Budynek Gwardii Miejskiej

16
POST POSTACI
Tanga
Im intensywniejsze i zacieklejsze stawało się starcie, tym goręcej zdawała się płynąć krew w jego żyłach. Otoczenie zacierało się, głosy widowni stawały przytłumione. Tu i teraz był tylko twarde podłoże pod stopami oraz stojąca przed nim osoba były ostre i wyraźne.
Zulu był zaiste twardym przeciwnikiem, co Tandze wyłącznie dodawało animuszu. Nawet wtedy, gdy padł diabelnie niebezpieczny cios, odcinający mu na dobrą chwilę zapas tlenu i zmuszający tym do ślepej walki o oddech, ani przez chwilę nie żałował przyjścia na ten turniej.
Jego pierwsza integracja z ziemią była ciężka, ale mało istotna, ponieważ wbrew czerwonej nie tylko już od rozmazów krwi twarzy, wciąż chciwie łapiąc powietrze pełnymi ustami, w odruchowej wręcz determinacji zaczął się zbierać z powrotem na nogi. Uporczywość była jego największym wrogiem i atutem jednocześnie. Prawdopodobnie kiedyś jeszcze przez nią zginie, jak twierdziła wiele razy jego matka. Nie, żeby go to martwiło.
Wciąż obejmował jednym ramieniem brzuch na wysokości przepony, gdy raz jeszcze, w ten sam, łudząco przypominający psie zachowanie sposób potrząsnął głową, aby pozbyć się oszołomienia. Komplement jednak zdołał wyłapać ze słów Zulu, przez co też mimo wciąż płytkich, chciwie łapanych oddechów, wypiął klatkę piersiową na tyle, na ile pozwalała lekko zgięta pozycja. Wiedział, że wiele mu jeszcze brakowało. Dlatego zresztą pakował się w każdą walkę i każdą rozróbę, w jaką tylko mógł. W jego własnym mniemaniu, czynna praktyka była najlepszym nauczycielem. Choć fakt, że czasami brakowało mu kogoś, kto wytknąłby mu błędy, jakich sam nie potrafił dostrzec.
- Będę... Pracował! - wyrzucił na tyle entuzjastycznie, na ile mógł między powoli regulowanymi oddechami. - Ty też-... Hah... Jesteś silny! To dobra walka!
Proszę! Nie pozostawał dłużny! Niewykluczone, że nieszczęsny Zulu nie będzie mógł się od niego opędzić nawet wówczas, gdy cały turniej dobiegnie już końca. Istniało spore prawdopodobieństwo, że Tanga jeszcze się uprze, żeby pozyskać dodatkowych rad.
Odzyskawszy siłę w nogach i jako tako umiejętność właściwego oddychania, i tym razem nie czekał na kolejne zaproszenie. Był bardzo wytrwały w swoich staraniach, gdy już ku jakimś się skłaniał. A obecnie? Obecnie wciąż bardzo gorąco życzył sobie pokonać przeciwnika! Dlatego właśnie, odrobinę bardziej skoncentrowany na ruchach Zulu, raz trzeci przystąpił do natarcia. Im bardziej byli zmęczeni, tym łatwiej się odsłaniali. Obydwoje, rzecz jasna. Co też nie stanowiło dla niego przeszkody. Zamierzał atakować do upadłego, choć teraz akurat uważał, żeby nie wykonywać nadmiarowych wymachów ani kopnięć, jeśli nie miał do tego czystego pola ani dobrej odległości. Wiedział już, że z Zulu każda drobna luka oznacza kolejną, bolesną nauczę. Facet dostrzegał więcej niż on sam.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

17
POST BARDA
Renatii także częściowo oglądała zmagania walki. Poznała przeciwnika, z jakim mierzy się Tanga. Delikatnie uśmiechnęła się, bo niewiele się zmienił przez tyle lat. Słowa, które jej brat potwierdziły, że wciąż szuka wyzwań, choć informacja, że niewiele potrafi, ją zastanowiły. Skoro to wybrał taką osobę, faktycznie szukał czegoś innego.
- Chcesz stworzyć z niego czarnoksiężnika, władającego orężem? - Zapytała, spoglądając na niego dość wymownie. Tanga faktycznie miał niezłe predyspozycje, by stać się kimś takim, choć czy przypadkiem jego wcześniejsze słowa o niskim ilorazie inteligencji, nie będą przeszkodą? Nie do końca rozumowała zamysł, jaki miał jej brat, biorąc kogoś na ucznia, bo spodziewała się, że po prostu będzie chciał przekazać dalej swoje magiczne osiągnięcia oraz wiedzę.
- Dobrze, ale nie możemy przebywać w karczmie, której się zatrzymaliście. Nie jest to bezpieczne miejsce, a sama nie mam pewności, ile dokładnie obserwatorów na was patrzy. - Wiedziała, że pewne rzeczy po prostu lepiej zrobić z ukrycia. No i po tylu latach, zaciekawiła ja jedna rzecz. Czy jej brat znalazł sobie w końcu kogoś?
- Poznałeś swoją towarzyszkę życia? - Spodziewała się odpowiedzi pozytywnej, bo przeżyć tyle lat bez drugiej istoty było chyba swoistą torturą.

Wrogiem Zulu był oczywiście jego wiek. Przyjął komplement kiwnięciem głowy, pozwalając oczywiście, by Tanga się pozbierał. Choć utrzymywał sprawne ciało, ciężko było mu się mierzyć w walce na wytrzymałość z kimś tak młodym. Nadal bronił się przed nawałnicą ciosów, ale robił to coraz wolniej, a jego kontrataki nie miały tak dużej siły, jak wcześniej. Wciąż udawało mu się go trafiać, ale to już nie zmieniało sytuacji, że tanga zyskiwał przewagę, której jego przeciwnik nie mógł nadrobić. Jedno z jego uderzeń przemknęło przez obronę przeciwnika, który nie zdarzył na czas się odchylić i otrzymał potężny cios w okolice skroni. Siła uderzenia była tak silna, że starszy człowiek momentalnie zakołysał się na nogach i upadł. Tanga znokautował swojego przeciwnika. Od razu wkroczył sędzia.
- Dość! - Rzucił twardym głosem, próbując przerwać walkę, by ocenić, jaki jest stan przeciwnika. Obserwował zachowanie Tangi, ale ten nie próbował się sprzeciwiać. Bardzo szybko ocenił stan Zulu, dotykając jego szyi i sprawdzając, czy oddycha oraz reaguje na jego dotyk. Werdykt mógł być tylko jeden.
- Zwycięża Tanga z klanu Dwachkarr. - Ogłosił głośno, a tłum wiwatował na dość ciekawą walkę. Tanga mógł teraz ocenić swój stan i oprócz złamanego nosa oraz sporej ilości siniaków nie było nic poważnego.
- Proszę się udać do namiotu medycznego celem opatrzenia ran. Niedługo ogłosimy rundę drugą. - Powiedział do niego i dał znak, by przynieśli nosze dla nieprzytomnego przeciwnika.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

18
POST POSTACI
Tanga
Moment, w którym udało mu się posłać Zulu nieprzytomnego na ziemię, był dla niego na tyle dużym zaskoczeniem, że na moment zamarł nawet w całkowitym bezruchu, z pięścią wciąż uniesioną wysoko.
Walka była dobra i zażarta. Dała mu sporo radości i z tego też powodu satysfakcja mieszała się teraz z lekkim rozczarowaniem. Mimo że zwyciężył i tym samym zaskarbił sobie prawo do następnej walki, jakaś część jego osoby, zapewne ta najbardziej dziecinna, chciała domagać się ocucenia mężczyzny i pozwolenia mu na kontynuowanie pojedynku.
Buchając gorącym powietrzem z nozdrzy, niczym nadmiernie pobudzony byczek, Tanga ostatecznie przełknął pokusę i zamiast próbować się spierać, spojrzał w stronę trybun. Oh. Racja. Mieli widownie. Wcześniej dudniąca w uszach krew oraz skupienie, skutecznie wymazały istnienie innych osób w pobliżu.
Uśmiechając się szeroko, uniósł jedną rękę i pomachał do zebranych (chyba nawet wyłapał pewną znajomą twarz?), zanim splunął pod nogi krwią, która wciąż spływała mu z nosa. Nie czuł się na tyle poszkodowany, żeby potrzebować pomocy medycznej, ale i tak całkiem posłusznie udał się we wskazanym mu kierunku. Jasne, był poobijany. I to całkiem nieźle! Z reguły jednak nie uważał za konieczne robienia z tym nic więcej, ponad samoistne wygojenie. Gdy coś już wyjątkowo mu doskwierało, po prostu udawał się w najbliższe miejsca, w których miał szansę na znalezienie odpowiednich ziół, korzonków i tym podobnych. Z jednego zrobiło się śmierdzącą pastę na rany, z innego równie śmierdzącą pastę do zmieszania z wodą i wypicia, etc, etc. Cóż. Im szybciej go obejrzą, tym szybciej pozwolą wrócić na ring, jak sądził.
Po drodze do namiotu, sam zaczął mimo bólu obmacywać uważnie złamany nos, zamierzając wybadać, jak najlepiej będzie go nastawić.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

19
POST POSTACI
Lindirion
Widząc uniesioną dłoń Tangi, Lindirion niemal odruchowo podniósł również swoją. Nie myślał nad tym, co robi. Chłopak pozdrawiał tłum ze swojego miejsca na arenie i elf uznał, iż musi odpowiedzieć podobnym gestem... nie zdając sobie sprawy, co też właściwie robi! Ech, Tanga będzie jego końcem! Przynajmniej wygrał, choć zalał się krwią.

Lindirion chrząknął i opuścił dłoń, jakby to, co właśnie zrobił, było całkowitym przypadkiem. Nie zamierzał tłumaczyć się przed siostrą ze swojej nowonabytej miękkości w stosunku do Tangi.

- Nie będzie czarnoksiężnikiem. - Lindirion był brutanie szczery. - Brak mu ogłady i inteligencji. Chcę nauczyć go czytać. - Dodał, wzdychając w duchu nad dukaniem, które Tanga zaprezentował przy odszyfrowywaniu zawartości ogłoszenia. - Jest bardzo oporny. - Chłopak był niczym więcej, jak wyzwaniem. W długim życiu Lina, brakowało mu takich przyziemnych zadań. - Obawiam się, że nie mamy innego miejsca do zatrzymania, odkąd zamknięto Czarkę. - Pożalił się Lindirion. Siostra musiała pamiętać jego ulubiony lokal, przecież sama czasem towarzyszyła mu w wyprawach na elfie wino. - A towarzyszka? Siostro, nie miałem na to czasu.

Serce zabolało go ponownie, gdy pomyślał o gosposi. Po cóż mu towarzyszka, gdy miał goblinicę na usługach? Gotowała, sprzątała, prała, czesała mu włosy, pomagała przy eksperymentach...! Taka gosposia sprawowała się lepiej, niż partnerka.

Budynek Gwardii Miejskiej

20
POST BARDA
Prawa walki były bezlitosne i Zulu przegrał, więc powinien zostać zabrany. I jakiekolwiek protesty Tangi na nic by się nie zdały. Zulu trafił bardzo szybko pod opiekę medyków, którzy to zgodnie z ich kontraktem mieli upewnić się, że nie umrze. Trwałe kalectwo to już inna bajka. Każdy z osobników miałby po prostu pecha, gdyby oczywiście takie urazy powstały. Chodziło oczywiście o koszta, których to nikt nie chciał ponosić. Brutalne, ale tak działał świat.

- Proszę tego nie ruszać. - Skarcił Tangę jeden z uzdrowicieli, który to nadzorował przenoszenie innych do ich namiotu. Choć chłopak chciał pewnie dobrze, wchodził im w prace.
- Czy ty w ogóle wiesz, czy masz ten nos złamany z naruszeniem mocno kości, czy bez? Jak źle coś zrobisz, stracisz węch albo cały nos, bo wda się cholerna infekcja! Chcesz, by ktoś ci go usunął? Przestań więc się nim bawić, bo sobie pogorszysz stan, a bez niego będziesz wyglądał jak, jak trup i co chwila łapał jakieś choroby! - Rzucił do niego, a czy Tanga miał doświadczenie z radzeniem sobie z nieco wkurzonymi przedstawicieli zawodu, którzy ratowali życie? Jeśli pomimo tego, próbował sobie nastawić, to wyczuwał bardzo dziwne przemieszczenia kości. Tak, jakby chrząstka pęknięta była mocno, a każde dodatkowe naruszenie może pogorszyć stan bez fachowej opieki.

W międzyczasie kończyły się również inne walki. W większości pojedynków jedna osoba pozostawała nieprzytomna, którą trzeba było zabierać. Niedługo jeszcze dojdzie sprzątanie aren i będzie można ogłosić kolejną rundę.

Renati spojrzała na swojego brata, który uniósł rękę, ale nie skomentowała tego. Mogła się już przekonać, że Lindirion nawiązał nici przyjaźni z tym człowiekiem, choć zagadką dla niej pozostawało, jak to się stało. Brat ewidentnie nie zamierzał przekazywać jej więcej szczegółów, niż było to koniecznie. Szanowało to i nie zamierzała ingerować w jego decyzję.
- Czy tylko tego chcesz na nauczyć? - Lekko się zdziwiła, ponieważ to, co uznawała za wyzwanie, dla niej tym nie było. Nauczenie opornych istot faktycznie zajmowało bardzo dużo czasu, aczkolwiek nigdy nie było to zadaniem z cyklu tych niemożliwych.
- Szkoda. - Powiedziała ciszej, kiedy przetrawiła myśl, że Tanga nie będzie czarnoksiężnikiem. Musiała zatem zapytać o coś ważnego, a przyczyna przecież była. Martwiła się o niego.
- Komu zatem chcesz przekazać swoją wiedzę i zdobyte doświadczenia. Chyba że nie pragniesz tego zrobić? - Spojrzała na niego pytająco. Ona miała już swego ucznia, którego uczyła od wielu lat i dzięki temu, tamta istota mogła rozwijać się i powodować, że w sercu Renatii pojawiała się duma.
- Właściciel Czarki zaginął jakieś trzydzieści lat po twoim odejściu. Następnie lokal zmieniał często właścicieli. - Wyjaśniła mu sytuacje, choć miała wrażenie, że czuła ból, dochodzący wprost z jego serca. To miasto już nie było jego domem. Widziała to w jego oczach.
- Możesz zawsze udać się do naszego obozu. Tam jest bezpieczniej dla nas niż w jakikolwiek przybytku w Oros. - Oczywiście luksusy nie były zbyt wielkie, ale starali się zachować jakiekolwiek pozory normalności. Zwłaszcza że dysponowali magią.
- Ja poznałem towarzysza mego serca i mamy razem potomstwo. - Spojrzała na niego, ciekawa, jak zareaguje na te wieści.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

21
POST POSTACI
Lindirion
Lindirion bardzo chciał... usiąść. Jego stare, zesztywniałe kości nie nadawały się do ślęczenia w jednej pozie, tym bardziej, gdy było to stanie. Zaczynały boleć go stopy. Kręgosłup również odzywał się bólem, ale Lin wiedział, że musi być twardy.

Przecież Tanga jeszcze nie wygrał.

- Droga siostro, chciałbym nauczyć go wielu rzeczy. Nie sposób jednak przelać całej butelki wina do jednej niewielkiej czarki. - Mag posłużył się metaforą, która, według niego, ładnie oddawała zadanie, z którym przyszło mu się mierzyć. Tanga był naczyniem obszernym, ale w gruncie rzeczy jego pojemność na wiedzę była znikoma. -Poza tym, to tylko człowiek. Za czterdzieści, pięćdziesiąt lat skończy się jego istnienie. - Dodał. Wolał nie myśleć, że podobnie będzie z nim, bo choć elfia rasa była długowieczna, nie miał pojęcia, ile dane będzie mu przetrwać. Spodziewał się, że zestarzeje się razem z Tangą, o ile wcześniej nie osiągnie swoich celów... którymi nie zamierzał dzielić się z siostrą. - Odkąd opuściłem uniwersytet, nie miałem uczniów. - Sprostował, by w głowie Renatii nie pojawiały się dziwne pomysły i więcej pytań. Nie musiał dzielić się z nią wszystkim. Postanowił porzucić temat Czarki. Nostalgia wylewała się z jego słów, a bardzo, ale to bardzo nie lubił nosić serca na dłoni. - Nie zabawimy długo w Oros. Wyjedziemy po turnieju. - Postanowił Lin. - Oraz po tym, jak spróbuję zlokalizować ojca. Przekaż, proszę, matce moje przeprosiny i pozdrowienia. - Mówił sucho, przestępując z nogi na nogę. Czy czuł nadchodzący skurcz łydki?! - A tobie należą się gratulacje. - Dodał, bo wcale tak nie myślał. Cóż to było, założenie rodziny? Każdy kmiotek to potrafił.

Budynek Gwardii Miejskiej

22
POST POSTACI
Tanga
Docierając do wskazanego mu namiotu, Tanga nie spodziewał się, że z miejsca ktoś spróbuje zaatakować go ponownie. I to słownie, co najgorsze! W pierwszej chwili, mając jeszcze pewnego rodzaju wątpliwości, rozejrzał się dookoła dla pewności, a nawet wskazał na samego siebie, spoglądając na obcego mężczyznę z dezorientacją. Był to niestety dopiero początek, jak się szybko okazało, ponieważ fala mądralińskiego trajkotania jeszcze miała nadejść. Przynajmniej używane słowa nie były zbyt trudne i nawet łatwo do niego dochodziły.
- Nigdy wcześniej nie trzeba było go usuwać... Nikt nie mówił o żadnym usuwaniu - burknął, ale faktycznie wyczuwając pod palcami coś niecodziennego, odsunął dłonie i zaczął wycierać krew o spodnie z naburmuszonym wyrazem.
- To jak nastawić, jak nie można ruszać? - dopytywał się, łypiąc na medyka niepocieszony.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

23
POST BARDA
Renatii spoglądała na brata i miała wrażenie, że go nie poznawała. Oczywiście wiedziała, że jej brat się zmienił, ale żeby aż tak? Brzmiało to tak, jakby opiekował się dzieckiem. Co prawda dużym i umiejącym nadal sobie poradzić w życiu, aczkolwiek jednak mentalność była na dość zbliżonym poziomie. Potrzebowała dłuższej chwili, by to przetrawić, choć w głębi duszy pojawił się wesoły ognik.
- Brzmi to tak, jakbyś stał się ojcem dla tego człowieka. - Zażartowała, choć miała podejrzenia, że Lindirion niekoniecznie był tego świadomy. Brzmiało to faktycznie jak wychowywanie kogoś, kto ma dołączyć do cywilizacji. Co będzie po nauczeniu czytania i pisania? Jak się poprawnie zachowywać? Dość społeczne zasady, które teoretycznie każdy żyjący w mieście będzie musiał umieć, o ile chce uniknąć zwracania na siebie uwagi.
- Przekaże, choć będzie smutna, że cię nie zobaczy. Być może to ostatni raz, kiedy będzie miała okazje. - Odpowiedziała, stwierdzając zwyczajny fakt. Nie będzie go namawiać do zobaczenia matki, jeśli nie ma na to ochoty. Serce usychające z tęsknoty mogło pokonać najsilniejszych wojowników, którzy chodzili. Nie sposób stwierdzić.
- Jakbyś zmienił zdanie, to znajdujemy się tutaj. - I zdradziła mu drogę do ich obozu, jakby jednak zamierzał tam przybyć.
- Postoje tu trochę z tobą do zakończenia turnieju. - Dodała po chwili, bo także chciała trochę nacieszyć się z obecności brata.
Ciało elfa coraz gorzej znosiło tak długie stanie. Nie mógł co prawda znaleźć miejsca siedzącego, ale o wiele łatwiej byłoby się oprzeć o mur i pozwolić odpocząć trochę ciału. To jedyne, co mógł zrobić w tej chwili.

- Trzeba zajrzeć do środka i zobaczyć, co tam się stało. I tak pewnie niejeden raz oberwiesz, więc musimy zabezpieczyć jakoś przed większymi szkodami. -
Odpowiedział mu i wskazał mu drogę do namiotu medyka. Tam miał zostać opatrzony. Z jego nosa wyciągali coś, co przypominało mieszankę ropy, smarków krwi i czegoś jeszcze. To nie było przyjemne uczucie, a potem całkiem boleśnie prostowali mu nos. Dowiedział się przy okazji, że miał złamanie z przemieszczeniem i robił się ropniak. Na końcu użyto na nim magii, by wyleczyć nos. Dzięki temu mógł się zrosnąć prawidłowo. To tak naprawdę była drobna rana, a nos składał się z chrząstek, więc nie mieli z tym problemu. Po dłuższej chwili jego nos wyglądał tak, jak przed uderzeniem i go wypuścili.

Minęło trochę czasu, nim ogłoszono kolejną rundę walk. Tym razem Tanga zmierzy się z niejaką Neheratia Ovellia na arenie numer trzy. To drobna kobieta, mierząca zaledwie niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu i drobnej budowy ciała. Wyglądała, jak dziecko w porównaniu do Tangi, aczkolwiek udało jej się wygrać poprzednią walkę i nie miała nawet śladów, że oberwała.

- O jaki tygrysek mi się teraz przytrafił. Masz tak ostre pazurki, czy stępione? -
Zaśmiała się i posłała mu buziaka, nie zamierzając się zbliżać do niego i się z nim przywitać. Oczywiście widziała jego twarz i kolejny raz zakpiła z niego.
- Biednie dziecko dopiero wypuścili z domu. Powiedz, robisz w pieluchy, czy sam sobie tyłek podcierasz? - Uśmiechnęła się wrednie w jego kierunku. To chyba pierwszy raz od dłuższego czasu, kiedyś ktoś komentował jego dziecięcą twarz w ten sposób. Kobieta absolutnie nie miała do niego szacunku. I wtedy tez rozległ się głos komentatora, który rozpoczął walki.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Budynek Gwardii Miejskiej

24
POST POSTACI
Lindirion
Lindirion starzał się. Sam zdawał sobie z tego sprawę, wiedział, że zostało mu mniej, niż więcej czasu, nim uda się do bogów, nim Sulon być może ześle na niego swoją łaskę i pozwoli odejść. Kiedyś myślał o założeniu rodziny, o znalezieniu partnerki i wychowaniu potomstwa, tak, jak robili to jego przodkowie. Teraz jednak miał wrażenie, że jego linia kończy się wraz z nim.

Bo żeby tak Tangę? Za syna? Lin przymknął powieki i westchnął, rozczarowany samą myślą.

- Jestem przekonany, że Tanga ma ojca i nie jestem nim ja. - Mruknął. Łydki naprawdę go bolały. Rozejrzał się za wolnym miejscem. A może ktoś mógłby mu ustąpić? Starszym i mądrzejszym przecież należało ustępować. Mur nie wystarczył, poza tym, był zimny. - Nie bądź niedorzeczna, siostro.

Sprawa matki była bardziej zajmująca, bo... bo przecież to matka. Musiała być już jak zwiędły liść, który tylko czeka, by opaść. Nikt jednak nie brał pod uwagę uczuć Lindiriona. Czy Mistrz chciał ją widzieć? Czy był na to gotowy? Czy widok jej twarzy nie przywoła wspomnień, które będą bolesne, które będą przeszkadzać w ich podróży do Fenistei?

- Pozwól mi się zastanowić. - Powiedział w końcu, choć najbardziej chciał zobaczyć obóz, jaki im wybudowano. Dumna rodzina Aldario żyjąca w obozie. Czyż nie była to prawdziwa tragedia? - Poszedłbym z tobą teraz, ale nie chcę... - Zawahał się. Czego właściwie nie chciał? Zawieść Tangi?! - Przegapić walk. Nie chcę przegapić walk. - Zakończył koślawo.

Budynek Gwardii Miejskiej

25
POST POSTACI
Tanga
Tanga zrobił powątpiewającą minę na słowa medyka, bo jak zobaczyć coś w nosie, gdy dziurki w nim takie małe? Chcąc jednak wrócić jak najszybciej na udeptaną ziemię, wzruszył jeno ramionami i udał tam, gdzie też przez chwilę faktycznie składano mu kinol w możliwie jak najmniej przyjemne sposoby. Nie można się więc dziwić, że niemal morderczym wzrokiem potraktował na koniec wszystkich, którzy w tym przedsięwzięciu uczestniczyli. Miał wrażenie, że raczej nieśmiesznie z niego zażartowano, bo niby skąd i gdzie tyle rzeczy w nosie miałby uchować?
Wracając na ring z niezadowoloną, nadąsaną wręcz miną, był bardziej niż gotowy na sprawnie kolejnego śmiałka. Czy może raczej "śmiałki", w tym wypadki? Kwestia płci co prawda nie miała dla niego zbyt wielkiego znaczenia, ale bicie dużo mniejszych od siebie wydawało się za każdym razem tak samo rozczarowujące.
Będąc niczym ta otwarta księga, nie dało się nie zauważyć, jak wcześniejsza irytacja przemienia się w wyraz zbliżony do iście głębokiego zawodu. Nie dotknęła go nawet nadmiernie żadna z posłanych w jego kierunku kpin. Głownie dlatego, że dopiero pod koniec tej drugiej połapał się, że jego przeciwniczka usiłuje go obrazić. ...Chyba?
- Ty... Nabijasz się ze mnie? - zapytał dla pewności, marszcząc brwi w koncentracji. - Wyglądasz na słabą - walnął na dokładkę prosto z mostu, nie tyle aby się jej odciąć, co uzewnętrznić swoje obawy.
Nawet jeśli drobni przeciwnicy potrafili wiele nadrabiać szybkością, zwinnością lub dziwnymi technikami, wystarczyło z reguły chwycić takiego i dostatecznie mocno ścisnąć, a kości same pękały.
Tym razem Tanga zaczął podchodzić do swojej przeciwniczki niezbyt spiesznie. Kierowany doświadczeniem, nie liczył na jakąkolwiek, mogącą satysfakcjonować wymianę ciosów. W tym wypadku potrzebował jedynie momentu, w którym zdoła pochwycić którąkolwiek część ciała kobiety. Może i był duży, ale mimo całej masy wcale nie należał do wolnych.
Foighidneach

Budynek Gwardii Miejskiej

26
POST BARDA
Elf nie mógł liczyć na specjalne traktowania. Gwardia nie pomyślała o miejscach siedzących dla plebsu, dlatego musiał się męczyć na stojąco. Był jednak czarodziejem, więc może byłby w stanie coś sam wymyślić? Oczywiście pod czujnym okiem gwardii niekoniecznie musiało być tak łatwe, aczkolwiek żył tak długo, że pomysłowości wynikającej z doświadczenia nie brakowało mu.
- Niedorzecznie, czy też nie, popatrz, jak go traktujesz. Jak ważny dla ciebie jest? To nie jest zwyczajne przywiązanie. - Zauważyła. Słyszała przecież, że nie potrafił go na początku nazwać. Sługa, czy Uczeń. Wyzwanie, a potem nauka. Coś tu jej jeszcze brakowało. Wychowywała dzieci od dawna i potrafiła poznać pewne rzeczy. To była zwyczajna opieka. Tylko, czy jej brat był tego świadomy?
- Rozumiem. Robisz to dla niego. - I to był kolejny argument, potwierdzający jej teorie. Stawiał on dobro jednego człowieka, którego niby poznał nie tak dawno, według elfiej rachuby i przekładał tego mężczyznę ponad więzy krwi. Nie słyszał w jej głosie złości, czy smutku. Kolejny był to melodyjny dom, w którym nie było negatywnych emocji.

Kobieta zaśmiała się i nie pozwoliła zbliżyć się Tandze do niej. Zaczęła go obchodzić, utrzymując między nimi odległość pozwalającej jej ana reakcję. Jej postawa była rozluźniona, jakby szła na spacer do parku, a nie walczyła z wielkim i silnym przeciwnikiem. Fakt, że jej kpiny praktycznie odbiły się od gruboskórnego przeciwnika, jedynie ją rozbawił. I miała ku temu całkiem niezły powód. Dodatkowo jego zaczepka o tym, że jest słaba, nie miała prawa zadziałać. Siła przecież nie musiała być widoczna na pierwszy rzut oka.
- I do tego niezwykle inteligenty. - Zaśmiała się, bo to, co robił Tanga, niczym się nie różniło od jej poprzednich walk. Każdy sądził, że ma przewagę, wynikają z silnie umięśnionej sylwetki. Lubiła patrzeć, jak faceci, którzy z nią walczyli, byli zaskoczeni tym, że ona z taką łatwością ich pokonywała.
- Powiedz, wychowywałeś się pośród Trolli? Nie umiem sobie wyobrazić, by ktoś taki jak ty, nie był tchórzem. Pewnie chowasz się za lepszymi od siebie? - Nadal go prowokowała. Miała ku temu oczywiście swoje powody, dla których czyniła tak, a nie inaczej. Inaczej niż Zulu ta dziewczyna się zachowywała. Wyglądało, że nie chce iść na bezpośrednią wymianę ciosów z nim.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4
ODPOWIEDZ

Wróć do „Oros”