Komandoria Zakonu Sakira

151
POST BARDA
Mort nie miał w celi niczego, co mógłby urzyć przeciwko Łysemu. Żadnego luźnego kamienia, żadnego kawałka metalu, nawet pustej butelki! Bracia zakonni zadbali, by więźniowie nie mieli niczego, co mogłoby pomóc im w ucieczce. Prócz łańcucha przymocowanego do kostki, posłania i... właściwie, czterech ścian, pochwyceni nie mogli posiłkować się niczym.

Dlatego atak na Łysego nie wyszedł tak, jak był planowany. Bo choć Mort użył całej swojej siły, nie wystarczyło jej, by ogłuszyć kapitana Sakirowców. Zaprawiony w boju mężczyzna miał twardy czerep i chociaż cios posłał go na ziemię, nie stracił przytomności. Przynajmniej jeden cel został osiągnięty i rycerz nie umarł od ciosu!

Niestety, bicie po głowie nie było tym, co rycerz uważał za akceptowalne.

- Ty gnoju! - Warknął, bo wraz z ciosem, opadła iluzja, którą wcześniej nałożył na niego więzień. Bardzo szybko zebrał się z ziemi i oddał Mortowi podobnym ciosem, choć wymierzonym w szczękę. To już nie był ledwie policzek, a dobrze wymierzony sierpowy. Usta złodziejaszka wypełniły się krwią niemal natychmiastowo. - Pożałujesz tego! Strażnik! - Wrzasnął Łysy, ostatecznie zagrzebując możliwości ucieczki. Odsunął się poza zasięg ramion Morta.

W ciągu paru sekund rozległ się chrzęst metalowych części zbroi i w części więziennej pojawił się młodzy strażnik. Na pierwszy rzut oka był dużo młodszy od Mortiusha.

- Poinformuj kata. - Polecił Łysy.

Komandoria Zakonu Sakira

152
POST POSTACI
I kolejny misterny plan poszedł... Jednak teraz srawy zaszły już za daleko i nie było odwrotu. Mortiush czuł, jak wzbiera w nim energia, która pcha go do skoku i działania. Nie powstrzymał jej tym razem i pozwolił, by jego Zdolność dodała mu mocy. Wiedział, że to nie jest dobry pomysł. Jednak wszystkie jego dobre pomysły jak do tej pory nie zadziałały w zadowalającym stopniu. Kolejny raczej nie pogorszy jego sytuacji. Nie czekając na kontynuację rzucił się na Łysego. Ten nie widział w nim zbytniego zagrożenia i w tym była jego szansa. Zaatakował go chcąc go obezwładnić i, jak będzie szansa, poddusić go łańcuchem. Wciąż nie chciał go zabijać, ale gotów był zaakceptować fakt, że tak może się zdażyć. Miał szanse. Dzięki Zdolności był szybszy, zwinniejszy i sprawniejszy. Mógł wyprzedzić rycerza i wygrać. Właściwie to musiał... Jeśli chciał, by jego historia toczyła się dalej. A tego był pewien. CHciał, by jego historia nie skończyła się zbyt szybko...

Problemem mógł być nadciągający drugi strażnik. Skracało to czas, który więzień miał do dyspozycji. Musiał wygrać te walkę i uwolnić się, zanim cały garnizon zostanie zaalarmowany.

Komandoria Zakonu Sakira

153
POST BARDA
Mortiush może nie był silniejszy od Łysego, ale nadrabiał zwinnością. Gdy wyskoczył z łańcuchem w dłoniach, był szybszy od przeciwnika, a zdolności dodatkowo działały na jego korzyść. Owinął łańcuch kajdan wokół szyi rycerza, nim ten zdołał uderzyć go po raz kolejny. I przez moment mogło się wydawać, że sprawa jest załatwiona, bo nie tak łatwo było wydostac się z tego typu sytuacji! Łysy walczył o oddech, łapiąc za łańcuch, jednak był na przegranej pozycji. Dusił się i wystarczyło przyłożyć tylko odrobinę więcej siły, by poskuwane ze sobą ogniwa łańcucha zmiażdżyły mu tchawicę.

Młody strażnik miał pewien duży minus - był niedoświadczony. Kiedy zobaczył, jak Mortiush pogrywa sobie z jego dowódcą, zamarł, dając artyście moment na reakcję. Czy wiedział, co zrobić, gdy musiał trzymać Łysego w łańcuchu? Drugi strażnik ruszył ku wyjściu, by powiadomić o ucieczce, lecz nim zdołał chociażby otworzyć usta, wdepnął w wiadro i przewrócił się z łoskotem!

Komandoria Zakonu Sakira

154
POST POSTACI
'Nie tak! Nie tak!'- znów grzmiało w głowie Morta. Błyskawicznie zastanawiał się nad dalszym krokiem, nie do końca świadomie zaciskając łańcuch mocniej na szyi zakonnego. Niby wiedział, że od duszenia się nie umiera jeśli przestać zaraz po tym, jak ofiara zemdleje. Niby wiedział, ale robił to po raz pierwszy na poważnie i do końca. Zrobił już jednak krok w nieznane i nie było odwrotu. Ostateczny rachunek za swoje czyny zobaczy później. Teraz musiał szybko uporać się z Łysym, uwolnić i zająć się asystentem. Ten pierwszy miał klucze. Otwarcie kajdan improwizowanym wytrychem byłoby zbyt czasochłonne. O ile znalazłby coś, co by się do tego nadało. Dlatego właśnie widząc, że młodzik zrywa się do biegu, mimowolnie zacisnął łańcuch mocniej. Tamten dał mu dodatkową szansę swoją nieporadnością, co jeszcze bardziej podbudowało ekscytację i uniesienie, jakie Mortiush odczuwał. Czuł, jak Moc rozpiera go od wewnątrz. musiał tę energię spożytkować. Skończyć z Łysym. Wydobyć klucz. Uwolnić się. Wiadro. Unieszkodliwić młodego.
Zamierzenia były proste. Wystarczyło tylko działać. Szybko działać. bardzo szybko. Szybciej od przeciwnika. W całym tym natłoku myśli jedna tylko rzecz nie dawała spokoju i mąciła wizję najbliższej przyszłości. Czy Łysy ma ten jeden, właściwy klucz?

Komandoria Zakonu Sakira

155
POST BARDA
Łysy wierzgał jeszcze, ale kiedy emocje Morta wzięły górę i zacisnął łańcuch mocniej... rycerz wydał z siebie dziwny, bulgoczący dźwięk i po chwili znieruchomiał. Kolejna ofiara mogła być dopisana do rachunku artysty, który przecież początkowo nie chciał zabijać... Rzeczywistość zrewidowała jego poglądy. Zdobycie klucza do kajdan nie było problmem, bo wydawało się, że kapitan miał przy sobie wszystkie najpotrzebniejsze - na dużym kółku brzdękało ich przynajmniej z tuzin. Łatwo było rozpoznać ten, który pasował do kajdan - był najmniejszy spośród wszystkich.

Nim obręcz otworzyła się i opadła z kostki Mortiusha, młodzik zdążył zebrać się do pionu, kopiąc wiadro tak, by przeturlało się gdzieś na bok i dalej nie przeszkadzało.

- Ucieka! - Wołał strażnik. W pomieszczeniu byli tylko oni dwoje. - Ucieka! Pomocy!

Mort stanął naprzeciw chłopca. Ten drugi miał na sobie zbroję, a wręku miecz, który wznosił do ataku. Czy jego będzie można pokonać równie łatwo?

Komandoria Zakonu Sakira

156
POST POSTACI
Kolejna ofiara? Nie było czasu się zastanawiać. Teoretycznie duszony człowiek nie umiera natychmiast. najpierw traci przytomność. Mówiono mu, że aby zabić trzeba dusić jeszcze po tym, jak przeciwnik zwiędnie. Ale może przesadził? Nie będzie czasu, żeby czekać. Dowie się z listów gończych... Na szczęście nie było czasu na myślenie. To pchało Morta do działania i nie pozwalało się załamać. Burza we krwi wciąż trwała i przymuszała do ruchu. Teraz był on i jakiś młodzik. Teoretycznie przegrana sprawa. On sam zmęczony, bezbronny. Tamten wypoczęty, w pancerzu i z mieczem. Jedna tylko przewaga była po stronie zbuntowanego więźnia. Nie miał już nic do stracenia. Mógł czekać jak go powieszą, zwłaszcza po tym co zrobił teraz, albo spróbować walczyć. Wybrał to drugie.

Nie wiedzieć dlaczego, uśmiechnął się do swojego przeciwnika. Zabijanie nigdy nie sprawiało mu przyjemności, a teraz jakoś ten uśmiech sam wpełzł na jego oblicze. Sponiewierane swoją drogą. Łysy się o to postarał. Z tą obitą mordą uśmiech musiał wyglądać bardzo zachęcająco. Skinął głową i zaatakował...
Na króciutką chwilę przd faktycznym atakiem uwolnił iluzję samego siebie. Nie musiała ona być dokładna. To tylko szybki obraz, który miał wymusić ruch przeciwnika. Kiedy tylko tamten zaatakuje iluzję, złodziej będzie wiedział gdzie uderzyć. Wyłamanie ręki, rozbrojenie... Prosta rzecz. Potem tylko głową o ścianę lub podłogę, zależy co będzie bliżej. Może uda się nie zabić? Najważniejsze by był cicho.

No i oby nikt nie usłyszał jego wołania. To by znów niepotrzebnie skomplikowało sprawy...

Komandoria Zakonu Sakira

157
POST BARDA
Siła ramion Mortiusha, potęgowana emocjami chwili, przewyższyła nieco jego oczekiwania. Gdy łańcuch owinął się wokół szyi Łysego, a nierówności kolejnych ogniw wbiły się w jego szyję, nie potrzeba było wiele, by zmiażdżyć delikatne tkanki. Mężczyzna upadł, a z jego półotwartych ust pociekła ciemna jucha.

Młody mężczyzna, który miał nieszczęście być strażnikiem, był niedoświadczony, przez co przerażenie szybko wzięło górę nad instynktami, które starał się wpoić mu zakon. Gdy Mort wypuścił przed siebie iluzję, ten pchnął mieczem niemal na oślep. I choć przebił iluzoryczny obraz Morta, to nie był w stanie dosięgnąć jego prawdziwej postaci. W momencie miecz został wytrącony z jego dłoni, a on sam uderzył głową o ścianę, gdy Mort bez litości próbował go ogłuszyć. Mężczyzna pisnął po raz kolejny, by po chwili paść na posadzkę bez przytomności. Ciężko było powiedzieć, czy pozostawiony na ziemi z krwawiącą głową umrze, czy uda mu się wrócić do pełni sprawności.

Mort usłyszał dźwięk wielu kroków - zbyt wielu, by mógł czekać na zainteresowanie. Miał do wyboru parę dróg ucieczki: mógł próbować wspinać się po nierównościach ściany i wystających żeliwnych świecznikach, by dosięgnąć wysoko położonych okienek, mógł pójść głównym wyjściem, ryzykując spotkanie z braćmi zakonnymi, mógł próbować uciekać kanałami, poprzez kratkę, gdzie zniknęła przygotowana dla niego woda... wreszcie mógł schować się w cieniu celi i poczekać, aż po niego przyjdą. A może dostrzegał inną drogę? Zaczynało dopadać go zmęczenie, a w gardle miał sucho niczym na pustyni Urk-hun.

Komandoria Zakonu Sakira

158
POST POSTACI
Nie pierwszy już raz w ostatnich dniach następowało coś, co wywracało jego plany do góry nogami. Jak do tej pory jedynie instynktowne działanie, bezpośrednie, bez kombinowania przynosiło efekty popychające go naprzód. Minus jednak był taki, że z każdym krokiem okazywało się, że nie ma gdzie się cofnąć i mimo piętrzących się trudności musi przeć naprzód. Tym razem, mimo iż chciał obezwładnić Łysego, chyba go zabił. Z drugim mogło nie być lepiej, choć nie rokował tak źle jak rycerz. I do tego zdążył nahałasować, co zaalarmowało innych. Nie miał czasu nawet, by znaleźć ciut wody. Walczył ze sobą by nie rzucić się w poszukiwaniu tej właśnie. Narazie wygrywała wola przetrwania. Łyk wody nie był warty ponownego pojmania.
Nie mając czasu nawet na zabranie czegokolwiek od swoich ofiar, zlustrował dwie drogi ucieczki, które rzuciły się w oczy. okienka dawały wyjście na świerze powietrze i na pewno dało się tamtędy ujść z terenu zakonnych ku możliwej wolności. Jednak nie wiedział, gdzie dokładnie wyjdzie i mógł się nadziać na kogoś. Kanał dawał ukrycie, ale nie znał tutejszej sieci i nie wiedział nawet, czy nie utknie gdzieś w podziemiach zagubiony. Mogły się one stać jego grobem.
Nie wierząc specjalnie w swoje fortele zdecydował się spróbować oszukać strażników. Podniósł lekko kratkę od kanału i zostawił ją "niedbale zamkniętą" pozorując swoją ucieczkę kanałami. Nie było to zresztą trudne, bo musiał zrobić to bardzo szybko, a to nie pozwalało na dbałość o szczegóły. Nie oglądając się na efekt ruszył na ścianę i do zbawiennego okienka. Na szczęście wciąż był wzmocniony Zdolnością, która niejednokrotnie pomagała mu pokonywać mury czy wdrapywać się na dachy bez dodatkowych narzędzi. Choć raz, przez te krótką chwilę, był w sytuacji pozwalającej wykorzystać jego atuty. Ruszył więc po raz kolejny nie wiedząc, co czeka go po drugiej stronie. Może wyjdzie na plac musztry pełen uzbrojonych rycerzy? A może mu się poszczęści i ta część wyprowadzi go w miejsce, gdzie nikt nie zachodzi?

Komandoria Zakonu Sakira

159
POST BARDA


Zdolność słabła i kiedy Mort wspiął się po świecznikach i nierównościach ściany ku okienku, wydawało się, że wypaliła się i zniknęła, nie pozwalając Mortowi oszukiwać świata ani chwili dłużej. Ze zdwojoną siłą poczuł wyczerpanie, spowodowane niewolą, głodem i przede wszystkim pragnieniem.

Wyczołgał się przez okienko na daszek, bogom dziękując, że jego forma nie była bardziej potężna i zmieścił się między niewielką framugą. Kiedy znalazł się na dachówkach całkiem stromego daszku, a miejscowe gołębie uciekły z trzepotem skrzydeł, usłyszał, jak wojownicy Sakira wpadli do części więziennej, z której dopiero co się wydostał.

- Więzień uciekł! - Ryknął któryś. - Bić na alarm! Kapitan został zamordowany! Uciekł kanałami?!

Dywersja Mortiusha zadziałała, przynajmniej chwilowo. Utknął na stromym daszku pokrytym dachówkami, który z jednej strony łączył się z wysoką ścianą gmachu Komandorii, z drugiej zaś kończył się spadem wprost na dróżkę, która prowadziła do bram fortecy. W przejściach szybko zrobiło się tłoczno, gdy rycerze biegali to tu, to tam, jak kury bez głów, nieowocnie szukając zbiega.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Musiało być popołudnie.

Komandoria Zakonu Sakira

160
POST POSTACI
I co dalej? Wydostał się. Nareszcie jakiś sukces. teraz pozostało już tylko wydostanie się z terenu zakonnych, potem z miasta, a potem już tylko przeżyć. Jako zbieg. Jako poszukiwany. Zabójca. Złodziej. Pić. Pragnienie. Woda.
Mimo wydostanie się z celi, wciąż był uwięziony. Wyczerpanie teraz właśnie dawało o sobie znać. Nie czuł się na siłach, by biec. Jego Zdolności mogły zawieść w takim stanie. Już niewiele brakło przy ucieczce. Na szczęście nie spodziewają się go tu, więc powinien być względnie bezpieczny. Tylko to pragnienie... Będzie padać? Z nadzieją spojrzał w niebo.
Tak czy inaczej, musiał odpocząć. Rozejrzał się po dachu w poszukiwaniu potencjalnego schronienia. Wystarczyłby kąt, w którym mógłby się ukryć przed odkryciem przez przypadkowego strażnika patrzącego przez okno. Dodatkowo mógł okryć się iluzją, która by go zasłoniła. Te sztuczkę miał dobrze przećwiczoną, wielokrotnie się ukrywał w ten sposób. A teraz przynajmniej nie ścigał go pies... A nawet jeśli iluzja zawiedzie, raczej nikt nie będzie się go tu spodziewał. W nocy, kiedy ciemności okryją okolicę, będzie mógł łatwiej się stąd wykraść. Tylko to pragnienie. Patrzył w niebo z nadzieją, że to sprezentuje mu deszcz. Że będzie mógł się napić. Nie przyszło mu do głowy, że ten zbawienny deszcz będzie jednocześnie jego sojusznikiem i wrogiem. W deszczu łatwiej będzie uciec, to fakt. Strażnicy się pochowają, będzie gorsza widoczność, a i tropić trudniej, choć w mieście i tak tropienie po śladach na nic się nie zda. Ale deszcz też utrudni poruszanie się po dachu. A jak poślizgnie się i spadnie? Z połamaną nogą daleko nie ujdzie...
Te wątpliwości jednak tylko przeleciały nie zagnieżdżając się w umyśle Morta, który pragnął jedynie się napić. Ukrył się i czekał na noc Na deszcz.

Komandoria Zakonu Sakira

161
POST BARDA
Leżąc na dachu, Mort wydawał się mieć dużo czasu na rozmyślania. Chociaż nierówna powierzchnia dachówek wbijała mu się w żebra, to rozważał już swoje dalsze życie. Ale czy uda mu się ujść z życiem z miasta? Czy będzie szukał Psa i jego szajki? Co zrobi z wiedzą o pegazie i co stało się z samym skrzydlatym kopytnym? Jakże wspaniale byłoby, gdyby pegaz przyleciał teraz po niego i zabrał go daleko, daleko, poza zasięg Sakirowców.

Niebo było jasne i choć płynęły po nim chmurki, nie wydawało się, by zwiastowały deszcz. Wieczór zapowiadał się raczej ciepły i pogodny. Mężczyzna wcisnął się w kąt między dachem a pionową ścianą i czekał. Czekał, czekał... a czas dłużył się niemiłosiernie. Nawet pokrzykiwania strażników z dołu nie mogły mu pomóc. Był wyczerpany, parę razy zdażyło się przysnąć i nawet zsunął się nieco z daszku, ale udało się utrzymać na pochyłej, nierównej powierzchni.

Kiedy zapadł zmrok, Mort był już całkowicie wyczerpany. Czuł osłabienie w członkach, w głowie mu wirowało... lecz nadszedł czas na ucieczkę! Słyszał chrzęst zbroi pod sobą, szybko oddalający się. Jeśli chciał uciekać dołem, to była jego szansa.

Komandoria Zakonu Sakira

162
POST POSTACI
Choć było niewygodnie i parszywie tak siedzieć i czekać, czas ten był w pewnym sensie... relaksujący. Na tyle, że do głowy napływały mu wspomnienia ostatnich wydarzeń. Nawet momentami uśmiechnął się. Zwłaszcza, kiedy pomyślał jak dziwnym sposobem zachował się niamal bohatersko, własną piersią osłaniając odwrót kompanów. A wszystko przez to stworzenie. To Pegaz natchnął go do tego głupiego bohaterstwa. Czy ktokolwiek z ekipy zrobiłby to samo dla niego? Tego nie wiedział. Przez mysli przemykały wizje jak odlatuje na grzbiecie skrzydlateo konia z tego dachu. Jak Sakirowcy z niedowierzaniem patrzą w górę za nimi. Co chwilę jednak dachówka wrzynająca się w dupsko przypominała mu, że to tylko wytwory jego umysłu. W takich chwilach wracał na jawę i planował. Trzymał się tego, że dalsza ucieczka musi nastąpić po zmroku. Bramę na noc najpewniej zamykają, stąd najłatwiejsza droga wiodła przez mur. Rozglądał się ze swojego stanowiska próbując ocenić i oszacować trasę ucieczki. Mimo wyczerpania usiłował wspomóc się Zdolnościami. Wytężał przy ich pomocy raz wzrok, innym razem słuch. Wypatrywał wszytskiego, co mogło pomóc mu się wydostać. Nasłuchiwał, próbując ocenić częstotliwość patroli, czy innych przechodniów. Oceniał na tej podstawie, którędy się poruszają i gdzie najłatwiej będzie uniknąć wykrycia.
Po zmroku nadszedł czas działania. Odczekał godzinę, a przynajmniej tak mu się wydawało, żeby rycerze się pochowali. Rozprostował członki, rozruszał stawy. Musiał być w jak najlepszej sprawności, by to wszystko się udało. Odczekał aż pojawi się potencjalny patrol, przepuścił go i po upewnieniu się, że jest czysto- ruszył w drogę.

Komandoria Zakonu Sakira

163
POST BARDA
Zdolność była poza zasięgiem. Gdy tylko próbował jej użyć, wymęczone ciało poddawało się. W głowie nastawał mrok, zwiększały się nudności, a świat ciemniał, jakby za chwilę sam Mort miał stracić przytomność. Jeśli nie chciał być znaleziony przez strażników, leżąc w błocie ścieżki, musiał się powstrzymać. To, co mu pozostało, to zupełnie ludzkie odruchy i zmysły, niewspomagane magią.

Z poziomu daszku nie widział wiele, ale słyszał, jak bracia zakonni patrolują przejścia wokół cel. Ciężkie kroki i szczęk zbroi zdradzały ich na tyle wyraźnie, że nie potrzebował swoich umiejętności. Poruszali się tą samą drogą średnio co dziesięć minut, idąc od głównego budynku Komandorii do bram. Wracali inną drogą. Mortiush poczekał dość długo, by ucichł szum poszukiwań zbiega, ale patrole w Zakonie Sakira nigdy nie ustawały.

Mortiush zeskoczył z daszku. Spadł na wyłożoną kocimi łbami dróżkę, nie szerszą niż dwa metry, z obu stron osłoniętą murami: więzienia i jeszcze jakiegoś budynku, który należał do Komandorii. Z jednej strony wznosił się główny gmach świątyni, z drugiej zaś, droga zakręcała, by poprowadzić, jak się wydawało, do bram. To tędy przechodzili wierni podczas większych świąt, gdy podwoje Komandorii były otwarte. Od strony świątyń bił blask pochodni, zaś ze strony bram rozlegał się mrok. Mortiush mógł być pewny, że przy wyjściu będzie straż. Ale czy był sens kierować się wgłąb kompleksu?

Komandoria Zakonu Sakira

164
POST POSTACI
Wyczerpanie odbierające możliwość korzystania ze Zdolności nieco komlikowało sytuację. Mortiush tracił swój ogromny atut. Bez tego pozostawał zwykłym człowiekiem i jedyne, co mogło mu pomóc, to jego własna sprawność i umiejętności. Idąc mimowolnie rozglądął się za jakimkolwiek wiadrem, korytem. Czymkolwiek, co zawierałoby trochę wody dla zwilżenia suchego gardła.
Nie miał pojęcia, jak kształtuje się teren warowni. Poza zgrubną obserwacją, nie znał kierunku, w którym mógłby się udać. Wybrał więc kierunek możliwie bezpieczniejszy, czyli w stronę bram. Tam kierowały się patrole, więc nie powinien żadnego spotkać zninacka idącego prosto na niego. Liczył, że znajdzie jakąś ścieżkę, dróżkę. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu zboczyć z kursu na bramę i próbować przedostać się przez mur w innym miejscu. Nie wiedział właściwie nawet, jak wysoki mur tu mają. Nigdy nie myślał o jego forsowaniu i nie sprawdzał tego. Jeśli nie ścieżka to miejsce, gdzie mógłby dostać się na jakiś budynek i jego dachem poruszać się dalej.
Uciekając wytężał swój słuch, teraz już tylko naturalny, bacząc by nie spotkać nikogo niespodziewanego. Wypatrywał jednocześnie potencjalnych kryjówek, gdyby kogoś usłyszał. Nie było to łatwe przy takim poziomie wyczerpania. Jego umysł pracował na maskymalnych możliwych aktualnie obrotach. Planował, analizował i ostrożnie poruszał się naprzód.

Komandoria Zakonu Sakira

165
POST BARDA
W głowie Mortiusha rozlegała się tylko jedna myśl: woda! Potrzebował wody czy jakiegokolwiek innego płynu, potrzebował zwilżyć gardło, ugasić pragnienie... ale zakonnicy nie pozostawili na zewnątrz nawet jednej małej rynienki z wodą. Między brukiem ziemia gnieniegdzie wyglądała na wilgotną, lecz było to za mało, by dobrać się do wody i choć liznąć wilgoci.

Komandoria Zakonu Sakira pozostawała zwykle zamknięta dla zwykłych śmiertelników, więc Mortiush nie miał okazji, by zapoznać się z rozmieszczeniem poszczególnych struktur kompleksu. Z obu stron rozciągały się mury, wysokie na dobre trzy metry, niełatwo byłoby się na nie wspiąć.

Minął budynek więzienia i przeszedł dalej, na niewielki placyk. Nie było na nim żywego ducha. Z jednej strony placyku, za krótką dróżką, wznosiła się brama - była otwarta, ale w mroku udało mu się dostrzec dwie postaci, pełniące wartę tuż przy wyjściu. Strażnicy nie wydawali się zbyt przejęci sytuacją, w której się znaleźli, prawodopodobnym było, iż zasypiali na stojąco. Z obu stron bram wznosił się wieżyczki, lecz były bardziej ozdobne, niż przeznaczone do obrony fortu. Przypominając sobie topografię miasta, Mortiush mógł rozpoznać miejsce, w któtym się znalazł. Wychodząc z dróżki i pozostawiając bramę po swojej prawej stronie, na przeciw miał mur, za którym znajdowało się strome zbocze, opadające ku rzece przecinającej miasto. Po lewej zaś znajdowały się inne zabudowania, a fakt, iż bruk pokrywało błoto, znacząc bruzdy pozostawione kołami wozu, mógł sugerować, że były tam stajnie i powozownie.

Wróć do „Saran Dun”