Budynek Gwardii Miejskiej

1
W centrum Oros znaleźć można kilka masywnych budynków. Ten jeden wyróżniał się pośród nich wysokim murem na ponad dziesięć metrów i grubym na trzy. Dodatkowo co kilkanaście metrów widniała wieżyczka strażnicza. Ilość osób, które przebywały na nich zależała od wielu czynników, ale zazwyczaj trzy osoby na warcie były powszechne. Istniały dwa przejścia prowadzące do środka. Niewielkie, żelazne drzwi z tyłu, które służyły głównie dla gwardzistów i wysokich rangą oficjeli miejskich oraz wielka, dwuskrzydłowa, żelazna brama dla całej reszty osób. Pilnowana zawsze przez czterech ludzi. Zwana także bramą katów. Nie jest jasne pochodzenia tej nazwy, acz tak przyjęło się mówić o niej.

Po wejściu na teren ukazywał się wielki plac. Służył on do wielu rzeczy. Trenowali tutaj rekruci, wieszano ludzi na specjalnym podejście, by wykonywać karę śmierci. Ten zawsze jest prawie na samym końcu placu po prawej stronie. Tak duży teren służył również za spacerniak dla więźniów, którzy mieli prawo do takich wyjść.

Za placem znajdował się trzypiętrowy budynek o kanciastych kształtach. Kiedyś służył za koszary w pierwszych latach istnienia Oros. Obecnie został przekształcony w siedzibę gwardii oraz Lochy, które znajdują się w jego piwnicach. On sam ma kształt litery U. Posiada bardzo wiele okien. Dach tego budynku jest ustawiony pod bardzo dużym kątem. W oknach na parterze i pierwszym piętrze znajdują się kraty. Budynek sprawie wrażenie nieprzyjemnego.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

2
POST BARDA
<<<<<

Lindirion i Tanga przybyli znacznie przed czasem do budynku gwardii. Brama katów była otwarta na oścież, jakby zapraszała każdego do środka. Przy wejściu stało czterech wartowników, a nieco głębiej znajdował się człowiek, który siedział przy niewielkim stoliczku. Miał listę ze sobą. On był odpowiedzialny za listę uczestników i każdy, kto wcześniej wyraził chęć udziału, musiał u niego potwierdzić swą obecność. To była oczywiście formalność. Po tym nastąpiło przedstawienie kilku prostych zasad, które przestrzegać musiał każdy.
1.) Nie zabijamy rywali
2.) Walczymy do momentu, aż przeciwnik się podda, straci przytomność lub gwardzista przerwie pojedynek.
3.) Organizator konkursu nie odpowiada za powstałe rany w wyniku pojedynków.
4.) Zabronione jest walczenia na terenie wyznaczanym dla gości
5.) Nie wolno używać magii podczas walk.
6.) Zakaz używania jakiekolwiek broni.
7.) Za nieprzestrzeganie zasad, grozi kara pobytu w lochu.
Plac był podzielony na osiem niewielkich aren. Wyznaczone je przy pomocy prostych murków zrobionych z desek. Bliżej budynku gwardii ustawiono na kilku rzędach siedzenia. Każde z nich jest zarezerwowane dla ważnych osobistości, które przybędą, aby obserwować zmagania wojowników. Ustawiono także kilka namiotów dla walczących, w tym jeden dla uzdrowicieli, którzy mają połatać wojowników. Przy drzwiach wejściowych znajdowała się rozpiska turniejowa.

W oczy rzucała się zwiększona liczba wartowników, którzy mieli za zadanie pilnować tłumu, jakiego oczywiście się tutaj spodziewano. Na dwóch, pobliskich wieżyczkach znajdowało się po sześciu strzelców z kuszami. Widać było, że traktują poważnie bezpieczeństwom uczestników i gości.

I w miarę upływu czasu, przychodziło coraz więcej osób, a im bliżej turnieju, tym coraz trudniej było się przepychać. Sporo ludzi przyszło obserwować widowisko. Tanga, jako uczestnik, został poproszony, by oczekiwał w jednym z namiotów, aż go wywołają. Lindirion nie mógł mu towarzyszyć. Wszystkie miejsca siedzące dla gości specjalnych były zajęte. Pilnował ich oddział złożony z dwunastu wartowników. Nikt nie mógł do nich podejść.

Na niewielki podest wszedł mówca.

- Dziękuję za tak tłumne przybycie. Dziś w naszym mieście, o tak wspaniałych tradycjach rozegra się wspaniały turniej, by uczcić tych, którzy chronią nas przy pomocy tylko i wyłącznie ciężkiego, fizycznego treningu i szlifowali swoje umiejętności w niebezpiecznych sytuacjach. Wiele im zawdzięczamy, a tak niewiele do tej pory robiliśmy, by uczcić ich część. Dlatego dziś to się zmieni. Niech bogowie będą z nimi. - Krótka przemowa wstępna została nagrodzona dość niewielkimi brawami. Widocznie ludzie, którzy tutaj się zebrali, interesowało jedynie to, co inni zaprezentują. Bijatyki od zawsze przyciągały obserwatorów.

- Nie przedłużając, zaproszę śmiałków, którzy zmierzą się ze sobą. Przy arenie numer jeden zawalczą Tengral Voyyater oraz Siemno Monat.
Arena numer dwa: Mifisto Legra oraz Neheratia Ovellia. Arena numer trzy: Emhjyr de Wett oraz Burda z klanu Księżyca. Arena numer cztery: Raimondo Rhanner oraz Jewell Jinskihk. Arena numer pięć: Guntar oraz Imedeus Vaurascel. Arena numer sześć: Severn Bloxham oraz Ivendir Jurgikverdottir. Arena numer siedem: Hadd Modolfsson oraz Durz Burirol. Arena numer osiem: Tanga z klanu Dwachkarr oraz Zul Mortem.


Zapraszamy. Niedługo zaczynamy! -


I wojownicy zaczęli wychodzić z namiotów. Większość to mężczyźni pochodzący z rasy ludzkiej, choć jest jedna kobieta. Jeden ork oraz pół ork. Każdy z nich wchodził do wywołanej areny. Numer pierwszy był najbliżej namiotów uczestników, a ostatni najdalej. Przy każdej znajdował się gwardzista, który robił za sędziego. Ustawiali zawodników w miejscach, gdzie mają stać. Rozległy się krzyki tłumu z radości, bo jak to bywa z gatunkiem ludzkich, uwielbiał takie pokazy.
Spoiler:
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

3
POST POSTACI
Lindirion
Lindirionowi szybko wrócił dobry nastrój. Choć zdenerwowało go dziecko, a następnie karczmarz, towarzystwo Tangi przywróciło go do odpowiedniego stanu ducha. Cieszył się jego pytaniami. Choć zainteresowanie wojowniczością siostry zbył uśmiechem (bo nie śmiał się otwarcie, jako poważnemu magowi nie wypadało, a jego usta już dawno nie były w stanie wydobyć z siebie prawdziwego śmiechu), z chęcią opowiedział Tandze o Renatii, przytaczając anegdotki z ich wspólnego dziecięcego życia. Jakże swobodne było wtedy istnienie! Jakże frywolne dni... Nie omieszkał również opwoiedzieć mu o Varulae. Mówił o dużych jaszczurkach, ujeżdżanych przez chłopców właśnie takich, jak Tanga, lecz przerażających w swej aparycji. Wspomniał bagna, w których zostawił buty, gdy zgubne błota chciały zabrać nie tylko obuwie, ale jego życie, mówił o dżunglach, gdzie dzikie zwierzęta czyhały na nieostrożnych wędrowców... W zaufaniu wspomniał również swoją goblińską gosposię, jednak nie rozwijał dyskusji na jej temat, gdyż samo wspomnienie jej brzydkiej twarzy powodowało jakiś nieprzyjemny ból tuż po lewej stronie mostka.

Ostatecznie dotarli do miejsca, gdzie miały odbywać się walki. Być może byli zbyt wcześnie - ale czyż Tanga nie chciał się rozciągnąć przed pojedynkiem? Lindirion pomógł Tandze zameldować się u tego, który sprawdzał obecność, a następnie upewnił się, że Tanga zrozumiał zasady.

- Pamiętaj, chłopcze. - Powtarzał. - Nie musisz walczyć do śmierci twojego przeciwnika. Jeśli jednak do tego dojdzie, spędzisz noc w lochu. Wolisz łóżko w karczmie, czyż nie? - Dopytywał. Któż chciałby spać na zimnej pryczy gdzieś pod garnizonem? Nic przyjemnego! - Przyda ci się porządny odpoczynek przed podróżą.

Obecność większej ilości strażników była zrozumiała i Lindirion nie zamierzał na to narzekać. Odstawił Tangę do jego namiotu i wycofał się, by zająć miejsce na trybunach. Nastawiał długiego ucha, gdy wyczytywano uczestników. Doprawdy, gdzież też była arena numer osiem...? Lindiriona nie interesowały walki, ale chciał mieć oko na Tangę. Musiał też znaleźć siostrę!

Budynek Gwardii Miejskiej

4
POST POSTACI
Tanga
Jak rzadko kiedy, Tanga był tym razem w stanie skupić się na znaczącej większości sprzedawanych mu przez Lindiriona historiach, opowieściach i tłumaczeniach. Wyłączył się w ich trakcie jedynie dwa, może trzy razy, co było niebotycznym sukcesem. Z jakiegoś powodu ciężko było mu sobie wyobrazić elfa za jego szczenięcych lat, nawet jeśli wcale nie wyglądał na nie wiadomo jak starego. Łatwiej przychodziło natomiast wyobrażanie sobie wielkich, paskudnych jaszczurów, śmiercionośnych bagien i tego wszystkiego, co mógłby tam upolować. Varulae zdecydowanie brzmiało jak dobre miejsce do odwiedzenia gdzieś w przyszłości. Na pewno nie miałby nic przeciwko.

Docierając na miejsce, w którym odbyć miał się turniej, Tanga musiał się bardzo uważać, aby nie złamać sobie przypadkiem karku od ciągłego obracania łbem na lewo i prawo, gdy w zbyt entuzjastycznym ferworze usiłował przyjrzeć się wszystkiemu i każdemu z osobna. Podczas gdy spodziewał się jedynie kawałka uklepanej ziemi i być może tłumu przypadkowych gapiów, którzy w trakcie zmagań tworzyliby wokół walczących ciasny krąg z własnych ciał, miasto okazało się podejść do widowiska znacznie poważniej i z dużo większym przy tym rozmachem.
Po dopisaniu się do turnieju i poznaniu kilku prostych zasad, Tanga czuł się usatysfakcjonowany.
- W Karlgardzkich lochach nie karmili za dobrze - odpowiedział Lindirionowi, gdy ten zwrócił mu uwagę na ewentualne konsekwencje niestosowania się. Marszcząc brwi na nie tak dalekie w gruncie rzeczy wspomnienie, pokręcił głową. Nie, zwiedzanie lochów nie należało do jego ulubionych rozrywek. Pomijając kiepskie warunki tego typu miejsc, było tam przede wszystkim koszmarnie nudno. Całe szczęście uśmiercenie drugiej osoby gołymi rękoma nie było aż tak proste, gdy nieintencjonalne.
Czas przed rozpoczęciem poświęcił na szybkie dogrzanie się i rozciągnięcie w namiocie, jednocześnie z wielką ciekawością obserwując innych, kręcących się dookoła uczestników.

Gdy wreszcie nadszedł czas, Tana wręcz emanował ledwie utrzymywaną w ryzach energią. Jego oczy niemalże błyszczały, kiedy pokierowano go w stronę wyznaczonego ringu.
Zul Mortem wyglądał na wojownika starszej daty, co osobiście radowało go niezmiernie. Osoby jego pokroju często miały za sobą bezcenne lata doświadczenia, które często miały szansę przeważyć ponad młodzieńczą werwą.
Uśmiechając się szeroko, Tanga mógł póki co jedynie dreptać niecierpliwie w miejscu, czekając na sygnał do rozpoczęcia.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

5
POST BARDA
Lindirion wyczuwał delikatne wiatry magii, jakie otaczały cały ten teren. Bez wątpienia mury tego miejsca zostały zaklęte w jakiś sposób. Przy tym duża ilość gości, którzy nosili ze sobą swoje magiczne zabawki. Czy to oręż, biżuteria lub przedmioty innego typu. Oczywiście aktywne czary ochronne również dawały swoistą sygnaturę. Ilość magii w tym miejscu była spora, ale co się temu w sumie dziwić. To było Oros, miasto magów. Dziwne byłoby, gdyby nic takiego nie wyczuwał.
Ludzie się przepychali obok niego, by zająć bliższe miejsce, skąd zdecydowanie był lepszy widok. On miał przewagę nad ludźmi, nad którymi przecież górował wzrostem. Dlatego nie potrzebował być tak blisko aren. Mógł obserwować Tange i szukać siostry, nie przejmując się tym, że ktoś mu widok zasłoni.

- Witaj braciszku. - Usłyszał miękki, aksamitny głos, który wypowiedział te dwa słowa w ich języku ojczystym. W tym samym momencie wyczuł, że otoczyła ich ciasno magia. Nie wpływała negatywnie na niego, a raczej miała za zadanie ochronić lub blokować coś. Jeśli poszukał autorki tych słów, zobaczyłby, że obok niego stoi dość niska, niemająca nawet metra siedemdziesięciu ludzka kobieta, o długich, brązowych włosach, splecione w warkocz. Kobieta miała delikatną cerę, która nigdy nie była nawykła do dużej ilości makijażu. Zgrabny, wąski nos, przy niewielkich ustach i oczach w kolorze ametystu. Drobne ciało kobiety, nie miało wręcz damskich kształtów. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, a Lin wyczuwał, że ona otoczona jest przez magię.
Spoiler:

Tymczasem u Tangi sytuacja także była ciekawa. Zul Mortem podszedł do niego i wyciągnął ku niemu dłoń na przywitanie. Pomimo faktu, że był starszy, nie miał problemu, by okazać szacunek swojemu przeciwnikowi. Jeśli oczywiście odwzajemnił gest, ten poczuł żelazny uścisk, który mógłby zwykłej osobie złamać lub uszkodzić kość.
- Liczę na dobrą walkę. Nie bój się iść na całość ze mną. - Powiedział do niego z lekkim uśmiechem i wrócił do swojego miejsca, oczekując na rozpoczęcie zawodów. Na ich szczęście mówca nie zamierzał zbytnio zwlekać.

- Wszyscy zawodnicy na miejsce; i nie przedłużając. Właśnie zaczynamy pierwszą rundę turniejową. - I rozległ się dźwięk gongu, a przecież w pobliżu takiego instrumentu nie było. Zul od razu przyjął postawę bojową, ustawiając się bokiem. Lewą nogę miał wysunięta do przodu, a prawa do tyłu. Stopa tej kończyny była prawie prostopadła do drugiej. Miał lekko ugięte kolana. Ręka bliżej Tangi była mocno wysunięta do przodu, gdzie dłoń była skierowania ku niemu oraz otwarta z palcami mocno wyprostowanymi. Druga była przy ciele, ta już posiadała zaciśnięte palce, gdzie wierzch dłoni był skierowany do dołu. Zrobił dwa kroki do przodu, ale nie natarł na młodszego mężczyznę.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

6
POST POSTACI
Lindirion
Upewniwszy się, że Tanga rozumie zasady i nie będzie próbował odwiedzać lochów kolejnych miast, Lindirion mógł zostawić chłopaka samemu sobie, by mógł dalej działać samodzielnie, jak na dorosłego przystało. Postanowił pozostawić kwestię zniewolenia w Karlgardzie na inny dzień. Temat był ciekawy, zaskakujący i z pewnością wyrwałby Tangę z nastroju przed walką, a przynajmniej tak sądził Lin. Bo czy było cokolwiek, co odciągnęłoby uwagę tego nieposkromionego orka-nie-orka, gdy pojedynki miały zacząć się już, zaraz?

Znajdując sobie miejsce, Lindirion zamierzał obejrzeć może jeden pojedynek, a następnie znaleźć sobie inne zajęcie. Nigdy nie pociagała go przemoc. Niewiele sobie z niej robił, gdy nie była nakierowana w jego stronę, a jeszcze mniej, gdy dotyczyła kogoś innego. To było żadne widowisko.

Ilość wirującej wokół niego magii przyprawiała go o ból głowy. Na bagnach Varulae był jedyną tak silną jednostką magiczną i przywykł do życia na magicznej pustyni, tu zaś nurty biegły z każdej strony, mieszały się, plątały w chaosie, który nie podobał się mistrzowi. Bariera, który w pewnym momencie objęła jego ciało, była miłym, wyczekiwanym wręcz zjawiskiem.

- Iluzja, czyż nie. - Stwierdził zamiast pytać. Uniósł lekko brwi, a zaraz za nimi uniosły się również kąciki jego ust, chociaż wcale tego nie planował. Elfi język brzmiał niemal obco na języku, gdy używał go znów po tylu latach. Daleki był ocenianiu urody nowej powłoki siostry. - Nigdy nie posądzałbym cię o zianteresowanie tą dziedziną.

Budynek Gwardii Miejskiej

7
POST POSTACI
Tanga
Tanga uniósł wysoko brwi, rzadko spotykając się z równie uprzejmym gestem od opuszczenia rodzinnych terenów, niemniej nie wahając się go odwzajemnić.
- Mm! Walczmy dobrze! - odpowiedział z zapałem, i jeśli dotąd nie mógł się doczekać, tak teraz grunt wręcz wydawał się pod nim palić ze zniecierpliwienia.
Wreszcie nie było żądnych osób trzech, które mogły mu przeszkodzić lub wtrącić się w jego walkę! Wygrana nie miała dla niego aż tak wielkiego znaczenia, dopóki przeciwnik lub przeciwnicy zdolni byli zapewnić mu dostatecznie dużo adrenaliny i rozrywki. Co nie znaczyło, że nie zamierzał dać z siebie wszystkiego, aby zwyciężyć, ma się rozumieć.
W przeciwieństwie do wielu doświadczonych wojowników, Tanga nie miał w zwyczaju zastanawiać się nad odpowiednią taktyką czy analizować swoich przeciwników w sposób ostrożny i szczegółowy. Dużo łatwiej było mu odnaleźć rytm i dopasowywać się w sposób instynktowny aniżeli poprawny technicznie. Dużo szybciej i skuteczniej w jego własnym odczuciu było zmusić drugą stronę do błędów i odsłonięć poprzez ciągły nacisk aniżeli tworzenie dogodnego momentu.
Właśnie dlatego, gdy tylko wybił gong, w kilku długich susach znalazł się przy Zulu z podniesioną, trzymaną wąsko gardą, osłaniającą mostek i przeponę. Z prawą ręką przy ciele, dotykając prawej strony żuchwy, lewą trzymał wysuniętą do przodu - gotową do zadania ciosu w głowę. Od razu spróbował wybić przeciwnika z postawy silnym, bocznym kopnięciem, chcąc jak najprędzej zmniejszyć dystans między nimi do minimum.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

8
POST BARDA
Renatia uśmiechnęła się lekka, kiedy Lindirion stwierdził prosty fakt, a nie pytał. Zdziwiłoby to, gdyby nie miał pewności. To, co widział, było oczywiście iluzją. I to taka sprytna, że choć powidok magii powodował, że wygląda tak niską, miała przewagę zaskoczenia, bo jej normalna postawa była wyższa. Specjalnie wybrała taka, a nie inna.
- Konieczność wynikająca z sytuacji. - Odpowiedziała spokojnie, zauważając, jak bardzo wiele się zmieniło w otaczającym ich świecie. Ile to dziesiątek lat minęło od ich ostatniego spotkania? Przestała liczyć już dawno, akceptując to, że on poszedł swoją ścieżką, akceptując własne przeznaczenie. Jakiekolwiek by ono nie było.
- Od czasów, kiedy anomalia magiczna zakłóciła święto pięćset lecia miasta, nastroje w tym mieście znacznie się pogorszyły. Wtedy też wkroczył Zakon Sakira do miasta. Zaczęło się gnębienie czarodziejów pochodzenia innego, niż ludzkie i mniej przyjazne sytuacje. Sytuacje pogorszyła tajemnicza eksplozja w Bibliotece Uniwersyteckiej, po której nic nie zostało. Musieliśmy w większości uciekać z miasta. Ja zostałam i pomagam każdemu czarodziejowi innej rasy, niż ludzka wyjść z kłopotów. Przez to jestem ścigana w tym mieście. - Powiedziała to tak spokojnie, jakby opowiadała o swojej sytuacji przy popołudniowym obiedzie. Nie reagowała emocjonalnie na takie rzeczy, choć emocje przez tyle lat często dawały o sobie znać.
- No, ale dość o mnie. Co się sprowadziła do tego miasta, Lin? - Spojrzała pytająco o niego. Była zainteresowanie, jakiż to przewrotny los spowodował, że postawił swoje kroki po tak długim czasie tutaj.

Tanga natychmiast wyskoczył do przeciwnika z bardzo prostym planem. Jedno, pojedyncze kopnięcie boczne, mające skrócić dystans. Zrealizował swój zamiar i skrócił dystans. Zulu nie był pierwszy, lepszym chłopcem do bicia, którego takich ruch mógłby powalić. Szybkim ruchem odsunął się w bok, ręka bliżej ciała dodatkowo nieco zbijając kopnięcie przez lekkie uderzenie w stopę. Dzięki czemu był teraz ustawiony bokiem do jego nogi i drugą ręką miał idealną pozycję do uderzenia. Wykorzystał ją idealnie i wyprowadził cios w kierunku jego głowy. Być może to był instynkt lub lata praktyki walki, ale Tanga zdążył zablokować cios własną ręką. Poczuł mocne uderzenie na swojej dłoni. Dzięki czemu mógł stwierdzić, że jego przeciwnik wcale nie był słabszy od niego. Zulu był doświadczonym wojownikiem, który tak łatwo błędu nie popełni.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

9
POST BARDA
Uśmiech nie był tym, co Lindirion planował ofiarować siostrze. Nie widział jej zbyt wiele lat, by wciąż nazywać ją kimś bliskim sobie. Stali się obcymi spowinowaconymi z przypadku. Opanował mimikę, wracając do chłodnej obojętności. Posłał kobiecie spojrzenie z ukosa, choć nie interesowała go jej fałszywa powłoka. Mógłby nazwać to raczej uprzejmym poświęceniem uwagi.

- Dużo się działo, gdy mnie nie było. - Stwierdził Lindirion, a jego słowa były tylko tym: stwierdzeniem. Oros zmieniło się wręcz nie do poznania, ale teraz przynajmniej wiedział, dlaczego. - Strata Biblioteki to wielka tragedia. - Dodał, bo to miało prawo zaboleć go niemal fizycznie. Spędził tam wiele, wiele dni i nocy, gromadząc wiedzę podczas swoich studiów, a nawet wcześniej, towarzysząc rodzicom. - Dlaczego zostałaś? - Dopytał, nie widząc powodu, dla którego ktokolwiek miałby poświęcać się dla innych. Każdy, kto miał nieco oleju w głowie, powinien wyjechać czym prędzej. - Ja jestem tu tylko przejazdem, udajemy się do Fenistei. Ja i mój towarzysz. - Podbródkiem wskazał ring, na którym walczył Tanga.

Zawahał się przed dalszymi słowami. Kim właściwie był dla niego Tanga? Chłopcem, który z jakiegoś powodu chciał mu towarzyszyć. Przyjacielem, którego nigdy nie nazwałby tym mianem. W jakimś sensie może nawet uczniem, gdy w końcu uda się nakłonić go do nauki... Ale skoro nie chciał pisać literek, jak mógłby opanować magię?

- Nalegał, by wziąć udział w tym turnieju. - Dodał wymijająco, by przekierować rozmowę na inne tory. - Nie jest zbyt inteligentny. - Mruknął, by wyjaśnić, dlaczego w ogóle znaleźli się w takim miejscu i oglądają coś tak przyziemnego, jak przemoc. - Jak miewa się nasza szanowna matka?

Budynek Gwardii Miejskiej

10
POST POSTACI
Tanga
Dzięki cofnięciu nogi zaraz po jej zepchnięciu i uniknięciu wybicia ze stabilnej pozycji na lekko ugiętych nogach, Tanga nie stracił swojej szansy na osłonięcie się, gdy tym razem to pięść przeciwnika wyszła mu na spotkanie. Zaraz po kontakcie, samemu mocno strącił dłoń Zulu do dołu, a następnie, stając do niego frontalnie, spróbował zmniejszyć dystans do zera. Jego celem było złapanie wojownika w klincz, gdzie przyciskając jedną z dłoni do jego karku, drugą do potylicy, miałby sporą kontrolę nad położeniem jego głowy. Zaraz po udanym chwycie zamierzał docisnąć własne biodra do bioder drugiego mężczyzny, uniemożliwiając mu tą metodą wykonanie jakiegokolwiek, porządnego kopnięcia. Ciągły nacisk na tył czaszki i kark, którym w takiej pozycji łatwo było skierować głowę siłą ku dołowi, również wywierało swoistą presję.
Tanga zawsze świetnie się bawił w walce w zwarciu. Zapasy z braćmi oraz innymi młodzikami z wioski nauczyły go wielu pożytecznych sztuczek.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

11
POST BARDA
Renatii widziała, jak na nieco kamiennej twarzy brata, widać było stratę po Bibliotece, a może to była jedynie ułuda? Pamiętała, nawet po tylu latach, jak dużo czasu jej brat tam spędzał. Na początku sama radowała się z tego spotkania po latach, jednak Lin, jak zawsze pozostawał zdystansowany. Wydawał się taki zawsze być, a ona to akceptowała. Każdy kroczył przecież własną drogą, a choć on niekoniecznie się cieszył na to spotkanie, jej było miło, że udało się jej go zobaczyć, po tak długim czasie.
- Czy powinnyśmy porzucać własny lud, kiedy tragedia nastąpiła? Przeszłość naszych leśnych braci winna być dla nas nauczką, że nie możemy porzucać siebie. To nie jest obowiązek, ani konieczność. Tak zwyczajnie należy postąpić, gdyż nasz czas jeszcze nie minął. - Odpowiedziała mu spokojnie, choć przypuszczała, że nie zgodzi się z nim. To było jej przeznaczenie, choć wcześniej o tym nie wiedziała. Z jakiegoś powodu, dobrze się czuła w roli takiej osoby. Ryzykowała względem ludzkiego prawa, ale przecież co była dla niej ważniejsze? Lud, czy prawa istot krótkożyjących? Odpowiedź była dość oczywista.
Spojrzała w kierunku ringu, który wskazywał. Oczywiście z perspektywy ludzkiej kobiety, nie miała szans dojrzeć, ale iluzja jedynie ukrywała jej prawdziwy wzrost i sylwetkę. Dlatego dostrzegała wszystko dobrze, jak jej brat. Element zaskoczenia był ważny w tym zaklęciu, które wybrała.
- Zmieniłeś się, bracie. - Stwierdziła spokojnie, przypominając sobie, jaki był za czasów akademii. - Wcześniej nigdy nie otoczyłbyś się osobami, które nie stanowiłyby wyzwania intelektualnego dla ciebie. Zawsze szukałeś wyżyn, które mogłeś przekroczyć. - To nie była krytyka jego wyborów, a jedynie jej perspektywa i różnice, jakie zaobserwowała. Widocznie miał w tym jakiś cel lub motywacje, ale czuła, że nie powinna o to pytać.
- Nie obawiasz się, że coś mu się stanie? - Zapytała z lekką nutą ciekawości, obserwując walkę. Reszta jej nie obchodziła, choć czuła lekką odrazę do tak prymitywnego zachowania, typowego dla rodzaju ludzkiego.
- Nasza mama próbuje udawać silną, ale wiem, że w nocy smutek opętuje jej serce. Zniknął wiosnę temu i nie udało mi się go odnaleźć. Nie wiem, czy nawet jeszcze żyje. - W jej głosie słychać było zasmucenie. Także opłakiwała utratę ojca, ale miała cel, który powodował, że trzymała się jeszcze dobrze.

Zulu był pod lekkim wrażeniem, jak tanga się wybronił się przy tym uderzeniem. Pomimo swego wręcz dziecięcego wyglądu był znakomitym wojownikiem w jego ocenie. Instynkt miał dobry, choć brakowało mu doświadczenia. Dawał swojemu przeciwnikowi okazje do kontrataku, nie osłaniając się przed tym, co może nastąpić. Chciał chwycić przeciwnika, by lepiej kontrolować jego głowę, ale nie tylko ręce i nogi potrafiły być bronią. Zulu bardzo szybko dostrzegł okazje i przywalił mu zwyczajnie z dyńki w nos, łamiąc mu kostki w nim. Polała się pierwsza krew, przymroczyło go, jednocześnie ruch przeciwnika pozwolił mu łatwiej zrealizować cel. Ta krótka chwila po uderzeniu spowodowała, że chwyt osłab na tyle, by przeciwnik mógł z niego uciec i zwiększyć odległość od niego. Tanga odczuwał silny ból, ale nie na tyle, by mogło to go powstrzymać i bardzo szybko odzyskał świadomość. Oczywiście krew leciała mu z nosa. Takowe uderzenia słabszych przeciwników mogłoby powalić na zdecydowanie dłużej, ale on sam miał silne ciało, które mogło wytrzymać więcej.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

12
POST POSTACI
Lindirion
Lindirion nie mógł słuchać tego, co wygadywała jego siostra.

- Któż narzucił na ciebie odpowiedzialność za to, co się stało? Za tych, którzy pozostali, choć miasto ich nie chce? - Pytał wprost, bo nie rozumiał, skąd brał się punkt widzenia Renatii. Dlaczego sądziła, że na jej barkach powinien spocząć ich los? Altruizm nigdy nie był jego mocną stroną. Był praktycznie nieistniejący w jego zimnym, czarnym sercu. - Nie podzielę twojego punktu widzenia, siostro. - Stwierdził sucho, przyglądając się Tandze, który nie uchylił się w porę i dostał w nos. Nie było to nic, co zagrażałoby jego życiu i Lin postanowił to zignorować, nie komentując zdarzenia ani słowem. Nie martwił się o Tangę. Jeśli zdołał coś zauważyć, to to, że chłopak był twardy jak skała i parę ciosów nie będzie w stanie go złamać. - Czy to ja się zmieniłem, czy świat wokół nas? - Ciągnął dalej, odpowiadając Renatii pytaniem. - W pewnym wieku posiadanie pomocnika jest niemal koniecznością. Zobacz w nim sługę. Ucznia, być może. - Mówił. Nie widział w Tandze służącego, ale czy nie tak należało go określić? Miał pilnować Lindirionowi tyłów, poza tym, nadawał się też do innych prac, nie tylko tych związanych z wojaczką.

Mag zdążył zmęczyć się staniem i rozejrzał się, poszukując jakiegoś siedziska pod swój szanowny zadek.

- Zniknął? Masz na myśli: ojciec? - Dopytał Lin, gdyż siostra nie wyraziła się wprost. - Jeśli nie żyje, będę w stanie go znaleźć. - Zaoferował uczynnie.

Budynek Gwardii Miejskiej

13
POST POSTACI
Tanga
Zanim jego dłoń zdołała porządnie docisnąć głowę przeciwnika do dołu, nadszedł atak. Atak nieoczekiwany i przez to być może przyjęty przez Tangę z szeroko otwartymi oczyma. Jak raz usłyszał nie do końca obce mu chrupnięcie, wraz z którym nadeszło uczucie rozlewającego się gorąca oraz bólu. Celny cios w nos potrafił nie raz i nie dwa oszołomić na tyle, by przeważyć na szali zwycięstwa. Szczęściem dla Tangi, Zulu nie spróbował skorzystać z okazji, by wyprowadzić uderzenie towarzyszące. Zamiast tego, wolał wycofać się na bezpieczną odległość, z dala od jego mocny łap.
Jeśli miałby być szczery, zabrakłoby mu palców u rąk i stóp, gdyby spróbował zliczyć, ile razy w swoim, wciąż krótkim życiu, skończył z przestawionym lub złamanym nosem. Fakt, że wciąż miał go względnie prostego, zawdzięczał jedynie dobremu znachorowi z wioski oraz nabytym u matki umiejętnościom właściwego nastawiania go na miejsce.
Ból sam w sobie nigdy jakoś specjalnie nie sprawiał mu przyjemności. Było jednak coś w bólu oraz ranach odniesionych w walce, co pozytywnie rozpalało go od środka za każdym jednym razem. Coś, co sprawiało, że jego usta, podobnie jak teraz, same rozciągały się w dzikim, nieprzejednanym uśmiechu.
Odetchnąwszy głośno ustami, i krótko potrząsnąwszy po psiemu głową, zupełnie jakby miało to pomóc w pozbyciu się chwilowych mroczków, Tanga podniósł ponownie wzrok na Zulu. Zulu był dobrym przeciwnikiem. Bardzo dobrym przeciwnikiem. Dlatego właśnie Tanga dopiero teraz prawdziwie zapragnął go pokonać.
Szczerząc zęby w krwawym uśmiechu przez ciepłą posokę, która wartko płynęła co najmniej jedną dziurką nosa, jeszcze raz przyjąłpozycję. Do kolejnej szarży przeszedł z głodem w oczach, obserwując ruchy drugiego mężczyzny, gdy na lekko ugiętych nogach gotował się do zadania kilku mocnych i szybkich ciosów w głowę lub brzuch, jeśli tylko znalazłby na to okazję.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

14
POST BARDA
Nie ma tu kogoś konkretnego. Uznałam, że tak trzeba postąpić. Jeśli nie będziemy trzymać się razem, ile czasu będą potrzebować ludzie, by nas uznać za zagrożenie, jak leśnych braci? Jedno ich pokolenie? Dwa? Łatwiej się bronić osobno, czy razem, będąc zorganizowani? Oros może być początek tych złych dla nas zmian. - Stwierdziła, mając nadzieje, że może częściowo zrozumie to, co chciała mu przekazać. Nie przyszła tutaj przekonywać go do współpracy, bo nie miała w tym celu.
- Rozumiem. - Powiedziała jedynie, ale nie było jej smutno. Po prostu taka była kolej rzeczy, kiedy dwie różne osoby z innymi przeznaczeniami się spotykało. Zdecydowanie ona bardziej martwiło się tym, co będzie dalej. Widziała, co działo się w Oros przez ten cały czas. To wpłynęło na nią w sposób, który pewnie dla jego brata był obcy. W międzyczasie połowa walk została już zakończona. Tych, którzy przegrali, musieli znosić na noszach.
- Sługę? A co ten twój towarzysz jeszcze potrafi, oprócz dość niezwykłej zdolności do walki? Jakie ma walory, by zostać twoim uczniem? - Spojrzała na niego pytające, chcąc zrozumieć, co kierowało jej bratem podczas wyboru tego człowieka.
- Jak się poznaliście? - Zapytała nieco zainteresowania tą kwestią.
- Tak. Jeśli mógłbyś, to spróbuj proszę. Chciałabym jakoś ukoić żal mamy, a póki trwa niewiedza, niewiele mogę sama pomóc. - Powiedziała cisze, a smutek łatwo było dosłyszeć w jej głosie. I jak na złość, miejsca dla zwykłego tłumu nie miały miejsc siedzących. Wszyscy musieli stać. Najbliższe krzesła znajdowały się tylko w loży dla specjalnych gości, a te były pilnowane przez strażników.

Tanga dopadł do swego przeciwnika. I zaczęło się prawdziwe zamieszanie, bo walka przybrała znacznie na dynamice. Wymienili ze sobą nie kilka, a kilkanaście ciosów. Kilka celnych i mocnych ciosów spadło na Zulu. Oberwał w brzuch oraz twarz, ale to go nie powaliło. Jedno z uderzeń rozcięło u tego mężczyzny łuk brwiowy i krew także zaczęła mu lecieć z rozciętej rany. On sam także się nie uchronił przed uderzeniami. Oberwał również w kilka miejsc i chyba jakiś ząb się poluzował. Wyczuł także krew na ustach. Zulu wyprowadził jeden z ciosów, ale okazał się zmyłką i kontruderzenie wyprowadzone przez Tangę nie trafiło w cel. Zulu wyczuł, co zrobi i uchylił się przed ciosem, wyprowadzając uderzenie w jego przeponę. To spowodowało, że natychmiast stracił całe powietrze w płucach i miał wrażenie duszenia się. Zaraz za tym poszło szybkie kopnięcie, które w tym stanie Tange przewróciło. Na twarzy jego przeciwnika pojawiło się zmęczenie. Tłum wokół nich zaczął krzyczeć i wiwatować, bo do tej pory ta walka była dość zażarta.
- Jesteś niezły. Musisz jednak popracować nad techniką. Łatwo twoje ruchu wyczytać, młody wojowniku. - Powiedział Zulu do niego, ścierając krew z twarzy. Uderzenia Tangi były mocne i odczuwał je mocno. Teraz to był już pojedynek na wytrzymałe ciała. Czekał, aż prawie ork się podniesie. Nie atakował leżącego.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

15
POST POSTACI
Lindirion nie zamierzał komentować spojrzenia na świat siostry. Jeśli chciała nadstawiać karku za innych - droga wolna. Jeśli chciała ratować tych, którzy nie potrafili ratować się sami, on nie będzie stawał jej na drodze. Pokiwał głową na znak, że przyjął do wiadomości jej słowa. Nawet jeśli miała rację, to za pięćdziesiąt, góra sto lat Lindirion i tak będzie martwy, o ile nie odkryje sekretu nieśmiertelności.

Elf musiał zastanowić się, gdy Renatia pytała o walory Tangi. Był dobrym ochroniarzem, miłym towarzystwem, ale... niewiele poza tym!

- Niewiele potrafi. To czyni go dobrym uczniem. - Lin odwrócił kota ogonem. Po cóż uczyć kogoś, kto posiadł już wiedzę! Tangę mógł uczyć nawet literek! - Jest wyzwaniem. - Ocenił, patrząc na chłopaka, który padł na glebę.

Jakaś dziwna, nieznana emojca pojawiła się gdzieś na dnie żołądka. Kazała mu podnieść ręce i krzyczeć: walcz, walcz Tango! Na szczęście panował nad sobą na tyle, że zdusił tę niedorzeczność w zarodku. Chrząknął lekko.

- Poznaliśmy się przypadkiem. - Stwierdził ogólnie. Nie mógł przecież przyznać się do przyjmowania jakichś dziwnych zadań w Ujściu. - Podróżujemy z Ujścia. Zostań ze mną, siostro. Po walce Tangi spróbuję przywołać ojca.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Oros”