Szpital

1
Największy szpital w mieście położony jest w Dolnym Mieście i przyjmuje praktycznie każdego oprócz wyższych warstw społecznych, które są przyjmowane do prywatnych placówek. Położony praktycznie w centrum miasta zajmuje dwa piętra i kilka skrzydeł. W lazarecie znajduje się miejsce dla specjalistów różnej maści - od tych zajmujących się przypadkami nagłymi, po delikatne choroby, skończywszy na chirurgach i magach leczniczych.

Lecznica przyjmuje wszystkich za drobną opłatą bez wyjątku. Najubożsi muszą obejść się ze smakiem bądź korzystać z domów prowadzonych przez kapłanów, którzy charytatywnie pomagają najbardziej potrzebującym.

Sam budynek jest murowany i regularnie bielony, stąd jest widoczny już z daleka. Wszystkie okna zabezpieczane są kratami. Co interesujące, szpital posiada sporą stajnię z kilkunastoma sztukami koni oraz dorożek, które zajmują się dowożeniem najbardziej potrzebujących do przybytku.

W szpitalu mieści się także wydział Akademii Mniejszej zajmujący się uczeniem przyszłych medyków.

Szpital

2
Świątynia Kariili --->

Chwilowa nieobecność Gerwalda była nie w smak Constantinowi, ale postanowił nie odciągać go od rannego przeora. Widział, że starzec był dobrym człowiekiem i zasługiwał na sprawnego medyka, który zająłby się jego raną. Holscher ciągle zaś miał przy sobie Erharta, uczonego męża, który swym umysłem z pewnością również może mu się jakoś przysłużyć. Opuścił więc mury świątyni wraz z dwójką kompanów z dodatkową parą żołdaków, wziętych jako swoiste minimum gwarancji bezpieczeństwa.

Przemykali ulicami miasta, a towarzyszył im stukot bruku pod podkutymi butami i zaniepokojone spojrzenia przechodniów. Przelana przed chwilą krew zdawała się nie wpływać na Constantine'a w najmniejszym stopniu. Nie mówił o tym z kompanami, nikt też o nic nie pytał. Doskonale wiedzieli jak ich przywódca postępuje z personami, które ośmielają się nie przestrzegać narzuconych im zasad. Holscher nie był tak żądny krwi jak wielu innych Zakonnych dostojników, ale Sakir mu świadkiem, że nie wstrzymywał się od wymierzania okrutnych kar, jeśli sytuacja jego zdaniem tego wymagała. Był głęboko przekonany, że w świątyni ostatecznie okazał oprychowi łaskę.
Gdy tylko bielone ściany szpitala wyłoniły się spomiędzy miejskich zabudować, Constantin przyśpieszył jeszcze kroku, ponaglając swoich ludzi machnięciem ręki. W tych mrocznych dniach nie chciał tracić nawet sekundy, każda chwila liczyła się na wagę złota.
Przez pośpiech prawie wpadł na jedną z pędzących przez rynek dorożek, śmiejąc się w duchu z wizji śmierci pod kołami powozu. Jakaż byłaby to ironia losu!
- Chwalony niech będzie Sakir. - Constantin skinął głową strażnikowi, który ruszył w jego stronę. Komtur zmierzył go zimnym spojrzeniem stalowych oczu, zastanawiając się, czy samemu nie sięgnąć do torby po chustę i zakryć jakoś twarzy. - Przybyłem tu w sprawie najwyższej wagi. Prowadź mnie, dobry człowieku, do osoby zarządzającej tą placówką... Bądź przyprowadź ją do mnie. Bezzwłocznie. - mówił krótko i wyraźnie, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Nie widział sensu w prowadzeniu głębszej rozmowy z byle strażnikiem. Automatycznym gestem poprawił wiszące przy szyi insygnia zakonne, w zamyśleniu wpatrując się w bielone ściany szpitala.
- Erharcie, notuj, proszę, wszystko, co uznasz za istotne w mej późniejszej rozmowie. I nie bój się wtrącić, gdybyś miał coś do powiedzenia. Wiesz, że cenię sobie twoje opinie. - zdobył się na zdawkowy uśmiech, po czym zamilkł, pogrążając się w zadumie.
Ostatnio zmieniony 15 lis 2020, 15:45 przez Dandre, łącznie zmieniany 1 raz.
Dandre
Spoiler:
Muł nie człowiek; nie zapierdala

Szpital

3
Strażnik zawiesił się na sekundę, jakby się zastanawiał, co powinien zrobić w takiej sytuacji. Podrapał się po głowie, taksując wzrokiem Constantina, żołnierzy i Erharta, dłużej zawieszając się na dobrej jakości rynsztunku dowódcy i jego insygniach. W końcu poprawił chustę, która mu nieco spadał z nosa i przytłumionym głosem odrzekł: — Eeee, no dobra. Zara tu kogoś przyprowadzę. — Odwrócił się na pięcie i odszedł szybciutko w stronę budynku. Obserwując go, Holscher widział, że puka do głównych drzwi. Małe okienko otworzyło się i przez chwilę mężczyzna rozmawiał z kimkolwiek, kto był po drugiej stronie.

Gerwald miałby tutaj więcej do powiedzenia, acz rozumiem, że aktualnie ma inne sprawy na głowie. Jeśli na coś wpadnę, nie omieszkam jednak się wtrącić — odpowiedział w międzyczasie Erhart, stojąc obok Constantina i cierpliwie czekając. Zaczął też grzebać po kieszeniach i swojej torbie, by wyciągnąć skądś jakąś chustę, którą natychmiast zaczął owijać wokół twarzy. W międzyczasie wrócił wysłany strażnik, niosąc ze sobą wieści.

No więc tak, ordynator siedzi w namiocie i bada, pokażę który. Za mną — rzucił i tylko raz czy dwa oglądnął się za siebie, by sprawdzić, czy sakirowcy podążają za nim. Poprowadził wszystkich do jednego z białych namiotów, do których ciągnęła się kolejka ludzi wyczekujących prawdopodobnie stwierdzenia posiadania choroby. Minęli ich wszystkich odprowadzani spojrzeniami skrytymi pod zmarszczonymi brwiami, obrażonymi i pełnymi wyrzutu. Prawdopodobnie czekali już długo, a będą jeszcze chwilę stać - tym bardziej, że dzień się jeszcze nie skończył.

Strażnik pomimo fuknięć osób z przodu wszedł na chama do namiotu, ręką tylko oznajmiając, aby poczekali chwilkę. Słychać było przytłumione głosy i zaraz mężczyzna wrócił. — No więc dobra, wyjdzie pacjent, to wy włazicie, ale ordynator gadał, że raz raz macie się streszczać. Idźta z Sakirem — skinął głową i szybciutko wrócił na swój posterunek, kręcąc się przy jednym miejscu i okazjonalnie szturchając przechodniów, żeby się rozbiegali.

Minęło dobre pięć minut okraszone nieustannymi zjadliwymi spojrzeniami, zanim gość wyszedł z namiotu. Constantin mógł więc wejść do środka, gdzie zobaczył prowizoryczny gabinet lekarski z urzędującym w nim ordynatorem. Było proste, rozklekotane biurko z papierami, dwa krzesła na cały namiot i malutki regał z przyrządami, które właśnie przyjmujący czyścił. Doktor przypominał raczej tych ludzi, których spotykało się w trudnych siedliskach zarazy — miał na sobie ubrudzony fartuch, pogniecione ubrania i grube rękawice. Zamiast twarzy posiadał maskę, która co prawda nie posiadała długiego ptasiego dziobu, ale była stworzona z dwóch części. Pierwszą z nich były gogle, zaś drugą gruba osłona na nos i usta, ciasno owinięta wokół głowy. Tylko kilka siwych włosów sterczało z całej konstrukcji. Poruszał się żwawo od biurka do regału, pobieżnie tylko zerkając na gości.

Zasłonić czymkolwiek twarze, jesteście w cholernym ognisku zarazy. I szybko proszę wasze ekscelencje, nie mam tak naprawdę minuty na pogaduszki. — Ton jego głosu był ostry, wręcz niemiły, ale też zmęczony. Gdyby cokolwiek było widać na jego twarzy, to byłyby to zapewne wory pod oczami. Całe szczęście, będąc zabezpieczonym przed chorobą, był też zabezpieczony przed pokazywaniem, jak bardzo odbija się to na jego zdrowiu.

Żołnierze poruszyli się niespokojnie, szukając po kieszeniach mundurów czegokolwiek, czym mogliby osłonić twarze. Ordynator tylko westchnął i z biurka wziął parę odciętych kawałków materiałów, podsuwając to wszystkim, którzy nie mieli nic na twarzy, w tym Constantinowi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Saran Dun”

cron