Przystań

46
Nehema odetchnęła głęboko. Zaćmienie słońca przekonało ją, że cała ich przewaga opierała się dotąd na magii. Świat oraz patroni stali się dla nich samych, a także misternie uknutego planu, realnym zagrożeniem. Jedyną szansą było to, żeby czym prędzej opuścić Nowe Hollar, które ów czas jest na świeczniku wielu nieprzychylnych im organizacjom i bytom.

Czarownica wbiła szpony w twarde kanty zbroi z czarnej stali. Z trudem podnosiła zesztywniałe ciało. Gdzieś strzelił kręg, gdzieś zaskrzeczała kostka. Powoli acz sukcesywnie wspinała się po Mordredzie, jakoby był górą, na którą uporczywie próbują wejść niesforne dzieciaki. I w końcu stanęła obok niego. Z lekka rozkojarzona dygała na boki choć wicher żaden nie zawiał ani razu.

Trudno ukryć się przed czymś, czego nie znamy — odparła rozprostowując lędźwie. W oczach Mordreda wzbierała na sile, zupełnie jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wracała stara Nehema. W przeciwieństwie do Vacka...

Trupioblady młodzieniec nagle chlusnął na deski czarną mazią. Lepka, gęsta ciecz przypominała smołę, lecz w przeciwieństwie do niej trąciła żrącym odorem. Smród gryzł nozdrza i drapał w gardło. Nehema kaszlnęła. A gdy wzrok wszystkich ponownie skupił się na chłopaku, spostrzegli, jak skóra jego dłoni staje się cienka. Dotąd pergaminowa, w chwili zaćmienia była już przezroczysta. Wyzbyta pigmentu aż prześwitywały przezeń dechy pomostu. Brakło żył, mięśni czy też kości.

Magia opuszcza cię — czarodziejka ponownie uklękła, tym razem przed chłopakiem. Delikatnie objęła głowę, układając ją na swoich nogach.

Jesteś...

Zaklętym wspomnieniem — dokończył za nią, zaś tuż po wypowiedzianych słowach popłynęła czarna wydzielina z ust. — Rubinooki przywrócił mnie na swój sposób. Oszukał Usala, jak wielu pozostałych. Ale teraz — kaszel co rusz urywał wypowiadane fragmenty — jego magia mnie opuściła — oznajmił.

Huknęło, grunt zadrżał pod stopami, z pali pomostu oderwały się deski. Ciemnością snuł się i płoził stukot dziesiątek onucy.
Na pomost! Szukać mordercy, daleko nie uciekł — dobiegły gromkie okrzyki strażników z okolicy groty.

Myśli ciążyły jak młyński kamień.

Uciekajcie — szepnął resztkami tchu chłopak, kierując wymownie wzrok na przyboczną łódź.

Nie zostawimy cię tutaj — negowała Nehema, nie wypuszczając Vacka z rąk.

Drgania wezbrały na sile.

Mordredzie, proszę — wyciągnął ku niemu zanikającą dłoń. Nie mógł wznieść jej wysoko, a gdy próbował sięgnąć kompana, ręka całkowicie wyparowała. Pod stopę posłannika nowego świata spadł drobny kluczyk. Prosty, o długim trzonie i dwóch ząbkach. Z uchwytem w kształcie głowy miast standardowego koła.
.
.
Obrazek

.
.
.

Przystań

47
Fakt, że Vacek był dosłownie wspomnieniem obleczonym w magiczne ciało, nawet nie zaskoczył Mordreda. W jego oczach, dla ich Pana nie było rzeczy niemożliwych - a jedynie wymagających czasem okrężnej drogi.
Teraz jednak, patrząc na dosłownie gasnącego chłopaka i wiernego sługę Najbardziej Wewnętrznego, Mordred nie umiałby opisać swojego stanu jednym słowem. Czuł się bezradny i zagubiony wobec fenomenu, którego nie umiał rozgryźć. Przytłoczony spoczywającą na nim odpowiedzialnością za losy niemowlęcia, Nehemy, Undine i pozostałych Ihtchonów oraz Mandy z którą utracił kontakt. O tym ostatnim nie myślał wiele tylko dlatego, że bał się popadnięcia w histerię, gdy panika zacznie mu nasuwać najgorsze scenariusze. A nad tym wszystkim... Był wściekły.
Wściekły, że chociaż udało mu się ocalić Vacka przed przepowiednią, jego życie zostało ucięte przez jakąś astrologiczną fanaberię.
Wściekły na świadomość, że to właśnie to cholerne zaćmienie potęguje nienaturalnie jego gniew a przez to wściekły na utratę kontroli nad własną psychiką, tworząc samonapędzający się cykl furii, której nie miał nawet przeciw komu ani czemu zwrócić, więc dławił ją w sobie, wkurzając się tym jeszcze bardziej.

Pod trzymaną kamiennie maską stężałej twarzy, wściekał się na przeciwności losu. Na bezmyślne elfki, na słońce, na księżyce, na Zakon.
Chciałby złapać tą obmierzłą czarną kulę z nieba i zmiażdżyć pod butem jak orzecha.
Chciałby cisnąć na Zakon całą potęgę Granfalloon, tkwiącą w czeluściach Arali. Pogrzebać tych maluczkich rycerzyków w nieskończonej fali Ambrozji. Rozkazać Ihtchonom zawlec ich w głębiny i patrzeć jak gigantyczne grun równają z ziemią ich nędzne forty, zanim naprawdę groteskowe kreatury wypełzną na nich z zakamarków Czerwonego Świata...

A jednocześnie wściekał się na świadomość, jak bardzo jałowy i próżny jest ten gniew - Dyktowany przez dziwne kosmiczne zjawisko i jego prywatną animozję do Zakonu, zrodzoną z poczucia winy za porażkę tam w lesie...

Nehema już dawno wspominała, że Zakon nic nie znaczy wobec ich planów. Miała rację. Wszystkie starcia z Sakirowcami były następstwem jego prób użycia Callisto jako podpory dla ich planów i wynikały wyłącznie z jego winy.
Chociaż filozofia Zakonu darzyła takich jak oni odrazą i nakazywała ich zniszczenie, sam Zakon nie był nawet ich przeciwnikiem a jedynie plamą błota, które musieli omijać dopóki samo nie wyschnie.
Wojska Sakira, nie wiedziały nawet o istnieniu ich sekty i o ile nie zaczną otwarcie wspierać Callisto, wzrok Zakonu nawet na nich nie padnie. Logicznie, należało spasować tę rundę i szykować się na nowe rozdanie, przy innym już stole.
Ale gdy los wyrywał im karty z rąk, logika nie uśmierzała bezsilnego gniewu, wrażającego się w mózg, jak żelazo do piętnowania niewolników.

Choć tyle grzmiących myśli przewaliło mu się przez czaszkę, że zdawały się trwać godzinami, w rzeczywistości minęło jedynie mgnienie oka. Może dwa.

Ironicznie, dopiero odgłos pościgu wylał na niego kubeł zimnej wody i znów pozwolił myślom choć po części wywlec się z gęstej jak smoła ponurej kontemplacji.

Gwałtownie zwrócił głowę w kierunku odgłosów. Czyżby jednak znaleźli ciało? A może plama krwi zbyt wyrazista? Nie miało to już znaczenia. Nawet bez tej komplikacji musieli uciekać z miasta.

Teraz, gdy mógł myśleć klarowniej, zaskoczyła go też niemal czułość z jaką Nehema zwracała się do Vacka, dotąd traktując go przecież jak irytujący świąd, który trzeba podrapać by szybciej sobie poszedł.
Ale to też nie było ważne. Cóż złego w okazaniu delikatności umierającemu?

Wargi ściśnięte dotąd w zbielałą linię, opadły wreszcie a twarz skostniała od wstrzymywania gniewu, zwiotczała wreszcie w wyrazie żalu, gdy odbierał nietypowy klucz z nieistniejącej już dłoni.

On nie przetrwa... – Powiedział wreszcie cicho do Nehemy. – Nie doniesiemy go nawet do łodzi. – Przyznał z głucha bezsilnością.
Nie chciał rzucać fałszywych obietnic, że Magistri przywróci go tak jak poprzednio. Nie znał natury tej magii i nie czuł się uprawniony do rozbudzania nadziei, w sprawach których nie rozumiał.
Ale musiał znaleźć w sobie siłę. Wciąż byli ci, którzy na niego liczyli, nie mówiąc już o szerszej perspektywie ich misji.

Nie uważał się nigdy za przywódcę, ale jeżeli taką rolę musiał odgrywać, niech chociaż pozory spokoju okryją emocjonalną żółć jaka trawiła go od wewnątrz. Dyskretnie zaciskając pięść, jakby chciał z niej uczynić swoją kotwicę, odezwał się wciąż cichym ale już bardziej pewnym tonem.
Jedyne co możemy zrobić, to przeć na przód, aż spotkamy się wszyscy w odrodzonym świecie... Lub w Arali. – Raz jeszcze powtórzył mantrę, która pozwalała mu brnąć przez nieprzychylny im świat i wbrew kłodom rzucanym im pod nogi przez los, ludzi i bogów.

Ten klucz... – Zaczął wreszcie... – Co otwiera? Gdzie? – Zapytał w powietrze licząc, że którykolwiek z towarzyszy zdoła odpowiedzieć.
Jestem wybrykiem natury. W pogoni za głosem serca, przemierzam doliny i góry, smagany po plecach batami szaleństwa.
Obrazek

Przystań

48
Vacek podparł się przeciwną dłonią. Wyprostował kolana i chciał wyzwolić znad wilgotnego gruntu. Mężczyzna jęknął i stęknął, lecz koniec końców złapał pion, niczym świeżo postawiony żagiel podczas najprawdziwszego oberwania chmury.

Po prostu otwórz swój umysł, Mordredzie. Skrywa więcej niż mógłbyś podejrzewać.— stukot wartko stawianych onucy rozległ się z oddali.

Już są — wtrącił, gdy Nehema zajęta była rozwiązywaniem węzła cumującej nieopodal łodzi.

Kilkunastu ciężko zbrojnych elfów z wysokimi tarczami w kształcie liścia i długimi pikami, pędziło ile sił w nogach w ich kierunku. Dzielący ich dystans z każdą sekundą kurczył się, zupełnie jak sypany przez sito piach. Wtem Mordred poczuł, że ktoś ciągnie go za przedramię. Stara czarownica objęła szponiastymi dłońmi nadgarstek mężczyzny. — Jazda. — usłyszał, po czym spostrzegł mącące przy łodzi wodę Ichthony. Znalazł się w sytuacji podbramkowej. Mógł pozostać zdany na łaskę rozgniewanej elfiej straży, która zapewne na powitanie przebiłaby go na wylot, a dopiero potem poczęła ciągnąć za język. Czekały na niego jego dzieci. Potomkowie z krwi i kości, stworzone na podobieństwo rubinookiego.

Wchodź — czarownica puściła kruczowłosego przodem. Łódź zakołysała się niepewnie. Była stara, leciwa i trąciła grzybem. Tuż-tuż obok zasiadła i ona, mocno odpychając się od pomostu. Łajba ruszyła otoczona przez wystające z powierzchni wody płetwy grzbietowe Itchonów. Istoty odtąd prowadziły swego wybawcę w głąb jeziora Keliad.

Syknęły ostrza. Sięgnął wzrokiem przez ramię.

Rzucili się na niego wszyscy, momentalnie, bez krzyku, hasła, czy komendy. Pierwszy sadził przez mostek elf, z wysuniętą piką i wyszczerzonymi kłami, których nie powstydziłby się wilk. Vacek pozwolił mu się zbliżyć, po czym wykręcił się w biodrach i ciął niewielkim kozikiem, rozwalając dolną szczękę i gardło. W następnej chwili już był na mostku, uderzeniem na odlew rozpłatał kolejnego. Skurczył się i przypadł do ziemi, w samą porę, a miotnięta w niego pika przeleciała górą, ledwie zadrapawszy mu kurtkę grotem. Człowiek wspomnienie uskoczył przed trzecim strażnikiem, przed jego szablą migającą jak śmigło wiatraka. Błyskawiczny cios jednej go w bok głowy, Vacek zatańczył, robiąc zwód i otaczając się szerokim cięciem. Elf skoczył znowu, ale chybił. Uderzył o pal pomostu i rozwalił go tracąc przy tym równowagę, runął do wody.
Zaatakowali go z dwóch stron - z jednej miecznik, z drugiej osłonięty tarczą pikinier. Mężczyzna wskoczył na pal mostku, czuł, jak trą o siebie usuwające się fragmenty drewna, a cały mostek drży. Balansując, wymknął się z zasięgu zamaszystych cięć miecznika i znalazł się za plecami pikiniera. Elf nie miał osłoniętej głowy, więc Vacek ciął go w skroń. Ale czerep elfa był jak z żelaza, musiał rąbnąć go po raz drugi. Stracił na to odrobinę za dużo czasu. Dostał w głowę szablą, ból błysnął mu w czaszce i oczach. Zawirował, otaczając się szeroką paradą, czując wartko cieknącą spod włosów krew, starał się zrozumieć, co się stało. Do tej pory nie wydał najmniejszego dźwięku, teraz, lecąc w przepaść, zawył. Wycie cichło długo, aż zagłuszył je plusk topionego ciała.

"Chroń go w godzinie zemsty." — czyż nie to poczynił młodzieniec? Odciągnąwszy uwagę strażników pozwolił Mordredowi i towarzyszom umknąć. Łódź odpłynęła daleko, okryta poranną mgłą, w mroku nienaturalnego zaćmienia, stała się niezauważalna.

I tak przepowiednia ziściła się tą czy inną drogą.
.
.
Obrazek

.
.
.

Przystań

49
Ciągnięty przez czarownicę, Mordred miał wrażenie że odrywa się od umierającego kamrata niczym kora przyklejona do pnia zakrzepłą żywicą. Jakby każdy ruch wymagał rozrywania jakiejś skostniałej masy pętającej jego ciało.
A przecież nie ociągał się. Nie minął oddech, może dwa a znalazł się na zgrzybiałej łodzi. To tylko jego umysł zdawał się rozciągać w nieskończoność, każdą nieprzyjemną chwilę kolejnego upokarzającego odwrotu i kolejnego porzuconego towarzysza.

Vacek pozostawił go z enigmatyczną radą, nie mając jednak czasu na nic więcej. Teraz Mordred mógł tylko patrzeć jak ledwo trzymający się na nogach, trzymany przy życiu jedynie ulatniającą się magią chłopak, kupuje im czas ściągając na siebie winę sprawcy ostatnich krwawych wydarzeń.

Zbrojny ledwo był w stanie uwierzyć, że ten nie zawsze obecny mentalnie i jakby wiecznie przygnieciony rzeczywistością młodzieniec, potrafi tak wić się i lawirować między ostrzami, samemu tnąc z morderczą precyzją i to tylko z jedną ręką i na skraju śmierci. Jakże niszczycielskim sprzymierzeńcem mógłby być w pełni sił. Pragmatyczna część umysłu Mordreda, mimowolnie jęknęła nad taka stratą. Sam Mordred? Patrzył do końca, niezauważalnie wzdragając się na nagły krzyk spadającego towarzysza.

Przez chwilę jeszcze patrzył w punkt gdzie zniknął Vacek, zanim powoli przyłożył lewą pięść do prawego barku, prawe ramię wyciągając nisko przed siebie. Oficjalny salut Granfaloon nie był wprawdzie często stosowany poza Arali, lecz właśnie ze względu na tę rzadkość, Mordred użył go by uhonorować poległego sługę. Dopiero pożegnawszy w ten sposób towarzysza broni, apostoł pozwolił sobie rozluźnić spięte i dziwnie mrowiące ciało i zagłębić się w rozmyślaniach.

Nie były one radosne.

Mordred był przekonany, że zdołał powstrzymać ponure proroctwo i że odnosiło się ono do wysłanniczki Turoniona. Czy zatem przepowiednia Magistri uwzględniła nawet zaćmienie, czy też faktycznie udało mu się odegnać pierwotną wróżbę, tylko po to, by nieprzewidziany los zadrwił sobie z nich wszystkich dziwnym zjawiskiem? Czy instynktownie przypisywał śmierć Vacka przepowiedni? Czy podobne proroctwa są ostrzeżeniem i radą, czy nieuchronnym wydarzeniem?

Podobne wątpliwości wobec natury przeznaczenia sprawiały, że chciał sobie rozerwać czaszkę, jakby miało to rzucić trochę światła na jego skonfundowany umysł.

O dziwo, ta ostatnia makabryczna myśl, przypomniała mu słowa Vacka o otwarciu umysłu i skierowała myśli na bardziej produktywną ścieżkę.

Rozejrzał się dookoła. Dziecko zasnęło u jego boku. Może ukołysane ruchem łodzi a może wyczerpane stresem jakie je otaczał. Skryci pod powierzchnią otaczali ich Ichthoni. Udało się ich bezpiecznie wyprowadzić z miasta. Nehema, jego największe źródło informacji w wielu dziedzinach, chociaż osłabiona, także była bezpieczna. Ponieśli stratę owszem, ale postąpili krok na przód. Bolesny, ale ku najwyższej nagrodzie, którą niewielu ludzi byłoby w stanie pojąć.

Wciąż wisiały nad nim ponure obawy - Dlaczego jego ciało tak dziwnie reagowało. Czy przedłużające się zaćmienie nie zaszkodzi Nehemie. Jego utracony kontakt z Mandy...

Ale zacisnął zęby, starając się zamiast tego myśleć produktywnie.

Spojrzał na kurczowo ściskany w ręce klucz zastanawiając się nad ostatnią instrukcją Vacka. Otworzyć swój umysł? Można to było interpretować na dziesiątki sposobów i Mordred wątpił czy potrafiłby wpaść na choćby połowę z nich.

Postanowił więc wypróbować najprostszy z nich - Przyłożył głowę klucza do swojego czoła. Zadziała, nie zadziała ale ruch tak banalny, że nie wypadało nie spróbować.

Jeżeli w istocie nie poskutkuje, spróbuje... Skupić się na kluczu? Przywołać podobny stan umysłu, podobnej więzi jaką czuł rozmawiając telepatycznie z Mandy czy Undine. Jeżeli w kluczu zawarta jest jakaś magia, może w ten sposób uzyska niezbędne połączenie? Zdawał sobie sprawę, że to mglista teoria, zwłaszcza podczas obecnej sytuacji gdzie magia była właśnie w zaniku, ale raz jeszcze, było to coś co mógł zrobić praktycznie nie ruszając się z miejsca, więc czemu nie spróbować.
Jeżeli i w ten sposób nic nie uzyska... Wciąż może zapytać o radę pozostałych towarzyszy.

Macie pomysł do czego może służyć ten klucz? Nehema? Undine? Wolę zapytać zanim zacznę wymyślać naprawdę dziwne, zbędne i potencjalnie niebezpieczne sposoby jego użycia. Na przykład wbicie go sobie w czaszkę, czy coś... – Mruknął na koniec trochę rozczarowany swoim brakiem wyobraźni.

Nehema posiadała całe lata nagromadzonego doświadczenia, wiedzy i ekspertyzy, więc i może ten klucz albo chociaż podobny znajdował się w bogatych archiwach jej pamięci. Z kolei Undine, do niedawna dzieliło z nim umysł i posiadało jego wspomnienia. Może posiada perspektywę którą sam przeoczył lub zapomniał, nawet we własnym umyśle.



**Wysyłam równolegle PM jako dopełnienie.
Jestem wybrykiem natury. W pogoni za głosem serca, przemierzam doliny i góry, smagany po plecach batami szaleństwa.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Nowe Hollar”

cron