Komandoria Zakonu Sakira

121
POST POSTACI
Lucas
- Mówiłeś przed chwilą, że jest rozpierdziel w mieście. Mamy mnóstwo czasu zatem. A jak przyjdą to w końcu możesz powiedzieć, że prowadzisz mnie do innej celi. Co to, kłamać nie umiesz?! - zaznaczył nieco odważniej Lucas, przeczesując kolejne klocki ścienne dla kontynuowania prób przedostania się na drugą stronę. Cholera! To tym razem nie szło po jego myśli. Całość konstrukcji wydawała się nader solidna wbrew pozorom. Możliwe, że ząb czasu wyłącznie tutaj podziałał na niekorzyść tej “skrytki” albo cokolwiek innego, co znajdował się za poluzowanymi cegłami. W tym tempie pomiędzy posiłkiem, a robotą Barker uznał, że to będzie trwało stanowczo za długo. Coś jednak ciągnęło jegomościa do tajemnicy schowanej za murowanym przejściem. Może tam faktycznie znajdował się tunel prowadzący gdzieś poza dzielnicę z tym lochem? Czuł w głębi serca, że musi sprawdzić. Po prostu musi. Zagadywał Ernesta na tyle, ile mógł z mizernym w zasadzie skutkiem. Ten rozwalający się piernik sapał oraz burczał niczym parujący od wrzątku czajnik. Ciągle niecierpliwy, a to wcale nie pomagało iluzjoniście. Szakal potrzebował chwili na zastanowienie. Dokończył w zasadzie bigos, po cichu odstawiając go gdzieś na bok celi. Podrapał się przy bym po brodzie, siadając znowu nieco bliżej ruchliwej struktury. - Skrzywdzone było to dziecię. Jestem w stanie zrozumieć jej ból, szczególnie przy braku mowy. Dobrze chociaż, że zachowała dobre geny pańskiej małżonki. Piękna jest, a to pomaga w tych czasach. - no bo przecież nie geny zapyziałego dziada, prawda? Ten nie mógł za młodu wyglądać znacznie lepiej. Czarownik znał się na urodzie każdego jak mało kto. Oczywiście w kategoriach ludzkich, ale mowa tutaj o pobratymcach w końcu. Nadal mężczyzna dłubie przy podporze z bloków wyprofilowanych kamieni, obmyślając nowy plan. Co dalej? A niech was piorun trafi, szare komórki! - Magia też uczy. Mogła to pojąć w jakiś sposób dzięki talentowi lub ktoś Sarę nauczył przy użyciu czarów w trybie błyskawicznym. Niemniej jednak skoro uciekła gdzieś ze stolicy to pytanie gdzie? Mogła opuścić Saran Dun kilka godzin temu, udając się z Williamem w siną dal. Bez żadnych informacji dodatkowych to dla mnie kiepska próba odnalezienia igły w stogu siana, drogi Erneście. - tutaj magik o karmazynowych włosach wypowiadał na głos całkowitą prawdę. Co jak Sara zwiała? Wtedy jedynie skończy się na obietnicach. Jednak miał podejrzenia, że… TEN KOT TO TA KOBIETA! Tego nie da się wykluczyć. Przyszła mu z odsieczą! Kto wie, ale może go trochę polubiła? Tak! Uśmiechnął się na tę myśl w stronę kocurka mimowolnie. Znikąd się magiczne stworzonka nie biorą, szczególnie w miastach, a tym bardziej lochach Zakonu Sakira.

Eureka! Ja to wiem! Znalazł remedium na najbliższe akcje po sekundach gdybania w odmętach swego pokręconego umysłu. Poprawił grzywkę, wycierając dłonie o swoje ubranie. - Już kończę. - zapewnił zaraz starca, a w tym czasie… zamierzał stworzyć sobowtóra. Tutaj nie używałby żadnej słownej inkantacji, a złożył odpowiedni gest dłońmi. No oczywiście dodaje do tego skupienie na miarę możliwości. Kopia skazańca ruszyłaby do góry za strażnikiem po wskazaniu palcem przez używającego zaklęcia faceta. - Możemy iść, wskaż drogę. - oryginał powinien dzięki temu zyskać cenne minuty na rozparcelowanie ogrodzenia. A gdyby tamta para się oddaliła to czyniłby to z dużo większym zapałem oraz tężyzną fizyczną. Hałas już nie miałby takiego znaczenia, skoro został tutaj kompletnie sam jak palec. Liczyło się odwiedzenie Ernesta od dołu. Technicznie rzecz biorąc nie powinien starszy gość zauważyć znaków Lucasa w tej ciemności… ani drugiego, takiego samego aresztowanego, pojawiającego się tuż koło pierwowzoru. Tak mu się wydawało. Trzeba próbować, czyż nie?
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

122
POST BARDA
— Rzeczywiście... strasznie musiałeś schudnąć! — Przyznał Ernest kręcący tym razem korbką, co postanowiła mniej skrzypieć niż ostatnio i nawet pracować z większą ochotą, aby to łańcuch uniósł sobowtór Lucasa. — Ruszajmy... — Starzec coś mówił jeszcze, ale jakby coraz ciszej z każdym swoim krokiem. Jakiś czas później doszedł do uszu Lucasa odgłos otwierania ciężkich drzwi i następnie trzask.
W tym czasie łotrzyk nie próżnował. Cegły zaczęły ustępować, a on przez moment poczuł przeciąg. W końcu po wypchnięciu z całej siły kilku cegieł, mierna imitacja ściany zawaliła się, unosząc kurz nagromadzony za nią. Suche powietrze zaswędziało w nosie, aż go wzięło na kichnięcie. Korytarz stał w swej okazałości w pełni nieprzeniknionego mroku tajemnicą.

Nie pozostało mu nic innego jak ruszyć, chyba że wolał powrót na łańcuchy, a po udowodnieniu, że para się magią i jest do tego dzikim czarownikiem-przestępcą, który kłamie i oszukuje i bije żebraków, szybki awans na stos. Stawiane kroki w zupełnej ciemności niosły po korytarzu echo. Dużo ich nie postawił, jak poczuł że nadepnął na jakąś płytkę, która ustąpiła pod jego ciężarem. Klik! Hałas szurającej ściany za jego plecami zwiastował zamknięcie się drogi, którą to właśnie przybył. Tyle dobrze, że go nie złapią z tej strony.
Miaukniecie kotki było jawnym sygnałem, że ma podążać. W końcu magiczne zwierzę od samego początku zdawało się pomagać nieszczęśnikowi. Nie mając choćby promyka światła za przewodnika szedł za głosem kota, a kurz wciskał mu się do nosa i drażnił nawet oczy. Ewentualny kontakt ze ścianami sugerował, że był to szczelnie wymurowany korytarz w skale, płaski i nieskalany żadnymi ozdobami, ani choćby uchwytami na świeczniki, czy pochodnie.
Kotka skręciła i zamruczała donośnie w pewnym momencie, jakby chciała o czymś oznajmić. Lucas mając po omacku ściany zrozumiał, że dotarł do rozwidlenia, a raczej do jakiegoś pomieszczenia. Przestrzeń była przed nim i jawiła się wciąż tak samo. Wiekuista ciemność.

Komandoria Zakonu Sakira

123
POST POSTACI
Lucas
Idealna kopia przystojnego rzezimieszka bez problemu wykonała jego polecenie, a zaklęcie zdawało się zadziałać perfekcyjnie. Sobowtór ruszył do góry zgodnie z prośbą Ernesta. Jedynie waga zdawała się nie odzwierciedlać faktycznego stanu masy Lucasa, lecz poza żartobliwym komentarzem dziadka nic więcej z tego nie wyniknęło. Na szczęście pomyślność oraz spostrzegawczość staruszka to nie jego mocne strony, co zresztą zauważył młodszy mężczyzna. Co zatem dalej? Rozdupcenie ściany oczywiście! Bawidamek uczyniłby to jednak dopiero wtedy, gdy faktycznie drzwi bloku na górze zostałyby zatrzaśnięte za plecami klona ze strażnikiem. Wyjątkowy wydźwięk domknięcia progu powiedział mu jasno, że musi działać. - Teraz albo nigdy… - wyszeptał, po czym ruszył z impetem na zabudowanie kamienne w dole. Nie było czasu już na cackanie się z tym, a wręcz uważał za stosowne, by przeszkoda z cegieł rozpadła się w możliwie jak najszybszym tempie. I…. okrycie z budulca puściło! Tak jak dokładnie planował. Świetnie! Pierwsze koty za płoty! A w zasadzie to za nim, tym towarzyszem z pięknymi wąsami oraz kruczoczarnej sierści. - Miałaś rację! Dziękuję ci jeszcze raz, koleżanko! Widocznie tobie na mnie zależy! - tutaj zaznaczył z wielkim zadowoleniem, ujawniającym się jako ten cwaniacki uśmiech hazardzisty. O dziwo mruczek przyszedł do jego lochu bez inicjatywy maga. Ot zwyczajnie ujawnił się jako pewnego rodzaju błogosławieństwo, pomagając niezwykłemu Szakalowi odzyskać jego moce. Dopiero zaczął sobie uświadamiać coraz bardziej jakim był farciarzem w całym tym zamieszaniu. Zapewne do czasu…

Kiedy już przekroczył wejście do jamy to starał się kroczyć niezwykle ostrożnie z początku. Powodem iluzjonisty był ten fakt, że… nie wiedział do końca po czym się porusza. Jaki ma grunt. W ciemności typowy człowiek powinien sobie tak radzić, nie narażając własnego życia. Czy był jednak typowym człowiekiem? To sprawa śliska. Karmazynowe włosy, niemalże żółte ślepia… Kto tę cholerę wie. Naszedł od razu na nieznaną płytę naciskową! Szlag! Dziura zatrzasnęła się za nim! No, ale faktycznie nikt mu raczej z paradą tutaj nie wejdzie z tyłu. Plus sobowtór powinien technicznie działać na kilometr od oryginału, toteż miał mag mnóstwo minut na opuszczenie Komandorii. W każdym razie musiał tym samym zdać się całkowicie na magicznego kompana i to właśnie robił, dotykając ścian po obu bokach korytarza jaskini za każdym krokiem. Miauczenie pozwalało mu chociaż rozeznać się w kierunkach. Lucas westchnął, próbując też nie zużywać zbyt wiele powietrza w tym klaustrofobicznym przesmyku. - Daj znać jak coś zauważysz podejrzanego. - Lucas rzucił w międzyczasie do zwierzęcia, mając na uwadze ich… swoje bezpieczeństwo. I drobne miauczenie ustało, zmieniając się w głośniejszy pomruk. Nagle rozciągnięte na bok ręce czarownika nie dotykały żadnej powierzchni. Kurwa! Prawie się chłop wywrócił, wykasłując powtórnie zabrudzenia takie jak kurz czy pył. Nic przyjemnego, to na pewno. - Umiesz zaświecić, stworzyć ogień? Może jesteśmy w jakiejś piwnicy zakonu? - ostatnie zdanie wypowiedział z delikatnym strachem. Wszak nie miał pojęcia gdzie się znajduje! Ach, gdyby miał swój amulet światła… Tak praktycznie nic nie wiedział. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Pozostało gościowi wymacać cokolwiek od rogu skrętu w tą przestrzeń. Liczył na to, że idąc wzdłuż krawędzi sali dotknie jakiegoś przycisku. Tym razem nie odcinającego mu drogę powrotu.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

124
POST BARDA
Kot purczał z zadowolenia, jakby ktoś miałby zaraz wygłaskać. A kiedy więzienny zbieg zaczął kroczyć wzdłuż ściany pomieszczenia, usłyszał jak kot na coś wskakuje. Na myśl w dźwięk protestującego drewna pomyślał o jakimś biurku, półce, a może był to stół. Wkrótce znalazł idąc i macając po ścianie otwór z zawartą tam zgaszoną pochodnią, zaraz potem kąt pokoju i wnet drewnianą półkę, która w nagłym kontakcie z jego ręką, a właściwie w wyniku lekkiego mimowolnego uderzenia, zaskrzypiała niepokojąco, obsypując gościa komnaty kolejną porcją kurzu, której miał się tutaj najeść na całe kolejne lata swojego życia.
Kotka w międzyczasie nie próżnowała. Chodziła pośród czegoś, Lucas uznał że trąca łapkami jakieś szkło. Może fiolki. Jedna w końcu spadła i roztrzaskała się głośno o twarde podłoże. Dziwny syk i smród spalenizny uderzył ze strony wylądowania obiektu. Zaraz potem kolejna fiolka spadła. Potem chyba duży szklany słoik, z którego usłyszał szum rozsypujących się drobin. Piasku, małych kuleczek? Kolejna i kolejna. Aż ostatnia po rozbiciu się utworzyła niebieski płomień na podłożu, który rozświetlił miejsce barwą poświaty odpowiadającej ogniowi.

Ponure z czarnego granitu ściany zawierały w sobie pokój z wyposażeniem przypominającym pracownię alchemiczną. Na środku stał metalowy blat, przy blacie krzesło a na nim szkielet owinięty jakimiś materiałami, które kiedyś pewnie były ubraniem. Martwy mość miał jedną kościstą rękę wciąż na stole, a czaszkę pod nienaturalnym kątem odchyloną do tyłu. Ta z przesadnie rozwartą szczęką i pustymi czarnymi oczodołami wpatrywała się w miejsce skąd hazardzista przybył.
Na blacie znajdowała się księga, czy też to co z niej pozostało, jakieś obrośnięte kurzem narzędzia, trochę szkła aparatury alchemicznej i statywy. Były tu ponadto dwa regały z książkami, gdzie jeden z nich był już nieruchomo zawalony, jakby zamarł dawno temu, a okładki książek i papier przypominały bardziej rozsypane drzazgi, aniżeli coś składnego i zdatnego do użycia. Była też i półka z siedzącą w nim kocią, czarną jak smoła psotnicą, co zbiła jakieś alchemiczne mikstury, które z kolei były poukładane w równych odstępach na konkretnych regałach. Aktualnie siedziała tam zadowolona i błyskiem swych pionowych źrenic wypatrywała poczynań Lucasa. W drugim rogu na prawo od wejścia stało złamane w pół łóżko i coś na kształt kufra. Na samym środku było chyba coś pokroju dywanu, który oberwał pierwszą fiolką, ciężko było określić kiedy wszystko było w poświacie niebieskiego i to niewielkiego płomienia, acz szło dostrzec roztrzaskane coś na kształt żyrandolu.

Komandoria Zakonu Sakira

125
POST POSTACI
Lucas
Pierwsza reakcja na ruch kocicy to było miłe zaskoczenie. A więc doskonale wiedziała, co miał jej do przekazania. To nie należało wyłącznie do wymysłu czarownika. Definitywnie jako przedstawicielka drapieżnych miała tupet, pomrukując w tej akcji. Lucasowi zdawało się, że nie przyjmowała do końca rozkazów, toteż leżało posłuszeństwo wyłącznie w jej chęci do wsparcia męskiej dziwki. Hej, może to jednak był inny, przemieniony czarodziej? Nie odpuszczał tego typu założeń ani na moment. Przechadzając się blisko zabudowy ceglanej w ziemi udało się mężczyźnie zlokalizować miejsce na pochodnię. Niby wszystko pięknie tutaj wyglądało, gdyby nie fakt że… nadal nie potrafił samodzielnie wytworzyć żadnego źródła światła, w tym ognia. Ten żywioł nie znajdował się w sferze specjalizacji iluzjonisty. W ten oto sposób zostawił stojak w ścianie, ruszając dalej. I niech go Tenatir pokarze kradzieżą portfela! Musiał ślamazarnie zwalić czy też naruszyć zakurzoną półkę z liczną literaturą naukową. Idiota tym samym miał prawo uruchomić kolejną pułapkę. Dlaczego nie potrafił widzieć w ciemności? - O kurwa… - wypowiedział na głos nieblokowaną inwektywę, mając odruch kaszlu w międzyczasie gdy zabrudzenia dotarły do jego nozdrzy wraz z przełykiem. Cholerstwo musiało wisieć tu od wieków! Czemu nie sprzątają w tych jamach? Ukryte laboratoria czy co?

W każdym razie o prawdziwości tego miejsca miał się zaraz przekonać. Na zwalenie swoistych fiolek z butelkami na ziemię przez zwierzątko niemal podskoczył na początku, szykując się do uniku. Paranoja, ja wiem… Chłop zwariował, ale posłuchajcie. On nie ufał nikomu ani niczemu teraz (poza magicznym kompanem). Nieznane jaskinie, krypty i tym podobne dziwactwa to stanowcze “nie” dla twojego zdrowia. Stworzenie magiczne wiedziało natomiast co robi. Po paru ruchach ogonem z łapkami zapłonęła gleba, tworząc swoistą łunę niebieskiego ognia. W tej chwili Szakal przyglądał się jedynie efektowi na dosłownie kilka sekund, uważając na inne bodźce wywołane stworzonym żarem. Niemniej jednak mruczuś go nie zawiódł jak zwykle. Mag wykrzywił kącik ust do góry, już śmielej zbliżając się do figury samicy. Miał zamiar ją pogłaskać oraz pomiziać jak sobie siedziała na półeczce. Teraz wszak widział ją całkiem dobrze. - Dzięki. Ty jesteś utalentowana, wiesz? Powinienem dać ci imię,… o ile żadnego nie masz. - tego nie mógł wykluczyć - nieważne czy był to czarodziej po transformacji czy po prostu niezwykły byt w formie domowego pupila. Jak będzie skora to mu w jakiś sposób zdradzi kim jest. Póki co mieli inne zadania na głowie, a liczyło się ludzkie życie przestępcy.

Pierwszym celem śledczego na miejscu noszącego znamiona przeszłości okazał się szkielet właściciela pomieszczenia. To był on, prawda? Czy nie? Kurde, może się dowie z tych ksiąg. Podszedł ostrożnie do resztki ze zwłok bywalca komnaty, próbując odwinąć materiał z sylwetki. Środki bezpieczeństwa musiały zostać zachowane, gdyż nigdy nie wiadomo czy to nie jest zabawka jakiegoś nekromanty. Niby znajdowali się pod siedzibą zakonu Sakira, choć ci mieli też przeróżnych użytkowników zaklęć. Czemu nie próbować budowy minimalizacji ryzyka? Gdyby stara szmata tam zawarta nadała się do noszenia przy trzepaniu to tak by ją wykorzystał. Było mu odrobinę zimno pośród zabitej klockami wapiennymi nicości. Bardziej interesującym elementem otoczenia stała się księga na blacie stołu. Pewnie coś zawierającego wiedzę alchemiczną. Po eksploracji struktury kościotrupa zająłby się oczyszczeniem grzbietu z okładką tomu, zagłębiając się prędko w kilka stron lektury. Co to było? Znał się częściowo na alchemii. Uniwersytet w Oros oferował mu szkolenia, których podjął się z całkiem niezłym wynikiem zanim wyrzucili go na zbity pysk. Taki to jest żywot debila z pociągiem do alkoholu i narkotyków. Kilka rozbojów na koncie, pobicie innego studenta… I oto znajdujemy się w jaskini za celą. Brakowało mu oby z tych rzeczy. Tak czy inaczej piękna sprawa. Co z resztą składników alchemicznych? Gdyby miał torbę to kilka mógłby również spakować, ewentualnie po sztuce do kieszeni spodni oraz kurtki. To, co przyda mu się do stworzenia jakiejś mieszanki pozwalającej na przetopienie wyjścia i tym podobnych ogrodzeń z zardzewiałego metalu lub drewna, jeśli to będzie konieczne. Pozostałe książki? Coś tam zerknie w nie, unikając poznania całości tekstu. A, no nie można zapomnieć o kufrze! Otworzy go siłą, niczym najlepsza kupa mięsa z Saran Dun celem poznania zawartości skrzynki. Pęknięty żyrandol? Spojrzał się w górę Barker. Nietypowe by to było. W takim odciętym miejscu? Jedynym wytłumaczeniem mogła być architektura sprzed postawienia Komandorii. O tym wiedział nie tak wiele, podróżując po świecie przez większość swej szalonej egzystencji. Zbada to na sam koniec. Na wszystko jednak chciał poświęcić jedynie pięć - dziesięć minut. Powietrze w końcu się skończy, a nadal musiał uciec z potrzasku. Nie mógł się zanadto obijać.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

126
POST BARDA
Kotka spojrzała na niego i nieco przekrzywiła pyszczek, gdy stwierdził coś o imieniu. Wtem wystawiła go nieco do góry, aby zostać podrapaną pod bródką, z pozą mówiącą jedno - teraz ci pozwalam. Mruczała wdzięcznie, oddając się pieszczocie z przymkniętymi oczkami, kiedy to w końcu Lucas uznał, że trzeba też bardziej oswoić się z otoczeniem, a nie tylko z pupilem. Kotka cierpliwie leżała w półce i położyła pyszczek na łapkach, dając przyprowadzonemu gościowi czas na zbadanie miejsca. Hazardzistę ciekawość w istocie pochłonęła natychmiast, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie. Acz szybko się zorientował, że ogień nie był rzeczą trwałą, a z wolna zamierającą. Perspektywa braku oświetlenia szybko skusiła go o poszukanie czegoś co mogłoby go przed tym uchronić. Jak można było się spodziewać, świeczek nie brakło na blacie, wystarczyło tylko pościerać nieco kurzu z przedmiotów, a i sznureczek zatopiony w cylindrowym kształcie wosku dało się znaleźć. Była też pochodnia w ścianie.
Nie mógł być pewien, jak zareaguje ten dziwny typ ognia, jak zbliży ku temu knot. Szczęściem ten zapalił się natychmiast, ciepłym, miłym dla oka jasnym światłem żółtego płomienia bez żadnych dziwnych i niespodziewanych konsekwencji. Całe pomieszczenie od razu stało się mniej mroczne, choć wciąż nie wyglądało przyjaźnie. Słabnący niebieski ogień w końcu zgasł. W powietrzu unosiły się drobiny kurzy z powodu jego dotychczasowych akcji. Nie miało to jednak jeszcze takiej gęstości, aby utrudnić widoczność, ale stało się już tak uciążliwie, że zaczął co chwila kichać.
Dostrzegł już jednak więcej detali, a i poszukiwania w tej perspektywie stały się od razu łatwiejsze. Żyrandol był dość prymitywny i prosty w konstrukcji, ot zawieszone na łańcuchu, teraz zniekształcona roztrzaskana połówka koła od wozu z wbitymi uchwytami na świeczki. Te niektóre połamane, czy też poroztapiane, trwały sobie rozrzucone po macie, aniżeli dywanie. Ta z kolei była prostą plecionką. Teraz zakrytą głównie kurzem. W suficie odnalazł też hak, który trzymał dwa łańcuchy uparcie nawet do tego momentu. Całe pomieszczenie nabrało skromności w barwach znajomego światła. Ktokolwiek tutaj przebywał nie przepadał za przepychem i oddawał się tutaj głównie pracy naukowej, alchemii, czy eksperymentom. Z pewnością pogłębianiu wiedzy magicznej.

Po samym szkielecie ciężko było mu powiedzieć, czy to była kobieta, czy mężczyzna kiedyś, acz najpewniej człowiek, szacował. Zauważył, że na palcu wskazującym wystawionej ręki widniał pierścień, a właściwie sygnet. Po delikatnym przetarciu uwidoczniło się sczerniałe srebro a w nim utknięta płynna metaliczna rtęć, schowana za przezroczystym kryształem, formując symbol, bardzo przypominający literę S.
Ubraniem było, teraz to po przyjrzeniu się i próbom zasięgnięcia i zbadaniu, coś pokroju halki, perfekcyjnie znanej przez Lucasa formy bielizny wierzchnej kobiet. Nie miała nic innego na sobie. Sam szkielet okazał się bardzo delikatny i rozsypał się przy trzeciej próbie dopatrywania się ubioru. Czaszka rozłupała się w kawałki, żuchwa odpadła i złamała się w pół. Kręgosłup też się połamał, żebra rozsypały na podłogę. No szybko z tego zrobiła się sterta kości w około krzesła, unosząc kolejną chmurę kurzu. Kotka na taki zbieg wydarzeń momentalnie się nastroszyła, zasyczała raz i pokazała zębiska w niezadowoleniu, wtem obróciła się na półce, wypinając tyłek z niespokojnie poruszającym się ogonem. Ewidentnie walnęła focha i była oburzona, nie mając zamiaru teraz się patrzeć na Lucasa.
Powoli zabrał się za ścieranie kurzu z okładki i ostrożnie otworzył. Było to coś pokroju dziennika w kompletnie nieznanym języku, a może odległym dialekcie? Choć alfabet wyglądał znajomo, a słowa zdawały się być nawet zdatne do odczytania, to brzmiały bez sensu. Daty jednak były pisane cyframi, a te choć pisane ozdobną kaligrafią, były oczywiste i nieśmiertelne w swym znaczeniu. Wyglądało na to, że był to dziennik rozpoczęty datą 311 roku. Tylko której ery? Tego autorka nie uwzględniła. Sam dziennik zdawał się być kruchy i łatwo można było go uszkodzić. Kartki przewracały się posłusznie, ale mężczyzna czuł pod palcami, że były kruche.
Tak jak się spodziewał, książki na regale, który się nie zawalił, zawierały to samo niezrozumiałe dla niego pismo. Potrzebowałby jakiegoś znawcę starych, martwych języków, aby ogarnąć co to wszystko znaczy. Wartość tego miejsca mogła być duża. Szkoda tylko, że w tak paskudnym miejscu pod komandorią sakirytów, sąsiadując z paskudnym lochem dla najgroźniejszych przestępców. Toż dostał całkiem awans z tytułu tamtego drobnego 'nieporozumienia'.
Kufer wystarczyło raz kopnąć, czy nawet pchnąć ręką, aby próchno w postaci desek ustąpiło. W środku znalazł całkiem dobrze zachowany skromny szarobiały habit, zupełnie niewpasowujący się w modę dzisiejszych zakonnic. Wełniane nogawice, chusty, jakieś przyrządy do pielęgnacji. Szczotkę do włosów, zakorkowaną buteleczkę z jakimś płynem i wnet jakiś dziwnie wyglądający kawałek chwasta... nie, to była jemioła! W tak dobrym stanie! Tą lekcję magii akurat dobrze pamiętał o artefaktach przeszłości i magicznych przedmiotach, była to zaczarowana jemioła zdolna rzucić na kogoś urok nieodpartego zauroczenia. Znalazł też interesujący pokrowiec, a w środku było krucze pióro. W idealnym stanie. Z pewnością magiczne, czuł to, gdy zbliżył palec. Znalazł też sztylet w metalowym pokrowcu, mocowany na łańcuszek, który mógł przymocować do pasa, czy przewiesić przez ramię, aby mieć go przy pachwinie, czy brzuchu, klacie, jak chciał, tak mógł wyregulować to, aby broń znalazła się we właściwym miejscu. Lucas nie mógł się oprzeć wyciągnięciu ostrza i przyjrzeniu się mu. Srebrzysty metal podbarwiony lekkim blaskiem zieleni prezentował się niezwykle ostro. Dotknął czubka i nie zorientował się nawet jak ukłucie sprawiło, że sztylet zdołał już go nieznacznie skaleczyć w palec, wydobywając maluśką powoli nabierającą na opuszku kropelkę krwi. Był bardzo ostry, acz wykonany pozornie prosto, bez udziwnień, ani zdobień rękojeści. Rzemieślnik stawiał na użyteczność tego oto przedmiotu, a sam Szakal, znawca od broni krótkiej, mógł stwierdzić, że był świetnie wyważony. Znalazł też butelkę, zakorkowaną. Może wino, albo woda? Tylko kto by korkował wodę? Nieco metalowych naczyń i przyrządów dziennego użytku. I tyle.
Spoiler:

Komandoria Zakonu Sakira

127
POST POSTACI
Lucas
No tak, światło nie będzie utrzymywać się przez wieczność. To nadal było wyłącznie zwyczajne połączenie składników chemicznych, wywołujących podpalenie podłoża. A tlenu ubywało z każdą sekundą. A zatem należy działać. Od razu facet udał się po zgaszoną pochodnię ze stojaka wbitego w ścianę, aby przenieść część żaru na kijek stający się zaraz żagiewem. Przy aktualnym oświetleniu przynajmniej nie musiał po omacku prowadzić przeszukania większej ilości obitej klockami architektury podziemia. Wszystko jednakże nastąpiło po mizianku umagicznionego mruczka. Fajne mieć takiego towarzysza! Nie gada niepotrzebnie, nie rzuca się bez powodu, nie zabiera alkoholu pewnie… Partnerka na całe życie! Znalazły się też na blacie stołu zakurzone świece, którymi mógłby jeszcze lepiej rozświetlić domniemaną pracownię alchemiczną, toteż tak uczynił. Ku zaskoczeniu dżentelmena, knoty łojówki zapaliły się bez zarzutu! Jak klimatycznie! Brakowało tylko dobrego jedzenia, ludzkiej lub elfiej kochanki oraz porządnego łoża do skonsumowania tej nocy w całości. Niby znalazł się profilaktyczny szkielet, ale w takowych przedmiotach czy też resztkach dawniej egzystującej istoty, Lucas nie gustował. Dobrze to nim świadczy, prawda? Nie utożsamiał się z grupą dzikich magów parających się magią śmierci. Zresztą większość nekromantów to po prostu narcystyczni nekrofile. Odłamani od szkół czarodziejskich walczą ze śmiertelnością, ginąc przy tym procesie wraz z sianiem rozkładu z fermentem. Trzeba cieszyć się z tego, ile się ma zaplanowanych lat przez przekorny los! O tym właśnie myśli, drodzy nekromanci! Nie popadajcie w depresję, że kiedyś skończycie żywot na ziemskim padole! Inaczej czeka was nieskończona depresja!

Żeby w tym pomieszczeniu znajdowało się jakiekolwiek okno to dałoby się tu dłużej przeżyć. Czego jednak spodziewać się po zabitym za ukrytym wejściem laboratorium? Pozostawiona na wiele wiosen kryjówka nieznanego mu badacza nosiła zbyt wiele zanieczyszczeń powietrza. Cholera jasna! Ile tego mogło być na kilka metrów kwadratowych! Co kilka niemal sekund przecierał nos wolną dłonią, gdzie druga dzierży nieustannie pochodnie. Zbliżywszy się do żyrandola westchnął cicho. Poza oględzinami sufitu nie skupiał się w dalszym ciągu na tym, nie dostrzegając wartości rozbitego koła z drewna. Widocznie zależało właścicielowi, aby mieć tą swoistą plafonierę. Niby warto, lecz czy w takiej lokacji to stało się praktyczne ciągłe pilnowanie jej użyteczności? Na to wygląda, niemniej jednak Szakal zdziwił się z wyraźnym skrzywieniem warg. Następnie uwaga padła w istocie na pozostałości po przedstawicielce płci pięknej. Rozpoznał płeć dokładniej po halce. Kilka z nich się zdjęło w przeszłości, oj tak. Swoisty sygnet mocno go zainteresował, bo biżuteria leżała w sferze upodobań szulera. Nie miał problemu z noszeniem amuletów, sygnetów i tym podobnych ozdób. A pierścień wydawał się solidny, jedynie być może wymagał wypolerowania i będzie cacy! W ten sposób wojownik zamierzał założyć go na jeden ze swoich palców. Dopóki komfortowo wchodził rzecz jasna. W przeciwnym wypadku znajdzie się w jednej z wolnych kieszeni płaszcza.

Niestety kości się prędko rozsypały po paru ruchach rąk. Pewnie dało się to przewidzieć, ale czemu miałby karmazynowo włosy jegomość przez to przestać? Jedynie kot wyraźnie ukazał dezaprobatę w obrażeniu się na kolegę, który to wzruszył ramionami. Nie czynił tego specjalnie. - Wybacz, nie chciałem… Jest tutaj tego gówna sporo. Chcesz poszukać wyjścia? - ciekawe czy prośba z przeprosinami wystarczą. Eksplorację jednak trzeba kontynuować! Księgi wraz z dziennikiem nic nie mówiły wolnej duszy. On znał podstawowy język, ewentualnie częściowo aktualną mowę elfów. Na tym się jego wiedza lingwistyczna kończyła. Uratowanie tej pracowni alchemicznej wiązało się niemalże z cudem. Bezpieczna ekstrakcja tych dzieł wymagała porządnego plecaka oraz w miarę lekkiej drogi na powierzchnię. To niewykonalne, bacząc na samą budowlę Komandorii. Barker nie posiadał takiego zaplecza godzin, aby stopniowo te tomy wynieść. Zapewne zostaną na swoim miejscu do końca istnienia. Co gość był w stanie uczynić to zabrać zapiski z pamiętnika oraz dodatkowo jedną księgę. Coś, co wydawało się nosić większą wartość - najgrubsza, najwięcej interesujących ilustracji? Laik tak to wycenił. Na koniec została sprawa kufra. A tutaj tyle prezentów, przy tym nietypowych! Jemioła wywołała szersze otwarcie oczu, podobnie jak pióro noszące ślady tkania energii. Zabiera je, bez wątpienia! Sztylet bez dłuższego zastanowienia przypiął do skórzanego pasa, tak aby kurtka mogła go przysłonić. Wyważenie się liczyło, a bez miecza to jego jedyna broń. Potrzebował jej. - Samantha, wychodzimy! Mam to, co chciałem! Niestety żadnych wskazówek względem drogi ucieczki! Musimy sobie sami poradzić! - aha, więc bez jej wiedzy sobie ją zaczął nazywać! Ma tupet facet, ale mówienie kochanie czy koteczku to wykraczało poza jego dobry smak kurtuazji. Jeszcze porwał butelczynę z zapadniętego kufra. Odkorkowując zbadał zmysłem węchu woń. Woda? Nie ma szans. To alkohol, jak nic. Gdyby zapach się zgadzał to… mag golnie sobie, a co! Musi uzupełniać płyny w organizmie! - No to chlup w ten głupi dziób. - gulp, gulp, gulp. Trzy łyki, nie więcej. Małe, ale stanowcze. Już trunek spływał przez przełyk wprost do żołądka. Czy umrze? Oby nie. Lucas nie chciał umierać. Jak umierać to z uśmiechem w otoczeniu królewskich pieleszy. Pozostało tak naprawdę poszukiwanie wyjścia, dopóki miał jeszcze czym oddychać. Zegar robił tik, tok… Tik, tok…
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

128
POST BARDA
Kotka tylko na chwilę stroiła focha, widocznie przeprosiny zadziałały, acz nie raczyła się z tego tytułu do niego odezwać, miałczeć. Sama znów zaczęła się kręcić pośród tworów alchemicznych, przyglądając się im ciekawsko. Tym razem świadomie i z gracją przemieszczając się, nie zahaczając choćby ogonem żadnej z kolb, buteleczek, czy fiolek. Zeskakując z półki, a potem wskakując na inną, to gapiąc się na co poniektóre z poziomu ziemi w prostym kocim siadzie z wachlującym ciekawsko ogonem. Wszystko jakby zastanawiała się jawnie, co do czego mogłoby służyć.
Szakal tymczasem szabrował w najlepsze. Sygnet zaciążył mu na dłoni jak go założył. Przez kilka chwil nic takiego się nie działo. Acz z każdą sekundą zdawał się być coraz to bardziej nienaturalnie ciężki. I im dłużej go miał na sobie tym ręka stawała się coraz bardziej bezużyteczna w związku z coraz to większym wymaganym wysiłkiem. Zdjął go z palca i natychmiast jego dłoń poczuła dawną lekkość, a sam przedmiot znów miał swoją pierwotną wagę. Rtęciowe S zabłysło złowrogo, jakby się uśmiechało do niego, a może puściło oczko, albo to już była jego poharatana ostatnimi wydarzeniami wyobraźnia. W końcu kryształ nad rtęcią mógł zwyczajnie zreflektować światło ze świeczki. Póki co schował przedmiot do kurtki.
Resztę fantów upchał również. Najgorzej było z książką. Spostrzegł, że nie wytrzyma ona miejsca pod ubiorem, a tym bardziej jakby przyszło mu skakać, upadać, czy zwyczajnie biegać. Wierzch okładki wydał z siebie niepokojący dźwięk rozdzierania. Mógł ją trzymać w ręce, albo zostawić, albo liczyć, że nie rozleci się w drzazgi, jak te przy zapadniętym regale. Druga podjęta księga z nieuszkodzonej to półki, zdawała się również stanowić zabytek, zdolny się rozlecieć z byle powodu. Którą by to nie sięgnął, to mógł znaleźć dla nich kilka cech wspólnych. Były napisane pięknym pismem, bardzo estetycznie, pewnie były całkiem całkiem warte i do tego bardzo łatwo można było je zniszczyć. Jedna nawet rozleciała mu się w rękach, wznosząc z podłogi kolejną chmurę kurzu.
Chwyt za korek i powolny ciąg pozwolił uwolnić dostęp do skrytego płynu w butelce. Kilka łyków i Lucas już wiedział, że ma do czynienia z winem. Czerwone, niby półwytrawne, ale przechodziło po gardle zostawiając orzeźwiającą słodycz z nutką cynamonu i metalicznego posmaku. Dawno takim rarytasem nie miał okazji zapełnić swojego podniebienia, a i przyjemne ciepełko rozeszło się zaraz po ciele. Aż przeszły go przyjemne dreszcze rozluźnienia. Tak, pobyt w lochu zdecydowanie mu ubliżył, a teraz choć trochę sobie odbił udręk życiowych tym oto winie dojrzałym i to jak. Rocznik setki lat temu, którejś tam ery. Ciekawe czy ktokolwiek by mu uwierzył?

O ile wino mogło mu nieco poprawić humor to dalsza eksploracja, cóż, raczej nie przypadła mu do gustu. Idąc w kierunku wejścia z pochodnią dostrzegł w końcu i korytarz którym wszedł. Mógł iść w stronę lochu, albo iść dalej korytarzem. Za dużo nie poszedł jak napotkał zawalone cegły wymieszane ze fragmentami skały. Jedyna droga była w kierunku pierwotnym, ku dziurze z łańcuchami, starym strażnikiem, co karmił go spuszczaną na linie miską. Napotkał przed sobą zasłonę w postaci ceglanej ściany. Znalazł też i płytkę, nieco wklęśnięty duży na całą szerokość korytarza i długi na łokieć niewielki uskok w płaskim podłożu. Zauważył też dwie dźwignie przy ścianie. Wyglądały bardzo solidnie, jak je obejrzał z bliska. Gruby metal.
Nim zdecydował się za którąś sięgnąć, natchnęło go, aby zobaczyć co robi jego towarzyszka, która postanowiła zignorować jego pomysł na chodzenie po okolicy. Kotka siedziała między dwoma fiolkami i czekała na niego. Skierowała to spojrzenie na jedną fiolkę to na drugą. Obie były podpisane i miały etykiety... Eliksiry? No tak, tylko nie miał jak się dowiedzieć z nich co robiły, skoro były napisane w tym samym języku co książki. Jeden wydawał się strasznie dziwny. Widział kształt menisku cieczy zawartej w środku, ale sama w sobie była niewidoczna, jakby fiolka byłaby pusta. Drugi eliksir był też nietypowy. Klarowny fioletowy musujący wciąż eliksir wypuszczał bąbelki, które z kontaktem ze szkłem zamieniały się w kroplę i spadały z powrotem. Z daleka wyglądało to jak mgiełka, dopiero jak podszedł dostrzegł zjawisko. Kotka patrzyła na niego przedłużenie, jakby czekała co zrobi. Było tutaj jeszcze trzynaście innych interesujących eliksirów, acz spojrzenie magicznego zwierzaka jakoś mówiło mu, że te dwa powinny mu pomóc... w czymś. Zamiałczała krótko i mrugnęła oczkami.

Komandoria Zakonu Sakira

129
POST POSTACI
Lucas
Kot jak to kot poruszał się z pełną gracją, odmawiając uwagi otoczeniu oraz Lucasowi, który zajmował się przeczesaniem miejsca na tyle, ile się dało je opróżnić z kosztownych rzeczy. Nie zamierzał przeszkadzać zwierzakowi w poszukiwaniach interesujących rozwiązań na ucieczkę. Bo to właśnie czyniła, prawda? Magiczne stworzenie zapewne miało lepszą orientację w terenie niż ten szalony czarownik z głową wypełnioną myślami o kolejnej wybrance. Wszak widział na przykład w ciemności! No, ale przecież liczyła się głównie ewakuacja w tym momencie. Niemniej jednak niech mruczuś dalej buszuje z finezją, a człowiek robi raban. Barker dorwał potencjalnie niezwykły pierścień o przetartym srebrze. Ta litera S jakby przemawiała do niego… Sakir? Jakiś kult, którego nazwy nie jest w stanie spamiętać? Trudno powiedzieć do kogo lub czego przynależał ten pierścień. Szakal prawdopodobnie nie wydedukuje nic z tych zapisków. Prędko dla pierwszego testu poderwał go w dłonie, aby następnie ten przedmiot znalazł się stylowo na serdecznym palcu przestępcy. Trochę przyciężkawy z początku… A kwestia wagi zaczęła z każdą chwilą iść w złym kierunku. Co to miało być? Jakiś przeklęty artefakt, ot co! Gdy już jego ręka przestała wytrzymywać to natychmiast próbował go ściągnąć z zamiarem włożenia do kieszeni. Na szczęście mu się udało, ufff. To definitywnie narzędzie tortury… albo zwyczajnie przystojniak nie jest jego godzien. Kto wie.- Co za cholerstwo! - wysyczał, rozmasowując bolący paliczek. Co z resztą bibelotów? Niezwykłe ustrojstwa popakował do ubrania, a w tym ostry sztylet. Problemem pozostały te przeklęte księgi. Skoro nie dał rady się z nimi zabrać poprzez upchanie w wolne kieszenie to obrał zgołą inną taktykę. Chciał poluzować własny pasek do spodni, aby w przestrzeń pomiędzy materiałami zablokować wolumeny. I zrobił się mały klops. Literatura nie wytrzymywała ruchu maga, gdy ten poruszał biodrami lub przy ustawieniu tytułów w obrębie pleców. Nie ma porządnego plecaka lub torby - nie ma zabierania twórczości. W zdenerwowaniu cisnął dziennikiem i najpotężniejszą z lektur gdzieś w kąt. - A jebać to! - nie patyczkował się ze słownictwem. Kto zwróci mu na to uwagę? Był sam jak palec, nie licząc magicznej towarzyszki. Wybaczy mu ten charakter. Taki po prostu był Luke.

Najważniejszym elementem skarbów okazał się trunek! Oczywiście, że tak! Upiwszy kilka łyków przymknął oczy w zadowolenia. Trudno mu było nawet to skomentować otwarcie lub nie chciał tego czynić. Wolał rozsmakować się w paru sekundach przyjemności. Nie zaprzestał na tamtych łyczkach, bo jak tylko rozpoznał właściwości cieczy to golnął ostatni raz porządnie. To pozwoli temu indywiduum się rozgrzać na tyle, aby jego kończyny wytrzymał dalszą wyprawę. Niestety lochy nie posiadały dobrego ogrzewania, ponieważ ciepło bijące od pochodni zazwyczaj nie wystarczało. Tutaj podpalony kawałek drewna właściwie przygasał stopniowo, więc alkohol musiał stać się źródłem znieczulenia oraz gorąca. Tego akurat broń boże nie mógł zostawić. Będzie butelczynę nosił w zębach jak trzeba! I w ten oto sposób można kontynuować eksplorację celem udania się w siną dal z tego miejsca. Korytarz nie napawał przy tym optymizmem. Wrócić do celi nie chciał, a zawalone przejście sprawiało, że hazardzista tym bardziej tracił fizyczne siły samym przyglądaniem się tej blokadzie. Rękoma nie wygrzebie się z niczego. Westchnął głęboko, a po dojrzeniu dźwigni zapaliła mu się lampka w głowie. Zawsze coś, od czego można zacząć. Powrócił do głównego pomieszczenia, szukając wzrokiem samicy. - Tam są jakieś wajchy! Mogą otworzyć jakieś tajne przejście, mam nadzieję… Bo innego wyjścia za bardzo nie widzę. - i nadeszła chwila z tymi miksturami. Jako delikatnie rozeznany z sztuka alchemiczną, uwodziciel nie miał pojęcia co one robią. Pan Monroe go nauczył, by nie dotykać ani nie próbować niczego bez etykiety z opisem działania. Były tam jakieś etykiety? Przyjrzał się po wzięciu do dłoni to, co wskazała mu Samantha. Zupełnie nie znał tego typu mikstur. Do diabła! Co miał z tym zrobić? - Jeżeli mi nie powiesz co to jest to zdajesz się na moją wyobraźnię, wiesz? - odparł pół żartem, pół serio w stronę kotki, kichając przy okazji z nadmiaru kurzu. Odstawiając tlącą się jeszcze pochodnię na uchwyt w ścianie oraz butelczynę na stolik, powziął ów ekstrakty. Chwila zastanowienia. Cisza. Nie potrafił przetworzyć wiedzy z zakątków pamięci. Spuścił głowę, pociągnął nosem. Wiedział, co zrobi. Słuszność tego to inna sprawa. - Ryzykuję, koleżanko. Jak umrę to będziesz miała co jeść. - plan okazał się banalnie prosty. Łączymy fiolki! Taki chemik z niego! Cokolwiek się stanie przyjmie to na klatę i twarz… dosłownie. Potem jeżeli nic się nie wydarzy to rzuci obiema roztworami w zawalone przejście. Tak dla sportu. Nie żeby ktoś tego również mu zabraniał. Dzikie akcje, dzikie skutki.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

130
POST BARDA
Księga pofrunęła przez pokój zderzając się z granitową ścianą. Trzask próchna wyrzucił drobiny rozdartego nagle papieru, przypominając deszcz podartych skrawków. Widowisko i odgłos, było to nawet satysfakcjonujące w swej prostocie zniszczenia. Kolejny zabytek poleciał i też z podobnym efektem zamienił się w bezładną stertę strzępów. Samantha odprowadziła spojrzeniem drugi miotnięty wolumin, mrugnęła dwukrotnie oczkami i zaczęła marudzić po kociemu przez jakiś czas. Nikt poza tym nie miał mu tego za złe, no chyba że księgi, ale one przecież nie były żywe prawda? Tyle dobrze, że butelkę mógł zwyczajnie wcisnął w kieszeń, w portki, czy jak chciał. Trochę będzie mu wystawać co najwyżej. Szkło wytrzymałoby wszystko, czego stara księga nie mogłaby, chyba że jakieś mocniejsze uderzenie.

Zabrał się za mikstury. Kotka mrugnęła okiem zachęcająco, ale zrobiła większe oczy, jak ten się zdecydował wlać jedno do drugiego, momentalnie się spłoszyła, ale nic się nie stało. Wtedy zaczął się koci jazgot. Chyba zbierał opiernicz za to co zrobił, od kota? Kto by pomyślał. No nie takie całkiem nic. Niewidzialna ciecz wymieszała się z drugą i miał dwa razy więcej niewidzialnej cieczy. Naszła go myśl, żeby może wypróbować jak to na czymś działa, ale chyba był już zbyt sfrustrowany swoją pozycją i poszedł zwyczajnie rzucić eliksir o gruz co stał mu na drodze. Kotka poszła za nim, usiadła i odprowadziła również wzrokiem kolejne dwa przedmioty miotnięte przez Lucasa. Po tym ze zrezygnowaniem, wróciła na zawalone łóżko i złożyła się do odpoczynku, zawijając się w kłębek.
Lucas mógł z dumą, albo i bez niej, spostrzec efekty swego działania. Szkło rozbiło się z charakterystycznym sobie dźwiękiem, ciecz rozprysła się po kilku z większych kamolców. Te na jego oczach pierw zaczęły się swobodnie unosić ku sufitowi, a potem zniknęły mu sprzed oczu, tak po prostu przestał je widzieć. Przejście jednak zaledwie nieznacznie oczyściło się z zawalonego budulca. W sumie to kropla w morzu, jak to mówią marynarze... och tak już mógł poczuć tęsknotę za świeżym powietrzem.

Komandoria Zakonu Sakira

131
POST POSTACI
Lucas
Pozbył się tego, czego i tak nie był w stanie zabrać. Widocznie Samantha uznała zachowanie czarownika za niestosowne oraz… głupie, ale co poradzić? Facet utorował w swej głowie drogę do wolności usłaną rzuconymi przedmiotami tu i ówdzie. Problemem pozostawała kwestia przebicia się przez zabudowaną jamę. Lucas nie posiadał kifola, łopaty ani innego, wartościowego narzędzia. Jak zostało to wspomniane wcześniej - ręce tutaj nie wystarczą. Najlepszym jego rozwiązaniem pozostało zmiękczenie struktury przejścia, aby te się samoistnie zawaliło albo ustąpiło pod wpływem siły bawidamka po tej destabilizacji twardości. Pokręcił nosem na całe zajście, przy czym syknięcie kocicy zostało przez Szakala dość skrzętnie skomentowane. Wypowiedź nosiła przy tym delikatną frustrację. - Hej, ja coś tutaj próbuję podziałać. Jak masz zamiar narzekać to zajmij się wszystkim sama. Ja tak to zrozumiałem. Poza tym w końcu to nie jest twoja prawdziwa forma. - prychnął niezadowolony. Pomogła mu, lecz dlaczego miała pretensje o tę sytuację? Ryzyko istniało, to fakt. W każdym razie nie miała pojęcia na ile Barker zna się na składnikach alchemicznych. Jego próby były równie dobre co seks bez zabezpieczeń, tyle że z błyskawicznym skutkiem. Dziecko mogło z tego wyjść lub też nie. Nie żeby w jakiejkolwiek takiej akcji karmazynowo włosy szarlatan dbał o tego typu rzeczy, lecz… no jego rozwiązanie przy wielu wybojach życiowych okazywało się ruletką. Nie bez powodu stawiał niejednokrotnie wszystko na ostatnią kartę jak prawdziwy pokerzysta. Członkini ich “drużyny” miała jednak pełne prawo dać sobie sposób z osobą użytkownika czarów. Poszła odpoczywać do snu na rozwalonym łóżku jak mniemał, a to sprawiło że prędzej zabrał się do reszty roboty. Mizianko się skończyło już parę minut temu.

Jego wachlarz zdolności nie prowadził do jakiegokolwiek dobrego finału tego wydarzenia. Żywioł powietrza dawał spryt, lekkość oraz możliwości iluzorystyczne. Nic godnego użycia na tę chwilę. Zatarł dłonie, udając się z powrotem do półek. Więcej mikstur? Testowanie na sobie to rychła zagłada, a trzeba jeszcze pożyć. Kto wie, zostać wampirem i egzystować na tym padole łez wiecznie! Co za wizja! Nie spotkał wąpierzy, lecz nikt nie wie co go czeka w najbliższej przyszłości lub zaświatach. Tak czy inaczej ciskanie fiolkami póki co się nie zakończyło. Gdy tylko oszust złapał za naczynia to po przeniesieniu ich na względnie bezpieczną odległość od zawalonego korytarza zaczął rozbijać resztę o poprzedni, naruszony cel. Krok po kroku. Jedynie pilnował, aby alkohol nie wszedł z kontakt z żadną z tych nieznanych naparów, a tym bardziej aktywna pochodnia. Tutaj akurat zdawał sobie sprawę z efektów ubocznych. Reszty jednak nie znał, więc… do boju! Zbadajmy te właściwości razem najsprawniej jak to możliwe! Co złego może się stać? Kot zasyczy? Rozwali kawałek ściany? Prawidłowo! Oby chłop nie dostał rykoszetem czy coś. - Hahaha! Niech ta przeszkoda zniknie z mej drogi! - z jakiegoś niewyjaśnionego powodu rozpoczął maniakalny śmiech. Facet ma technicznie deficyt narkotyków w krwiobiegu lub stopniowo stawał się mniej poczytalny. Czuł taką potrzebę, a nikt go nie zatrzyma. Ani księgi, ani zwierzak. O kurcze, można by było tam dorzucić troszkę papieru. Czemu nie? Do mieszanki dowalił te notatki bezwartościowe. Dla niego pozostawały one przynajmniej bezwartościowe, bo nie zdoła ich skutecznie spieniężyć. Zapewne nikt także nie dałby rady przechwycić ich bez wsparcia szulera, gdzie nie stał się tym myślącym o archeologicznej wartości tych zapisków. Olać to wszystko! Niszczymy i czekamy na wynik!
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

132
POST BARDA
Szakal zabrał się do prób odgruzowania zawaliska, uznając że nieduże kolbki z nieznaną zawartością byłyby w stanie załatwić sprawę. Nie szczególnie się im przyglądając zebrał wszystkie na głównym korytarzu. Stwierdził też, że i papier, czy to co z niego zostało nada się do zadania. Tak też uczynił. Zebrał notatki na stertę, jakby miał zamiar rozpalić ognisko. Toż przyszła kolej na fiolki.
Poleciała pierwsza, po rozbiciu zawartość zaraz zastygła na papierze zamieniając się w bursztyn
Poleciała druga. Huknęło tak, że nagle światło zgasło mu przed oczami.

Nie wiedział kiedy, ale ocucił się leżąc na ziemi w tym samym przeklętym korytarzu. W uszach jeszcze mu szumiało nieznacznie. Bolały go nogi i ręce z kilku miejsc. Miał powbijane nieduże kawałki szkła, które przeszły przez ubiór.

Sama próba okazała się daremna, Udało mu się ledwie skruszyć kilka kamieni i rozsypać wszystko dookoła. Bezcenna wiedza z minionej epoki dosłownie ulotniła się w powietrzu. Acz gdyby nie to, możliwe, że odłamek skały zraniłby go mocniej.
Pochodnia leżała nieopodal niego na podłożu korytarzu, wciąż się paliła. Eliksiry, czy mikstury, powywracały się, ale nie stłukły, leżąc koło niego. Butelkę co zostawił w progu do pokoju, też było z nią wszystko w porządku.
Spoiler:

Komandoria Zakonu Sakira

133
POST POSTACI
Lucas
Z początku ciskanie naczyniami z nieznanymi cieczami szło całkiem sprawnie, a nawet nie wzbudziło większych zmartwień u maga. Przynajmniej tak się działo do dojrzenia skutków rozlania substancji z pierwszej fiolki na kartki niebywale cennych kartek książek naukowych. Czemu jednak miałby o tym rozmyślać zanadto? Teraz ta wiedza w nieznanym języku pofrunie wprost do granic atmosfery, odchodząc jednocześnie w zapomnienie. I dobrze. Świat jest wystarczająco popaprany, aby w zanadrzu oferować ciekawskim dodatkowe zagadnienia z tajemnych sztuk alchemicznych Te wszak z jakiegoś powodu prowadzone były w piwnicach obecnej siedziby zakonu. Po co i dlaczego tu, a nie w placówce na powierzchni - nieważne. Wystarczyło, że to nazbyt podejrzane lokum, a nasz bohater zmęczony brakiem możliwości zabrania części lektur chciał się ich pozbyć. Niemniej jednak gdy płyn z inicjującego pocisku w postaci mikstury zamienił się w bursztyn to Barker tylko wzruszył ramionami. Mało warte gówno. Niby niosło jakieś ślady zainteresowania tym jak to powstało, ale czy komuś zdołałby opchnąć taki patent? Zbyt wiele poszukiwań szalonych oraz majętnych rzemieślników do tego. Jego zdaniem należało to do sfery małych strat. A dalej już zrobiło się ciekawiej. Boom! Druga z kolei buteleczka roztrzaskała się o zabudowany korytarz z niesamowitym hukiem, a czarownik stracił tym samym momentalnie przytomność. Nie miał nawet chwili, żeby odpowiednio zareagować chociaż solidnym odskokiem…

- Ugh, mój łeb… - powoli wygramolił się po bliżej nieznanym czasie na równe nogi, prostując każdą kość przy rozciąganiu zastygłych stawów. Rozejrzał się na prawo i lewo, widocznie zdezorientowany. Jakim cudem to pierdolnęło? Takie tutaj potężne środki się znalazły? O ja cię! Płaszcz z koszulką oraz spodniami nosiły w niektórych punktach tego ubioru ślady przebicia ostrymi odłamkami krzyształu. Ból stopniowo zaczął dochodzić do receptorów ciała hazardzisty. Szaleniec miał teraz nowe zadanie przywrócenia siebie do pierwotnego stanu w miarę własnych możliwości. Bez apteczki czy nawet bandaża pozostało mu usunięcie elementów obcych z sylwetki. Delikatnie, aczkolwiek stanowczo przy oporze wyciągał każdy kawałeczek szkła aż cierpienie pociętej skóry ustępowało. W najlepszym wypadku mu to zaschnie i będzie po krzyku. Gorszym scenariuszem okaże się zakażenie, ale hej… Miał alkohol do odkażania, czyż nie? Popiecze, lecz jest dużym chłopcem. Zniesie to. Odrobina trunku na rany wywołała słyszalne syczenie faceta. - Pierdolona komnata tajemnic… Ja wam dam, gnoje jedne! Wy z zaświatów, patrzcie jak niszczę wasz dorobek ciężkich badań! - no cóż, teraz po procesie udzlelania samemu sobie pierwszej pomocy przejdzie do kontroli bliższej prawidłowości bezpieczeństwa i higieny pracy. Oznaczało to… zrobienie swoistego paleniska z tych ksiąg tuż koło otworu, a następnie zbombardowanie go resztą roztworów.

Wiedział, że mu tlenu starczy na jeszcze najbliższą godzinę. Takie założenia luźne, ale wiedział! Potem nie będzie odwrotu. Gdzie on był w każdym razie? Nie ma. Jest prawie że w trumnie, gdzie wejście zostało zagrodzone. Wyjątkowe dźwignie niestety poczekają na plan d. Nie wiadomo czy kompletnie postarał zmysły czy to przykład zemsty na profesorach z Oros, którzy chwalili się swoimi pracami tu i ówdzie. Luke wpadł w trans chęci zniszczenia dobytku z tego miejsca. Powodów mogło być jednak więcej, którymi nie miał się komu pochwalić. Zbudował po drugiej stronie pomieszczenia osłonę z krzesła oraz stołu celem nie oberwania kolejnymi rykoszetami resztek przedmiotów. Ustawił ekstrakty w środku kółka, w obrębie porozwalanych tomów koło kamieni. Karmazynowowłosy udając się następnie za drewnianą barykadę uprzednio podpalił archeologiczne paliwo czyli grzbiet najbliższego mu dziennika z paroma kartkami. Temperatura makulatury podgrzeje wywary od spodu, a on poczeka na możliwie wystrzałowy efekt jak za poprzednim razem. Tylko, że teraz jest podobno przygotowany na garść ułomków w ukryciu! Nie wychyla twarzy ani żadnej części kończyny. Olał przy okazji sprawę samopoczucia kotki, która zupełnie pochłonięta została regeneracją sił. Będzie musiała przystanąć na powalony pomysł psychopaty. Niech się dzieje wola boska, Szakalowi nie spadnie nawet szczypta włoska! - Wyjdę stąd!!! - wrzasnął sobie dla wiwatu na koniec.
Ostatnio zmieniony 13 sty 2022, 22:07 przez Lucas, łącznie zmieniany 1 raz.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

134
POST BARDA
Lucas miał wbity kawałek szkła w wierzch prawej dłoni, i w klatę, szklany szpikulec, przypominający malusieńki klin prosto w lewego sutka. Prawy łokieć i tył głowy bolały go od niekontrolowanego upadku prosto na twarde podłoże. W udzie tkwiły liczniejsze kawałki, ale wystawały nawet, to też łatwo było wyjąć, tylko nieznacznie kalecząc się w lewy wskazujący palec. Z samej ręki również. Najgorzej było z klatą, jako że było to wyjątkowo bolesne, acz Lucas nie był mięczakiem. Początkowo musiał pierw zdjąć ubrania i na chwilę obnażyć się nieco. Acz wtem wciskając palce w ranę, nie szło tego ustrojstwa chwycić, wręcz pogłębiał swój problem, a ostry wżynający się kawałek cholerstwa wyciągnął to z niego jęk. Musiał zacisnąć tkankę możliwe z od spodu rany, jakby chciał coś wycisnąć, aby ta stanowiła większy opór, nim drugą ręką powoli palcami dobrał się do wrednego kawałka szkła, otwierając nieco przeciętą brodawkę. Ze co najmniej kilkoma łzami w oczach zdecydował się na oczyszczenie obrażeń winem. I to dzielnie zniósł, jego uparty charakter był gotów na każde fizyczne cierpienie, które puentował niczym rozsierdzona żmija. Trochę się przy tym upaćkał własną krwią, głównie ręce. Krwotoku żadnego z tego nie było, ale dotarło do niego, że lepiej będzie to czymś zawinąć. Z pewnością udo, które było najbardziej podziurawione, a z raczej przyjdzie mu wykonać nieco wysiłku. Choćby w chodzeniu.
Metalowy blat stawiał nieco oporów, aby go wytargać odpowiednio, uprzednio zrzucając wszystko z niego na podłogę, acz z pewnością stanowił świetną zasłonę w porównaniu do reszty rupieci, jakie tu były. Z pewnością lepszą niż krzesło, które z żałosnym chrzęstem mu się połamało, jak je ustawiał. Mógł je równie dobrze dorzucić do planowanego ogniska.
Zbierając odpowiednie rzeczy na swoje miejsce, podpalił lont, czy raczej papier, któremu bardzo się spodobało płonięcie, aż przyśpieszył aby schować się w pomieszczeniu za metalowym blatem. Czekał tak chwilę, aż zaczął się niecierpliwić. Przez moment nawet korciło go aby się wychylić. Usłyszał w końcu że coś pękło i długie nic.

I wtedy dopiero trzasnęło! Momentalnie w pokoju zrobiło się tak jasno, że aż biało. Hałas go ogłuszył wypełniając jego słuch nieprzerwanym piskiem. Buchnęło ogniem tak, że dotarł on do samego blatu, smagając go chciwie, aż Szakalowi zrobiło się ciepło i nogawka mu się zapaliła. Ziemią wstrząsnęło, z sufitu coś się posypało. Oberwał małym kawałkiem gruzu w łeb z jakiegoś dziwnego kąta rykoszetu, ale niegroźnie. Od blatu odbiło się kilka uderzeń, takich że sam blat z piskiem i wgięciem nieco się przesunął wraz z samym Lucasem. Usłyszał jak coś się wali i sypie, choćby i przez pisk w uszach. Potem kolejna zdecydowanie mniejsza eksplozja od strony regału z pozostałymi chemikaliami. Szkło wystrzeliło i tym razem odbijając się od całego pomieszczenia pchnięte kolejnym ciśnieniem eksplozji. acz skulony i schowany za blatem oberwał tylko jedną drobiną zaledwie nacinając mu policzek.
Kurz się podniósł tak, że momentalnie zaczął kaszleć. Musiał zasłonić nos i usta kurtką, bo by się zaraz udusił. Chwilę jeszcze coś się sypało, wtem odważył się spojrzeć, próbując wzrokiem przebić się przez chmurę pyłu i kurzu, który bardzo leniwie opadał. Meble i pozostałe księgi jakie tu były spowiły płomienie. Paliło się wszystko co mogło, może z wyjątkiem samego Szakala, jeśli nie liczyć nogawki. Połamane łóżko, mata, resztki mebli i notatek, martwy, bo nieruszający się kot. Dym zaczął niebezpiecznie zbierać się pod sufitem, wiedział że musi czym prędzej zapoznać się z efektami wybuchu i uciec z tego poziomu gdziekolwiek.

Korytarz tym razem ucierpiał znacząco. Musiał chodzić po rozrzuconych kawałkach gruzu, który również i z sufitu się posypał. Ściany dookoła eksplozji jakby wyrwało do środka. Sam korytarz posunął się do przodu, ale chyba zawalił się tam dalej już całkiem. Nad miejscem eksplozji w suficie też wyrwało kawał skały, acz to co szczególnie zwróciło jego uwagę, to dziura o średnicy korytarzu dokładnie w miejscu wybuchu. Przyłożył swoją wierną pochodnię i cóż dostrzegł tam w mrocznym dole zawalony gruz ze swojego piętra. Jeśli chciał zejść tam na dół, czekał go skok jakieś około sześć łokci na nierówną stertę kamieni i pokruszonych cegieł.

Komandoria Zakonu Sakira

135
POST POSTACI
Lucas
Tak naprawdę najgorsze miał dopiero przed sobą. Sytuacja z latającymi kawałkami szklanych pojemników należała do niebywale małych zmartwień Lucasa. Prawdą jest, że odnosił w przeszłości znacznie poważniejsze rany, co wcale dobrze nie świadczyło o jego instynkcie samozachowawczym. Możliwie też należał do grupy ludzi uzależnionych nie tylko od substancji psychoaktywnych, lecz adrenaliny. Widać to po oczach takich osobników, co świetnie ujawnił w trakcie rzucania związkami chemicznymi. Ten błysk w rogówce mówił sam za siebie. Wpierw zasiadł na ziemi, gdzieś niedaleko lokacji, w której usnął od fizycznej traumy. - Ach, jebać kurwy i zdrajców… - nic to nie znaczyło poza typowym “przecinkiem” pomiędzy wypowiedziami. Soczyste przeklinanie w dobie utraty krwi oraz nabycia nowych blizn to coś oczekiwanego u tego indywiduum. W ten oto sposób miarowo wyciągał te drobiny materiału amorficznego z naskórka. Jęknął tu i ówdzie z mocnym zasyczeniem, gdzie determinacja pozwoliła mu mimowolnie brnąć dalej z budowaniem sekwencji pryśnięcia ze stolicy. Z pozoru obrażenia wydawały się niewielkie, jednak poprzebijane udo mogło stanowić problem przy dłuższych podróżach. A tutaj sprawa rozchodzi się o ucieczkę z więzienia! Szuler zerwał kawałek tkaniny z własnego stroju, a mianowicie odzieży wierzchniej takie jak lniana koszula pod spodem czarnej kurtki i starał się tym zatamować ewentualny krwotok. Sącząca się karmazynowa posoka nie była tutaj również mile widziana, a pozostały płyn powinien utrzymywać swój przepływ w środku naczyń krwionośnych.

Przedstawienie czas zacząć! Pozostawiwszy nietypowe ognisko z jeszcze bardziej interesującą i niewiadomą podpałką pokierował się za zasłonę z metalu. Wskrzeszenie ognia utworzyło takie zagrożenie jak odpalenie lontu laski dynamitu we własnym domu. Przeraźliwy huk wyłączył jeden zmysł maga, odsuwając go do tyłu z resztą osłony delikatnie. Zastawa meblowa sprawiła, że cudem uszedł z życiem po poronionej realizacji tego debilnego pomysłu. Szakal oberwał zaledwie jednym, niedużym kamieniem w łeb oraz szkłem w policzek przy chaosie reakcji cieczy na regałach. - Argh! - kolejna dawka bólu zainicjowała chęć do ruchu. Nogawka mu się jednak paliła! Nie miał pojęcia kiedy to się stało z powodu całego zamieszania! Starał się ją ugasić trzepaniem rękawów bez wyjątkowej agresji. Błędnik się chwiał zarazem, a unoszący pył wraz z kurzem uniemożliwiał mu już wystarczająco utrudnione oddychanie. Przy tej burzy bodźców wiedział przede wszystkim, że ma uciekać. I to migiem, jak tylko hałasy sygnalizujące walące się głazy ustąpią. Czarownik zasłonił usta oraz nos prawicą z częścią ubrania, próbując z opuszczoną nieco głową pokierować się z powrotem do zawalonego przejścia z płytą naciskową. Płomień szedł do góry z dymem, a zatem to powinno dać mu kilka chwil na względnie bezpieczną ewakuację z tego kurwidołka. Kątem oka w międzyczasie uwodziciel dojrzał smutny los nowo poznanej towarzyszki. Co on jej uczynił… - Wybacz, Samantho. - szepnął bardziej do siebie, nie zastanawiając się nad tym dłużej. Podjął się ryzyka, a mruczuś znalazł się w pobliżu nie tego wariata co trzeba. Los niekiedy za te błędy karze. Z pełnią dopiero co zasklepiających się cięć podejmował próby rozeznania w otoczeniu płonących ścian, kaszląc przy tym niemiłosiernie. Przeklęte zatrucie wdychanego gazu! A niech to diabli!

Oczywiście grota zagraciła się bardziej, czyli uzyskał efekt odwrotny od oczekiwanego. Plusem pozostało to, że zrobił na tyle duży raban, że odłamana część sufitu utworzyła nową ścieżkę w głąb podziemia. Coś tam się znajdowało? Cholera wie, ale zbyt wielu opcji nie miał w tym momencie zanim nie stanie się żywą świeczką na kilka minut czy też kupą mięsa bez zdatnych płuc. Ciemno, bez śladu żywej duszy. Lucas nie zamierzał w każdym razie skakać tam jak zwierzątko do dziupli. Połamie sobie nogi albo co gorsza totalnie poharata ciało o krawędzie płyt kamiennych. Po dosłownej sekundzie zastanowienia upuścił pochodnię wolną dłonią na stertę tychże głazów. Postara się ustawić w pozycji zwisającej, trzymając się oburącz krawędzi nowego otworu. Dlaczego? Gość zamierza rozhuśtać się, aby jego sylwetka poleciała co najmniej metr dalej od skupiska wapiennego. Dzięki temu uniknąłby dramatycznego poturbowania. Stawiał wszystko na jedną kartę jak się dało zauważyć, ale co mu pozostało? Na koniec skuli się do pozycji embrionalnej, próbując uderzyć bardziej bokiem pleców o glebę. Byle nie lądowanie na główkę czy proste nogi! Chowa się w swym objęciu, mogąc jedynie modlić o dobry finał. Choć czy wiara we własne siły nie powinna wystarczyć?
Głos

Muzyka

Wróć do „Saran Dun”

cron