chciała chodzić z brudnym tyłkiem przez resztę dnia. Dosiadła się więc na derkę, krzyżując nogi.
- Okej, Osmar, jebać obiad. Daj butelkę - wyciągnęła do niego rękę. Wszystko jej było jedno, co pili. Pociągnęła łyka i podała butelkę Ignhysowi, choć raczej nie podejrzewała go, by był zainteresowany alkoholizowaniem się z nimi. - Co was tak bawi? Przyda mi się coś, co poprawi mi dziś nastrój.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

73
POST BARDA
Ignhys zachowywał się całkiem porządnie. Szedł obok Very i choć człapał bosymi, mokrymi stopami, nie można było mu zarzucić niczego złego, głównie dlatego, że trzymał usta zamknięte.

- I pan Ighnys! - Zawołał Ashton, chyba tylko po to, by dać magowi rozpoznanie, na które zasługiwał po akcji na Pegazie.

- Mistrz. - Poprawił go mag.

- Mistrz! - Zawołali zgodnie piraci, podnosząc butelkę w toaście i zaraz upijając łyk. Mag zdziwił się, gdy i w jego dłonie wpadł rum. Wahał się tylko chwilę, nim wypił łyk. Skrzywił się okrutnie, co wywołało kolejną salwę śmiechu wśród zgromadzonych mężczyzn.

Mag oddał butelkę Verze i niepocieszony usiadł na kocyku, znajdując sobie kawałek wolnego miejsca.

- Ślicznie wyglądasz, kapitanie! - Cieszył się podchmielony Trip. Słońce i alkohol zwykle nie szły ze sobą w zbyt udanej parze, a kuk miał pod dostatkiem obu. - Będziesz tak teraz chodzić po statku?

I choć chłopak bardzo chciał odwrócić uwagę Very od śmiechów, to Osmar nie wyłapał aluzji.

- Żeśmy wspominali, jak mówiłaś, że pokażesz nam, jak się płacze! - Wyjaśnił. Czerwona gęba krasnoluda sugerowała, że mieli z tego o wiele więcej radości, niż być może powinni. - Wtedy, jak nas opierdalałaś, że co smęcimy.

-Paaaaanie Osmar! Zdenerwujesz pan kapitan i zaraz pan będziesz płakał! - Zawołał któryś.

- Pójdziemy nad wodę, przyjaciele? - Zaproponował Ighnys znienacka.

- O! IDZIEMY SIĘ KĄPAĆ?

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

74
POST POSTACI
Vera Umberto
Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, rzucając Tripowi pełne powątpiewania spojrzenie. Nietrudno było zorientować się, że próbuje zmienić temat, zwłaszcza, że komplementy dotyczące jej wyglądu nie były u niego na porządku dziennym. Kiedy jednak usłyszała od Osmara prawdziwą przyczynę ich rozbawienia, po chwili mierzenia go groźnym wzrokiem sama też parsknęła cicho śmiechem. Daleka była od wściekania się na nich o wspominanie rzeczy, które gadała po pijaku. Przejęła butelkę z powrotem od Ignhysa, widząc, że alkohol nie wchodzi mu dziś gładko. Lepiej, żeby nie obrócił jej i nie wylał zawartości, jak to zrobił na statku, kiedy mu nie smakowało.
- Teraz to się wydaje wspomnieniem z innego życia - mruknęła. - To znaczy, w moim przypadku wspomnienie to dużo powiedziane. Nadal tego nie pamiętam.
Uniosła wzrok na okwiecone, równo przycięte drzewa. Na Harlen takich nie mieli. Tam przyroda była dzika i tylko wgryzająca się w nią przystań stanowiła jakieś odstępstwo od porastających wyspę traw i bliżej nieokreślonych krzaków. Vera się za bardzo na tym nie znała, poza tym, że potrafiła określić, czy coś jest ładne, czy nie. Tutejsze drzewa były, krzaki na Harlen już nie.
- Albo raczej to życie jest inne - mruknęła pod nosem. To tutaj miała na sobie sukienkę, wstążkę we włosach i siedziała na kocu na trawie, jakby jej codzienność pozbawiona była zmartwień. Gdzieś na świecie istnieli ludzie, którzy funkcjonowali w ten sposób i Umberto trochę im zazdrościła.
Pójście nad wodę było nie najgorszym pomysłem. Pegaz pewnie był już odholowany do Everam, mogli więc zejść do nabrzeża nie ryzykując, że zostaną zauważeni. Choć kąpanie się w przypadku Very nie wchodziło w grę z wielu przyczyn - siniaki na plecach i ramionach i blizny, którymi nie chciała świecić publicznie, do tego brakowało jej stroju, jaki by się do kąpieli nadawał - to mogła pójść z nimi. Przynajmniej sobie popatrzy; dobrze zbudowane ramiona żeglarzy były widokiem leczącym przynajmniej część zmartwień.
- Możemy iść nad wodę, przyjaciele - zgodziła się, naśladując ton głosu Ignhysa.
Obrazek

Pustkowia i nabrzeże na wschód od Everam

75
POST BARDA
Śmiech pani kapitan był dla pozostałych sygnałem, że mogą nadal naśmiewać się z sytuacji, którą wspominali. W gruncie rzeczy samo to wydarzenie nie było zbyt zabawne - bo czy nie opłakiwali wtedy poległych towarzyszy, zabitych przez Kompanię? To zachowanie pijanej Very, wtedy tak bardzo nie na miejscu, stanowiło o komiczności wspomnienia.

- Jeszcze trochę i wrócim do dawnego życia. - Pocieszył ją Osmar, ciężko wstając z koca. Problem polegał w tym, że w rękach trzymał dwie butelki, drogie mu jak pierworodne dzieci, i nie mógł się podeprzeć. Kolebiąc się na boki, w końcu udało mu się podnieść. - Tak ci tęskno do zapleśniałego chleba? Ty wiesz, że Trip przemycił nam dzisiaj pierdolone truskawki?! - Podniecił się krasnolud, a kuk mógł tylko odpowiedzieć uśmiechem. Nie zdradził, że Vera dostała swoją porcję owoców z przydziału. - Ale już zjedlim, to się nie podzielim! - Dodał tryumfalnie. - No, ale idziem do wody, przyjaciele!

- Tak, chodźmy, przyjaciele!

- Kto ostatni, ten osrana dupa, przyjaciele!

Ighnys nie wydawał się obrażony tym, że piraci naśmiewali się z jego określenia. Może wcale tego nie zauważył, a może uznał, że naprawdę uważają go za równego sobie? A może w ogóle nie zauważył tego, co mówią, skupijając się na wyścigu? Mag wczuł się w towarzystwo i poderwał się razem z innymi, biegnąc ku wodzie! Przez ogród, dalej, dziedzińcem i po schodkach w dół, do przystani. I choć był przygarbiony i dziwnie stawiał stopy, jakby dawno zapomniał, co to bieg, wydawało się, że Ighnys cieszy się razem z innymi.

- Kapitanie! - Trip zawołał za Verą, chcąc powstrzymać ją przed udziałem w wyścigu. Można było odnieść wrażenie, że nawet gdyby przybiegła ostatnia, nikt nie nazwałby jej osraną dupą. - Przepraszam za tamto, po prostu mi się przypomniało! - Wyjaśnił kuk, a wesołość w jego głosie przyćmiła jakąkolwiek skruchę, o ile ta w ogóle tam była. - Cieszę się, że nic pani nie jest. Szkoda, że pan Yett nie pójdzie z nami nad wodę.

Słońce grzało, alkohol był chłodny, a woda przejrzysta i orzeźwiająca. Na nabrzeżu siedział Jelonek z prowizoryczną wędką w dłoniach. Bez słowa odsunął się na bok, gdy pojawili się inni piraci.

Wróć do „Everam”