Lasy na północ od Grenefod

16
Mag oglądał się na Neshkalę, oddalając od jej oboziku. Wyglądało na to, że bardzo chciał jej pomóc, ale nie mógł zmusić jej do niczego, czego sama nie chciała zrobić. Pozostało mu mieć nadzieję, że dziewczyna poradzi sobie w nocy, w dziczy, bez pomocy niespodziewanego sprzymierzeńca.

Kamienny ptaszek nie został podniesiony przez maga, który odszedł już na znaczną odległość, w towarzystwie swojego kota. Gdy czarodziej dotarł do nieruchomej sylwetki, jego ognik oświetlił, jak się okazało, posąg. Zirte, poklepawszy nieruchomą statuę po ramieniu jak starego przyjaciela, oddalił się pospiesznie w sobie tylko znanym kierunku. Wkrótce w ciemności zniknęła jego postać, jak również blask niebieskiego płomienia. Kroki ucichły, pozostawiając nieprzebraną, nienaturalną ciszę.

***

Las pozostał cichy i spokojny do czasu, aż słońce całkowicie nie zaszło za horyzont. Noc była bezgwiezdna, światło księżyca starało się przebić przez barierę chmur, stawało się jednak tylko rozmazaną jaśniejszą plamą na nieboskłonie. Mrok rozganiał wyłącznie ciepły blask ogniska.

Choć nic nie wskazywało na to, że w ciemności może czaić się zło, przed którym ostrzegał Zirte, Neshkala mogła czuć nieprzyjemny dreszcz złych przeczuć, który stawiał włoski na karku i nie pozwalał zmrużyć oczu w prowizorycznym schronieniu.

Nagle, z nagłością wody, która pokonała tamę, całun ciszy został podniesiony. Las rozbrzmiał mnogością ptasich treli, głosów zwierząt i dźwięków, które wydawały się mieć źródło w ludzkich gardłach. Gałęzie i śnieg zatrzeszczały pod niezliczoną ilością stóp i kopyt. Neshkala nie zdążyła nawet opuścić schronienia, jak pod dach z gałęzi wpadł wróbel, łudząco podobny do tego, którego figurkę wcześniej porzuciła w śniegu.

Ptak, choć z natury powinien być płochliwy, rzucił się na kobietę, dziobiąc zajadle!

Lasy na północ od Grenefod

17
Sen nie przychodził, chociaż bardzo tego chciała. Posłanie było wygodne, płomień ogniska wystarczająco duży, żeby ogrzać, niczym nieokiełznana cisza i mrok napawały spokojem, wręcz zachęcając, by w końcu przekroczyć bramę rzeczywistości i niespotykanych cudów, i dziwów świata sennego. Dlaczego więc kobiecie wychowanej w dziczy i przez dzicz taką trudność sprawiało zrelaksowanie się? Coś wisiało w powietrzu. Jakaś dotąd niewyjaśniona i wroga aura rozchodziła się niczym trujące wyziewy bagienne, powodując, że kości i mięśnie Neshkali nie mogły zaznać wytęsknionej wygody, ino cały czas utrzymywały się w stanie naprężenia, jakby przeczuwając, iż zaraz do czegoś dojdzie.

To naprężenie, Nes próbowała zniwelować poprzez serię krótkich ćwiczeń. Wpierw siadła na czworakach i papugując ruchy kota, wyprężyła się raz i drugi, a następnie powtarzając czynność w drugą stronę. Mało co ten zabieg pomógł. Dając sobie wreszcie spokój z gimnastyką, ponownie ułożyła się na pachnącym żywicą i lasem posłaniu.

Wtem nagłe dudnienie ziemi sprawiło, że dzika wojowniczka odzyskała wszystkie siły.

- Duchy ziemi gniewać
- pomyślała raptownie.

Jeszcze nie wiedząc, na co się tak właściwie zanosi, zamierzała czym prędzej oddalić się od obecnego miejsca i przeczekać, aż wszystko wróci do normy.
W tym samym jednak czasie nastąpił atak z powietrza. Mały, aczkolwiek zadziorny ptaszek o błękitnym upierzeniu dziobał niemiłosiernie, wprawiając cel swego ataku w stan lekkiego zmieszania. Dochodzące z oddali tętnienie kopyt, śpiew wielu głosów i nieustanny atak wróbla sprawiły, że dzika zapomniała na moment o zdroworozsądkowym podejściu do sprawy, dając się tym samym pokierować pierwotnym instynktom.

Zdjąwszy z siebie płaszcz, próbowała pochwycić w niego małego agresora, nim jej ciało miało zostać pokryte w całości śladami po ostrym dzióbku.

Pogrążona w amoku dziewczyna chwyciła jedną ręką za włócznię, drugą wciąż odganiając natręta. Skacząc to tu, to tam wokół ogniska i co rusz zasypując go kolejnymi partiami śniegu, sprawiła, że płomień wygasł i tylko migoczące gwiazdy na niebie dawały jako taką poświatę, by móc ominąć wystający z ziemi konar lub przysypany białym puchem ciemny kamień. Nie mając ani ochoty, ani nawet sił na dłuższą batalię, w biegu przełożyła torebkę przez ramię, ponownie zapięła płaszcz na szyi i machając włócznią we wszystkich możliwych kierunkach, pognała na łeb na szyję w pierwszą lepszą stronę, z nadzieją, że wróbel odpuści, a przerażające odgłosy całej masy ludzi ucichną.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

18
Las wciąż był ciemny i nieprzyjazny, jak tuż przed świtem, ale z pewnością nie cichy. Mnogość głosów łączyła się w kakofonię, z której trudno było wyłapać pojedyncze odgłosy zwierząt lub ludzi. Okolica była zupełnym przeciwienstwem tego, co działo się za dnia.

Wróbel nie działał tak, jak przykazała mu natura, za to atakował, jakby od tego zależało jego nędzne życie. Jego drobne pazurki i malutki dziobek nie mogły zrobić większej krzywdy, jednak już po paru uderzeniach Neshkala mogła poczuć krople krwi spływające z uszkodzonych skroni i czoła, gdzie dziób uszkodził skórę. Płaszcz powstrzymał stworzonko. Wróbel zaplątał się w materiał, a ciężar przygniótł go, nie pozwalając na powrót poderwać się do lotu. Zagrożenie ze strony istotki zostało na moment zażegnane, jednak tętent dziesiątek kopyt i skrzypienie śniegu pod stopami i łapami sprawiło, że Neshkala wybrała jednyną słuszną opcję - ucieczkę.

Las był ciemny, a światło gwiazd, na które liczyła łowczyni, nieobecne. Neshkala była jednak na tyle doświadczona, że nawet szaleńczy bieg przez ośnieżony las nie sprawił jej problemów. Choć jej stopy zahaczały o ukryte konary, wrodzona zwinność nie pozwoliła zatrzymać się nawet na chwilę. Wkrótce Neshkala nie była jedyną, która biegła. Wydawało się, jakby tuż za nią podążało całe stado, a ziemia dudniła od dźwięku setek stóp.

Kobieta dotarła do otwartej przestrzeni. Tam, gdzie nie było drzew, z ziemi wyrastały pokryte suchymi pnączami ruiny.
Spoiler:
Pozostałości po pałacu mogły być dobrym miejscem schronienia przed pościgiem. Blade, niebieskawe światło dochodzące z wnętrza, ledwie przebijające się przez granicę starożytnych murów, dawało pewną iluzję bezpieczeństwa. Neshkala nie opadała z sił, ale kiedy osiągnęła resztki schodów zamku, znalazła chwilę, by zerknąć za siebie. Jakby powstrzymane magiczną barierą rozciągającą się tuż przy krawędzi ruin, w ciemności stały dziesiątki zwierzęcych i ludzkich sylwetek. Nie były w stanie przebić się do twierdzy, ale z ich gardeł wyrywał się nieprzerwany, mrożący krew w żyłach ryk, niepodobny do tego, który mogłyby wydać dzieci natury. Niepozorny wróbelek był ledwie przedsmakiem tego, co mogło czekać łowczynię w lesie.

- Tenk de gods, jor sejf! - Drżący głos Zirte dobiegł z wnętrza zawalonej twierdzy. Wraz z jego zamaskowaną osobą, blask ognika na wyciągniętej dłoni rozgonił ciemność. Wydawało się, że postaci u granicy cofnęły się, a ich głosy ścichły z lekka. Mag położył dłoń na ramieniu Neshkali.

- Chodź do środka, nie prowokujmy dalej ich zgubionych dusz. - W głowie kobiety rozległ się głos Zirte, choć ten nawet nie otworzył ust. Co więcej, posługiwał się nie słowami, a odczuciami i intencjami, które pozwoliły Neshkali bez bariery językowej zrozumieć jego myśli. - Jesteś tu bezpieczna. - Dodał.

Lasy na północ od Grenefod

19
Mury ruin z dawna zapomnianej budowli tworzyły jakby niewidzialną granicę, barierę, przez którą stado rozgniewanych bytów nie mogło się przedrzeć. Kobieta pochyliła się nieco w przód, opierając wciąż drżące dłonie o półnagie uda. Twarz miała skierowaną do ziemi. Pomimo wyraźnego chłodu, z czoła sączyły się słone krople potu, wymieszane z gęstą krwią na skutek ran zadanych od ptaszka. Chciwie nabierając kolejne hausty powietrza, otarła o ramię zwilżoną twarz, pozostawiając na części futrzanego okrycia czerwonawą smugę. Drobne rany trochę piekły, ale Neshkala na razie nie zwracała na nie uwagi. Podnosząc wzrok ku górze, zauważyła całe mnóstwo niewyraźnych postaci. Z szeroko rozwartymi ustami, przypatrywała się upiornej masie, zastanawiając się, jak to możliwe, że nie wyczuła ich negatywnej energii wcześniej. Wszakże cały las roztaczał nieprzyjemną woń, ale fantomowego odoru wściekłych zjaw nie szło pomylić z niczym innym.

- Ongiś zła rzecz tutaj stać. Duchy gniewać. Niewygnane w zaświat. Nie mieć spokoju - domniemywała.

Kiedy serce wreszcie poczęło wybijać naturalny rytm, a zdrowe myślenie na powrót przejęło władzę nad pierwotnymi odruchami, dzika cofnęła się w głąb zniszczonej twierdzy, poszukując dogodnego miejsca na odpoczynek i zaleczenie powstałych skaleczeń. Zbliżając się do chyba jedynej, jako tako ocalałej części budowli, której wręcz cudem ostało się zadaszenie, coś sprawiło, że włos ponownie zjeżył jej się na głowie i świeża dawka adrenaliny rozeszła się po ciele. Nie wiedząc, w pierwszej chwili kto był źródłem słów, odruchowo założyła, iż to zjawy zdołały sforsować niewidzialną barierę i teraz starają się wyjawić swój ból, nim ostatecznie sprawią, że kolejna duszyczka dołączy do ich przeklętej armii.

Neshkala nerwowo skakała wzrokiem po najbliższym terenie, szukając ewentualnego celu. Ku jej zdziwieniu nawet cień ostałych kolumn nie ważył się ruszyć, gdy ta na nie spoglądała. Wtem łuna błękitnego światła ogarnęła wejście za nią i nim zdołała odwrócić się, czyjaś dłoń wylądowała na jej ramieniu. Potężny ciarek przeszedł ją całą. Wyprężywszy się niczym kot, odskoczyła od wejścia, wydając przy tym przeciągły pisk. Zdegustowana naruszeniem jej strefy nietykalności, chwyciła oburącz za włócznię, po czym błyskawicznie obróciwszy się na piętce, siekła z całych sił, licząc na to, że sztych włóczni w końcu na coś natrafi.

Chwilę jej zeszło na pojęciu, że to nie lodowa łapa nieumarłego, lecz mizerna dłoń napotkanego wcześniej czarodzieja ośmieliła się spocząć na niej. Nie kryjąc ogólnego zdziwienia spotkaniem z tak niezwykłej przyczyny, jaką była napaść upiorów, Neshkala śmiała podejrzewać, że cała tę farsę od samego początku zaplanował nie kto inny jak wyjątkowo natrętny Blu-Faja. Już sama w sobie stroniła od osób posługujących się magią ognia oraz tych, co nosili żelazne elementy na sobie, a rezultat obecnych wydarzeń, jeszcze bardziej utwierdził ją w przekonaniu, że coś w tym wszystkim było nie tak.

W prostocie swego rozumowania oczekiwała odpowiedzi na dręczące ją pytania i już po raz kolejny obierając za cel trzewia czarownika, wprost wypytała go o to, czy czasem nie on nasłał na nią duchy, by ją tutaj sprowadzić. Jak dla niej, zbyt wiele zbiegów okoliczności miało tu miejsce jak na jeden raz. Nadal nie darząc rzekomego dobroczyńcy choćby krztą zaufania, była gotów przedziurawić go na wylot w razie, gdyby ten postanowił wykonać jeszcze jeden, niepotrzebny ruch czymkolwiek, nim z jego warg wypłynie dowód zmazujący z niego wszelkie podejrzenia.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

20
Wedle życzenia Neshkali, ostrze jej włóczni natrafiło na cel. Opór postawił gruby płaszcz Zirte, a następnie również jego skóra i głębsze tkanki. Grot nie utknął głęboko, ale zdziwiony, zbolały wyraz twarzy maga i jęk, który wyrwał się spomiędzy jego ust, mógł świadczyć o tym, że nie było to tylko niegroźne draśnięcie. Zirte nie zdołał odsunąć się w czas, gdy nadszedł atak, zresztą, nie zdążył ruszyć się nawet o cal przed tym, jak nagły ból rozlał się po jego ciele. Jego refleks pozostawiał wiele do życzenia.

- N-nie... - Poprosił czarodziej, osuwając się na ziemię i łapiąc za miejsce, gdzie jeszcze moment wcześniej znajdował się sztych. Szkarłat szybko przyozdobił jego dłoń krwawymi wzorami. Niebieskie ogniki, zarówno te rozpalone w centrum ruin, jak i latarenka dotąd dzierżona przez Zirte, zgasły, pogrążając okolicę w ciemności.

Niepozorny mężczyzna być może chciałby wytłumaczyć Neshkali swoje intencje, ale powalony nałym zdziwieniem i raną, nie był w stanie wydusić z siebie sensownego zdania. Istoty po drugiej stronie bariery podniosły wrzask, gdy zwietrzyły świeżą posokę. Wraz z ich głosami, bariera nagle zamigotała kolorami purpury i błękitu. Czarodziej jęknął, rozejrzał się, wystraszony zaczął wymawiać szybkie, chrapliwe słowa. Wydawało się, że jego działania stabilizowały granicę między ich spokojnymi ruinami i chaosem stowrzeń nocy.

- Hajd! - Poprosił między kolejnymi wierszami modłów i zaklęć. Kaszlnął kilka razy, szalik, który zasłaniał jego usta, został zabarwiony ciemnym odcieniem wilgoci. Bariera po raz kolejny zamigotała, rozciągając się kopułą nad ich głowami.

Kilka z przeklętych duchów lasu wykorzystało moment i sforsowało stojącą im na drodze przeszkodę. Korzystając z chwilowej wyrwy, na przód przedarły się trzy postaci - sporych rozmiarów jeleń z pokaźnym porożem, człowiek, być może nawet ten sam, którego wcześniej Zirte witał jak starego druha, gdy stał nieruchomo pośród śniegów, i lis. Ten ostatni wyrwał się do przodu, zaraz jednak został zdjęty przez rysia, tego samego, który wcześniej towarzyszył Zirte. Kot i zaklęta bestia zatańczyły w walce zębów i pazurów, tarzając się w śniegu.

Człowiek i jeleń pozostawali niezatrzymani. Parli w stronę starającego się podtrzymać barierę Zirte i Neshkali.

- Hajd! - Popędził kobietę mag. Przerażenie malowało się na jego twarzy i w jego głosie.

Lasy na północ od Grenefod

21
Konsekwencji swoich czynów nawet i ona nie mogła do końca przewidzieć. Włócznia zagłębiła się w czyjeś ciało i to na tyle, że nieszczęśnik, w którego się wbiła, został posłany w konwulsjach na ziemię. Barwiąca jego ubrani na ciemny szkarłat krew płynęła obficie. Rana co prawda nie należała do śmiertelnych jednakże i tak poważnie naruszyła wewnętrzną strukturę ciała upierdliwego maga, do tego stopnia, że ten wił się w bólach niczym rozdeptana dżdżownica. To, co następnie się stało, wprawiło dzikuskę w szok a później i w zakłopotanie.

Nie mając najzupełniej pojęcia, iż dzięki magii Zirte, którego ona w swej pochopności dotkliwie raniła, miejsce ruin pozostawało niedostępne dla upiorów, z zaciekawieniem obserwowała podniebny spektakl świateł. Przeraźliwy wrzask watahy zjaw wyrwał ją z osłupienia. Przeniosła swój wzrok na nich, niemal podskakując, gdy troje z nich zdołało się przedrzeć do środka. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak głupio postąpiła wobec Blu-Faji, atakując go z całą swą siłą, wiedząc, że to on stworzył i utrzymywał barierę. Na żale i tłuczenie się tępo głowie nadejdzie jeszcze czas, bo oto sytuacja przybierała dramatyczny obrót.

W porównaniu do wielkiego rogacza oraz ludzkiej zjawy, zdecydowanie od nich mniejszy zwierz wyskoczył przed szereg, z całą furią prąc na skąpanych w strachu śmiertelników. Dla wojowniczki był to jasny sygnał, że należy gotować się do walki. Nim ta jednak postawiła pierwszy krok naprzeciw lisiej zjawie, dotąd niezauważony przez nią ryś właśnie wyciągał pazury w stronę nie tak znów martwego rudzielca.

Jeden z głowy. Zostało dwóch. W pierwszym odruchu Oczy Wilka zamierzała stanąć z nimi w szranki, umarli nie mogli różnic się przecież zbytnio od swoich w pełni żywych odpowiedników. I nawet jeśli nie stanowiliby dla niej większego wyzwania, istniał pewien czynnik, o którym nie mogła zapomnieć. Zirte - męska pierdoła. Nes świetnie zdawała sobie sprawę jeżeli w jakiś sposób upiory zdołają się do niego przedostać będzie to koniec nie tylko dal niego, ale i być może dla niej samej. W tym stanie mag stanowił łatwy cel. Wystarczyła jedna chwila nieuwagi i jego marne życie, od którego poniekąd i jej było uzależnione, mogło się łatwo zakończyć. To więc obmyślając w mgnieniu oka nową strategię, wyciągnęła z torebki dwa zakrzywione kły należące niegdyś do wielkich wilków zamieszkujących tereny Północy.

- Arrajw! - wypowiedziała słowo mocy z taką siłą, że jej echo rozniosło się po najbliższej okolicy.

Kosmki włosów powędrowały ku górze, a dotąd tęczówki barwy kasztanowej rozbłysły żółtawym światłem. Kły zostały wbite w ziemie, a na ich miejscu miały pojawić się dwa wilcze osobniki. I w czasie, gdy one rozprawiałyby się z intruzami, sama dziewczyna zajęłaby się niechcianym towarzyszem, pomimo tego, że nakazał jej ratować własną skórę.

Jednak do dzikuski nijak pasowała droga tchórza. Mając w sobie krztę wdzięczności i dobrej woli, nie omieszkała, chociaż spróbować go ocalić. Nie bacząc więc na jego polecenia, doskoczyła mu do nóg. Ku jej szczęściu czarownik nie należał do najtęższych, Prędko obierając za cel szczupłe łydki mężczyzny, capła je z całych sił i dosłownie ciągnęła po ziemi, w kierunku zadaszonej kryjówki, z nadzieją, że być może tam będzie mu łatwiej zebrać siły i odnowić czar ochronny, zanim reszta duchów zdoła się do nich dobrać.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

22
Zirte, choć dotąd nie pokazał po sobie wiele, bez wątpienia dalej walczył na swój mało wojowniczy sposób. Krztusił się kolejnymi falami krwi, które podchodziły mu do gardła, ale mimo to szeptał zaklęcia podtrzymujące barierę, by dać Neshkali jak najwięcej czasu na ucieczkę. Nie wydawało się, by jakkolwiek oceniał swoje szanse z przeklętymi duchami lasu. Jeśli miał umrzeć, chciał, by przynajmniej kobieta dostała szansę na przeżycie.

Ryś walczył zajadle, powstrzymując lisa przed dopadnięciem do Blu-Faji i Neshkali. Niestety, był tylko czterołapym drapieżnikiem, ograniczonym w swej cielesnej formie, i nie był w stanie powstrzymać wszystkich napastników. Człowiek i rogacz nacierali wprost na czarownika i wojowniczkę, nie wahając się nawet chwili!

Skorzystanie z pomocy wilków było zdecydowanie dobrym pomysłem. Zirte obserwował szeroko otworzonymi oczyma, jak Neshkala używa swojej pierwotnej magii, przywołując dwóch chowańców, którzy od razu rzucili się na potwory. Bestie miały przewagę nad zjawami, nawet jeśli jedynym, ponadnaturalnym celem cienistych było dopadnięcie każdej żywej istoty.

Mag kwiknął, gdy Neshkala złapała go, postanawiając ocalić obojga. Inkantacje ustały, gdy ból ciągniętego po kamiennych płytach ciała przypomniał o sobie ze zdwojoną siłą. Napięte mięśnie ciągnęły uszkodzone tkanki, powstrzymując Zirte przed mamrotaniem zaklęć.

Bariera puściła. Z potwornym rykiem wydobywającym się z gardeł dziesiątek napastników, potworna armia ruszyła w kierunku Neshkali i Zirte. Dwa wilki i ryś nie były w stanie pokonać, ani nawet opóźnić takiej ilości przeciwników. Szczęściem ich obojga, kobieta nie wahała się ani chwili, gdy ciągnęła maga po ziemi w bliżej niezamierzonym kierunku. Tuż za granicą kamiennych schodów, nie więcej jak dwadzieścia jardów dalej, otwarte wejście zdradzało miejsce, gdzie mogli się ukryć. Zejście do piwniczki kusiło ciepłym światłem ognia wydobywącym się zza uchylonych drzwi. Neshkala przeciągnęła maga przez próg i zamknęła za sobą wrota. Jasne wzory symboli i kręgów rozbłysły na drewnie, zapieczętowując przejście.

W piwniczce zapanowała nienaturalna cisza, gdy głosy potworów zostały zablokowane magiczną osłoną.

- Nie! Flu! Flu..! - Zrozpaczony głos maga dobiegł zza ociekającego krwią szala, który wciąż zasłaniał jego twarz. Zirte podsunął się do drzwi, by oprzeć na nich dłoń. Przez chwilę wydawało się, że zamierza je otworzyć i ruszyć na ratunek swojemu kotu, jednak jego palce nawet nie zbliżyły się do klamki, zamiast tego kreśląc ścieżki blednących sygili. Mężczyzna zakasłał i zachłysnął się, jednak ciężko było zgadnąć, czy krwią, czy łzami. Oparł czoło o deski drzwi.
Spoiler:
Piwniczka, do której zeszli, przystosowana była do niezbyt wygodnego, ale produktywnego życia - zawalony zwojami stół, regały z księgami i flakonikami, skrzynie, kosze z dobrze zakonserwowanym jedzeniem, siennik - wszystko to mogło być odpowiednim miejscem do życia samotnego maga, nawet jeśli dość ciemnym i zimnym. Światło licznych świec nie rozganiało mroku, jednak miło kontrastowało z tym, co działo się na zewnątrz.

Lasy na północ od Grenefod

23
Akcja ratunkowa powiodła się w pyrrusowym stylu. Zaciągnąwszy poważnie rannego i obolałego maga do jego dziupli, Nes patrzyła jak przywołane przez nią wilcze upiory oraz duży kot nikną, otoczeni niezliczoną ilością wrogich zjaw, aż w końcu zamknięcie zaklętych drzwi, odcięło ją od tego straszliwego widoku.

Puściwszy nogi szlochającego mężczyzny, westchnęła ciężko, jakby niezadowolona z zaistniałej sytuacji. I nie chodziło jej wcale o utratę rysia, ani nawet plującego krwią Zirte, a o zużycie aż trzech zębów. Zdobycie kłów wilka i siekacza zająca, kosztowało ją sporo wysiłku. Co prawda w zapasie miała jeszcze kilka sztuk, jednakże analizując szybkość, z jaką je traciła, istniała spora szansa, że wkrótce braknie jej nawet tych, należących do niedźwiedzi, a patrząc na ubogi stan zwierzyny w pobliżu, uzupełnienie zapasów mogło okazać się bardzo trudne.

Pozostawiając maga samego sobie, ciekawska dzikuska poczęła przechadzać się po jego lokum. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzała, walały się białe rulony i prostopadłościany wypełnione jakimiś pożółkłymi i wyjątkowo kruchymi szmatkami dodatkowo w całości zarysowane śmiesznymi szlaczkami. Nie mając bladego pojęcia, do czego mogłyby one służyć, prędko straciła nimi zainteresowanie na rzecz malutkich naczyń z przezroczystej gliny. Zeszła jej niemała chwila, zanim rozpracowała sposób dotarcia do znajdującego się w nich specyfiku. W końcu odkorkowawszy kilka z naczynek, zaciągnęła się kilkakrotnie ich zapachem.

Gdy już wystarczająco poznała woń każdego z nich, przyuważyła kilka obiecujących koszy. Znajdująca się w nich żywność nęciła ją swoim wyglądem. Widząc pierwszy raz w życiu co niektóre przysmaki, skusiła się na wzięcie po jednym gryzie. Jeśli bowiem kot rzucił się na podobną rzecz z wielką ochotą, to czemu miałoby jej zaszkodzić. Nie sądziła bowiem, aby Blu-Faja był na tyle podstępny, żeby zatruwać takie ilości strawy, bo po cóż. Sam też musiał coś przecież jeść. A skoro mowa o nim. Wyczuwszy metaliczny odór krwi, kobieta na nowo zaczęła zwracać na niego uwagę. Nie mając przy sobie liści i mchu, z których zazwyczaj przygotowywała opatrunki, poczęła myszkować po grocie w poszukiwaniu czegoś zdatnego do stworzenia bandaży. Bądź co bądź, to w końcu z jej winy mag jest w takim, a nie innym stanie, należało więc zadbać o to, aby przynajmniej nie wykitował.

Kryjówka opiewała w przedmioty najróżniejszej maści i zapewne jeden z nich nadawał się do zaleczenia ran, jednakże nie mając pojęcia, który to mógłby być, Neshkali pozostawało tylko jedno rozwiązanie. Przyłożywszy ostrze włóczni do malutkiego płomienia woskowej świecy, rozgrzała je do czerwoności. Następnie ni z tego, ni owego, usiadła na mężczyźnie i rozerwała kawałek jego szaty, w miejscy, gdzie widniało rozcięcie.

- Traj not tu skrim - rzekła oschle i dociskając korpus Zirte drugą ręką, przyłożyła rozżarzony kawałek metalu, rozpoczynając proces zasklepywania rany.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Księstwo Grenefod”