Litvaria

31
POST POSTACI: ILLYSSANDRA
Lys spojrzała na chłopaka ze współczuciem, chociaż w jej głowie wciąż kotłowało się od wszelakich myśli. Cały czas myślała nad tym co z nim począć i nie potrafiła się zdecydować, z jednej strony to nie jest jej problem, że ojciec dzieciaka zniknął, ale z drugiej dobrze wiedziała, że chłopak nie poradzi sobie samemu. Jego reakcja bardzo ją zasmuciła, nie chciała go przecież przestraszyć ani zrobić mu krzywdy, a on zachował się tak jakby była jakimś potworem. Nie wie czemu myślała, że jest inny niż reszta ludzi, ale najwidoczniej się myliła. Po chwili jednak podeszła i wyciągnęła do niego dłoń.

Przepraszam, pomogę ci wstać. — wyszeptała — Nie chciałam cię przestraszyć, nie miałam takiego zamiaru, czasami po prostu zapominam, że ludzie to tylko ludzie i oczekuję od nich chociaż odrobiny zrozumienia. — powiedziała ze smutkiem w głosie, a w jej oczach zalśniły łzy, jednak szybko je wytarła dłonią.

Chłopiec wziął ją za rękę i pomału wstał. Jego twarz była biała niczym kreda i wciąż się trząsł. Spojrzał na nią w milczeniu.

Chcę ci tylko pomóc. — szepnęła. — Widzę, że się boisz ale naprawdę nie zrobię ci krzywdy. Nigdy bym tego nie zrobiła. — zrobiła kilka kroków z powrotem w stronę lasu, ale chłopiec wciąż pozostał przy drzewie. — Jeśli chcesz to chodź, przejdziemy się trochę. Nie ugryzę cię, obiecuję. — powiedziała z nikłym uśmiechem na ustach, próbując go nieco uspokoić.
Ostatnio zmieniony 05 cze 2021, 13:04 przez Illysandra, łącznie zmieniany 1 raz.

Litvaria

32
Wysunięty spode rękawa nadgarstek przyozdabiała skóra niby jaszczurza. Powstający młodzieniec nie zauważył licznych tarczek, lecz z pewnością je wyczuł, o czym mogło świadczyć rychłe zmarszczenie czoła zwieńczone wycofaniem ręki. Zlękniony, przerażony, oddychając głośno i zarazem ciężko, cofnął ponownie kroku. Zapragnął czym prędzej odzyskać dawny dystans od nieznajomej, gdy ta tłumaczyła się krótko, węzłowato.

Czym ty jesteś? — zająkał ledwie, nerwowo rozglądając się dookoła. Wiedział, że nie ma już do czynienia wyłącznie z magicznie uzdolnioną kobietą. Ona była czymś więcej, lecz wciąż nie pojmował jej istoty. W czasach demonów i potworów, którymi wyznawcy Zakonu Sakira straszą prostych mieszkańców wiosek oraz miast, niemal każde odstępstwo było odbierane z przerażeniem. A gdy człowiek się boi, wtedy robi straszne rzeczy.

Illysandra winna mieć z tyłu głowy, że w niejakiej Litvarii mózgi mącą zakonne siostry i ludność tu obawiać się może wszelkiej maści odstępców. Jeśliś tak wydano by ją lub odkryto, wtenczas jakiś zakonnik na konia wsiędzie i szable weźmie, kiedy bić się z diabelstwem będzie.
Spoiler:
.
.
Obrazek

.
.
.

Litvaria

33
POST POSTACI: ILLYSSANDRA
Lys zmarszczyła na chwilę brwi, nie dlatego, że była zła na chłopca, bardziej na tych, którzy wpoili mu strach przed wszystkim co obce, a zwłaszcza przed takimi jak ona. Zdawało jej się, że chłopak jest jeszcze zbyt młody albo zbyt nierozgarnięty by zrozumieć, kim ona jest i odróżnić rzeczywistość od bajek przekazywanych przez ignorancki zakon.

Jestem diabelstwem, mieszańcem, wiesz co to znaczy? Pewnie nie.. — powiedziała spokojnie, rozprostowując ramiona. — Nie jestem potworem ani demonem, czy jak tam nas przedstawia zakon. Gdybym chciała mogłabym zrobić ci krzywdę, ale tego nie zrobiłam, nie wszyscy tacy jak ja są źli, wielu z nas jest zagubionych, nie wiedzą co ze sobą począć, zupełnie jak ty, jesteśmy porzuceni, wyklęci. — mówiła spokojnie, melancholijnym tonem — Możesz mi zaufać ale najpierw musisz mi uwierzyć, że nie stanowię zagrożenia, dobrze? Z resztą, gdybym była niebezpieczna to Ania nie pozwolilaby ci tu przyjść samemu, prawda? — zapytała przekornie.

Chłopiec widocznie się wahał, z wyrazu jego twarzy Lys odczytała, że oto nadeszła chwila prawdy. Nie miało większego znaczenia dla niej czy uwierzy w jej słowa czy też nie. Ważniejsze dla niej bylo to, by nie uciekł i nie zaalarmował nikogo w wiosce o diabelstwie czającym się pośród drzew. W razie potrzeby mogłaby uciszyć dzieciaka na zawsze ale wolała tego uniknąć jeżeli byłaby taka możliwość.

A więc? — pytała dalej — Wierzysz mi? Chcę tylko pomóc...

Wydawało się, że chłopak jeszcze bardziej obawiał się zakonnic niż jej samej, chociaż patrzył wszędzie dookoła jakby chciał za wszelka cenę uniknąć jej wzroku, jakby samo jej spojrzenie mogło przewiercić go na wskroś i wypaczyć jego duszę.
Ostatnio zmieniony 05 cze 2021, 13:05 przez Illysandra, łącznie zmieniany 1 raz.

Litvaria

34
Serce łomotało mu w piersi, krew szumiała w skroniach, ręce trzęsły się odrobinę. Opanowywał je, zaciskając pięści. Uspokajał się za pomocą wolnych wdechów i wydechów. Rozluźniał też ramiona i poruszał zesztywniałym ze zdenerwowania karkiem, podczas gdy - jak się wszakże okazało - diabelstwo plotło słodką sieć ze słów. Ale nic nie wskazywało na to, że zagubiony obdartus wpadnie w tę konstrukcję. Dopiero argument o Ani wywołał na twarzy chłopca swego rodzaju zmianę. Źrenice minimalnie zmniejszyły się, nerwowo spięta skóra przy żuchwie puściła, Conor odzyskiwał pierwotną dziecięcą fasadę.

Ch-chy-chyba masz rację — odparł z zawahaniem, jakby mówił nie do drugiego człowieka, lecz śpiącej kobry.

Wezbrał się silny wiatr, szumiały poruszane przezeń liście brzóz.

Ale —kolejne zdanie rozpoczął dosadnie i pewnie, zupełnie jakby cały dotychczasowy stres zniknął za dotknięciem czarodziejskiej różdżki — nie możesz tak wejść do Litvarii. Zauważą cię, Illysandro. Czy możesz coś zrobić ze swoim wyglądem? — pytanie zadał speszony, niewyraźnie i cichutko, nawet nie podnosząc łba, porośniętego włosiem czarnym, a także tłustym.

W oczach podrostka przestała być potworem. Bo jakiż potwór wręcza biednemu ostatnie miedziaki? Który z tych legendarnych demonów, o jakich śpiewają trwożne litanie zakonnicy, oferuję opiekę opuszczonemu dziecku? Illysandra okazała się przeciwieństwem wpajanego mieszkańcom wioski portretu odstępcy.

Wstęp do Litvarii był na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło ino zaradzić swej nieszablonowej fizjonomii.

Spoiler:
.
.
Obrazek

.
.
.

Litvaria

35
POST POSTACI: ILLYSSANDRA
Może mogłabym coś temu zaradzić, jednak nie mogę obiecać, że się uda — powiedziała niepewnie — Moje moce nie są zbyt potężne, w dodatku możliwe, że zostały osłabione przez Zaćmienie, ale spróbuję...

Lys przymknęła oczy i zaczęła się koncentrować nad strukturą zaklęcia. Było to łatwiejsze niż się spodziewała, widocznie Zaćmienie nie wpłynęło na nią aż tak bardzo, jak myślała. Po chwili zaczęła mruczeć inkantancję, jednocześnie gestykulując rękoma podążając za przepływem powietrza, z każdym jej słowem powietrze drgało coraz mocniej i mocniej, przekształcając się pomału w iluzję.

Procidat deceptionem mutata me in virum nunc ne postea atque custodiat hac forma quia aliter ledo me damnare. — Lys wypowiadała kolejne słowa inkantacji dokładnie, uważając by nie pomylić ani słowa.

Nagle profil młodej kobiety zaczął się zamazywać i jakby zapadać się sam w sobie, stając się nie do odróżnienia od otaczającego ją powietrza, które wkrótce przybrało szarawy kolor. Zdawałoby się, że przemieniła się w posąg z dymu. Dziewczyna z satysfakcją patrzyła na swoją przemianę ale to był zaledwie początek, z każdym cyklem zaklęcia, z każdą wymówioną frazą inkantancji, postać z dymu stawała się jakby gęstsza i gęstsza aż w końcu przybrała stałą formę.
Ostatnio zmieniony 05 cze 2021, 13:05 przez Illysandra, łącznie zmieniany 1 raz.

Litvaria

36
POST BARDA
Szary pył, który dotąd obmywał jakoby ciało Illysandry, po jakimś czasie począł zwalniać. Cząstki płynęły wolniej, a z każdym kolejnym obrotem dookoła kobiety było ich mniej. Szara chmura traciła na intensywności, aż w końcu rozproszyły ją przedzierające się przez korony drzew promienie słońca. Szarobury pył falował nad ziemią niczym woda na spokojnym morzu. I wtem wielkie oczy obdartusa zabłysły nagle jak podświetlone przez błyskawicę rubiny. Dziwna miodowa obwódka tychże brązowych ślepi dodawała jego aurze uroku.

Jak ty to zrobiłaś? — żuchwa opadła mu tak nisko ze zdziwienia, że gdyby przelatywało tędy stado much, z pewnością połknąłby kilka z nich.

Chwilę mu zajęło, nim otrząsnął się z osłupienia.

Teraz możemy udać się do mojej chatki. Jest na obrzeżach wioski, nie będziemy musieli jej całej przechodzić — odparł pełen przekonania, co do swego pomysłu.

Za zaklętą urokiem zieleni ziemią usłyszała gwizd. Groźny, szeleszczący, huczący jak sztormowa fala, jak pomruk zbliżającej się burzy. Był to odgłos falującego pejcza na rumaka. Zwierzak grzmiał mocnym i gromkim, nade wszystko dziwnie ponurym, rżeniem. Kobieta przez moment zastanawiała się, co jest przyczyną owego zamieszania za pagórkiem. Podążała za chłopcem, odwróciła głowę, jej pełnym oczu blaskom zamanifestował się obraz tłuczonego zwierzaka, które z braku sił postanowiło zaprzestać służby u grubej gospodyni. Kobieta z palcatem w dłoni nie dawała za wygraną. Ciętym słowem i czynem próbowała zaktywizować konia, aż całą uwagę miast wierzchowiec skupił nadchodzący w towarzystwie nieznajomej Conor.

Patrzajta no! — ryknęła doniośle, podpierając ulane boki. — Nową mamuśkę sobie znalazłeś, obdartusie? Oby nie zniknęła jak ten twój stary, pożal się Sakir, miłośnik tanich szczyn. Kto to jest? Po co ją tu prowadzisz? — dopytywała zgryźliwie.

Uroki plebejskiej gościnności.

Nie wpychaj wielkiego nochala w nieswoje sprawy, Grażyna — skonstatował z przekąsem młodzieniec. Z Illysandrą u boku czuł się pewnie, o czym mogło świadczyć przerysowane bujanie na boki wraz z uniesionymi wyżej rękoma, jakoby targał arbuzy pod pachami.

Osz ty, skurwisynu! — rozgniewana Grażyna sięgnęła za bat. Rychło podciągnęła spódnicę z łatami, próbując przeskoczyć swój niski i jakże leciwy płot dookoła ogródka. Zrządzeniem losu zahaczyła prującym się ciżemkiem o ostrą krawędź pala i rąbnęła z impetem na ledwie wyrośnięte tulipany przed domem. Jej tłuste cielsko zgniotło zieleń pod sobą i nawet Kariila nie zdołałaby uratować tychże siewek.

Conor parsknął radośnie, gdy Grażyna ociężale próbowała powstać. Zerwała czepek z głowy. Była czerwona niczym rozgrzany piec. Na twarz gotowała się iście diabelska złość. Ale chłopiec wciąż stał, napawając się klęską znienawidzonej sąsiadki, mimo że jego prymitywna chatka była już niedaleko.
.
.
Obrazek

.
.
.

Litvaria

37
POST POSTACI: ILLYSSANDRA
Illyssandra błyskawicznie pojawiła się przy kobiecinie, podrywając ją na równe nogi oraz odtrącając bat. Zbliżyła swoją twarz do jej ucha, tak by Conor nie usłyszał jej słów.

Jeszcze raz się do niego tak odezwiesz a utnę ci ten twój parszywy język i zmienię resztę twojego marnego życia w piekło. A jeśli komuś o tym rozpowiesz to spotka cię coś jeszcze gorszego. — syknęła pogardliwie przez zęby — I lepiej módl się do swoich bogów, żebyś sama czasem nie zniknęła, nie żeby ktoś miał zapłakać za kimś takim jak ty. — dodała z wrednym uśmieszkiem na ustach.

Wieśniaczka była tak rozwścieczona, że jej skóra przybrała wściekle czerwoną barwę. To podobnie jak jej owalna, pyzata, pospolita twarz przypominało dorodne pomidory, które pielęgnowała w swoim ogrodzie, jej twarz i szyja pokryły się licznymi żyłkami.

Na jej twarzy malowała się wściekłość przechodząca w zaskoczenie, aż w końcu w strach gdy Lys wbiła w nią swoje spojrzenie, przypominające bezdenną czeluść z której nie ma żadnej ucieczki, czeluść pozbawioną jakiejkolwiek życzliwości czy człowieczeństwa. Po krótkiej chwili, która dla wieśniaczki zdawała sie być wiecznością, czarnowłosa dziewczyna puściła ją, cały czas przyglądając się jej z nienawiścią i pogardą. W końcu Lys odwróciła się do chłopaka, jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.

Ta kobieta już nie będzie nam się naprzykrzać jeśli wie co dla niej dobre. — powiedziała lakonicznie. — Chodźmy, Conor.

Litvaria

38
POST BARDA

Zlękniona wieśniaczka ledwie przełknęła ślinę, gdy wytrącony z dłoni bat zawirował w powietrzu. Tylko szelest przybocznych krzewów dawał jednoznaczne informację, gdzie ów przyrząd wylądował. Nie było szansy na ripostę, ni odwet. Nie teraz, kiedy Lys kontrolowała obitą po upadku kobietę. Tej pozostało przyjąć karę jaka jest. Niemo, bowiem żadne słowa nie mogły przecisnąć się przez splątaną nerwami gardziel. Cóż to był za finezyjny ruch ze strony diabelstwa. Przygoniła bezbronnej prostaczce, nadto strasząc ją za wypowiedziane pierwej słowa. Obrót na pięcie, tył zwrot. Zdawało się, że nic nie może dosięgnąć Illysandry. Wróg rozbrojony, obdartus uratowany. I już kroczyła w jego kierunku, już chciała zapewnić chłopca o jego bezpieczeństwie, gdy z nagła poczuła, jak coś mocno wplątuje się w jej kruczoczarne włosy. Niczym diabelskie sidła ogarnia całe kępo kłaków. Były to ułamki sekund. Tak ulotne i tak nierealne, że sama Lys nie mogła pojąć, w jakiej sytuacji właściwie się znalazła. I wtem poczuła na szyi oddech zdyszanej Grażyny. Rosła kobita capnęła Illysandrę za kłaki, a potem miotnęła nią o grunt, niczym drewnianą lalką. Łomot był tak srogi, że w oczach zrobiło się ciemno, a w uszach zahukało. Lys czuła odbite na plecach nerki, skatowane przez nadrożne kamulce, o które przyszło zahaczyć lędźwiami.

Spoiler:
Kiedy otworzyła szeroko swoje wielkie i dzikie oczęta, spostrzegła, że Grażyna pręży się nad nią z podciągniętymi rękawami. Coś błysnęło. Światło odbiło się od srebrnego zęba prostaczki. Na niedomiar złego po policzku rozbrojonej dziewczyny ściekała szarozielona flegma. Prezent od Grażyny wycierającej ów czas usta po splunięciu.

Ty wywłoko! Podnieś na mnie jeszcze raz te plebejskie łapska, to jak cię pizdnę w ten głupi łeb! — groziła, gestykulując ponad głowę.
Spoiler:
.
.
Obrazek

.
.
.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Południowa prowincja”

cron