Sala Leszego

2
Kruczowłosy mężczyzna siedział przy najdalej wysuniętym stoliku, tuż pod oknem, w jednej ręce trzymając tlącą się z wolna fajkę, drugą zaciskając na wpół dopitym kuflu mioduli. Jego wzrok był utkwiony w punkcie, gdzie niebo stykało się z ziemią lub jak to w tym przypadku było, linią morza. Widok lokalnego portu i zacumowanych w nim okrętów działał na niego kojąco. Zdążył się już nawet przyzwyczaić do ciasnoty panującej na statku, chociaż nie omieszkał z radości, kiedy po wielu tygodniach żeglugi, wreszcie mógł porządnie rozprostować nogi na stałym lądzie, podczas gdy jego pływający dom przechodził właśnie gruntowne naprawy.

Pierwsze krople wieczornego deszczu zadudniły o cieniutką szybkę. Dłoń marynarza nieco mocniej zacisnęła się na fajce, a zaraz po tym uniosła znacznie, do momentu aż ustnik nie znalazł się między zębami. Telion zaciągnął się z lekka, by w następnej sekundzie wypuścić nabrany w płuca dym o przyjemnym aromacie w taki sposób, aby ten utworzył pierścień. Następnie odsuwając drewienko od warg, przyłożył do nich kufel i zaczerpnął kilka małych łyczków, po czym z hukiem odłożył naczynie z powrotem na blat powyszczerbianego stołka.

Jeśli dobrze oszacował, przywrócenie jednostki do należytego stanu nie powinno zająć jeszcze więcej, niż dzień, góra dwa. Do tego czasu mógł się cieszyć urlopem i robić co mu się żywnie zapragnęło, byleby nie przyniósł kłopotów kapitanowi i reszcie załogi. Tylko na co mu to było. Niegdyś zapewne szedłby do czasu, aż nogi nie odmówiłyby mu posłuszeństwa, zajrzałby w każdą uliczkę, przejrzał wszystkie księgi w bibliotece, poznał z lokalnymi mieszkańcami, lecz teraz? Teraz wystarczyło mu zaledwie wywiedzieć się, gdzie jest położona najbliższa oberża lub ewentualnie krawiec, albo handlarz mało przydatnymi, aczkolwiek ciekawymi z wyglądu przedmiotami. Reszta pozostawała nieistotna. Każde miejsce na ziemi, które zwiedził, nie różniło się od siebie ani o jotę. Tu i tam masa dorobkiewiczów prześcigała się w sposobach zwabienia do swoich stoisk nowoprzybyłych, stosując te same zasady. Na Północy, jak i Południu można było spotkać wszelkiej maści rzezimieszków polujących na łatwe do oskubania ofiary lub też wtórujące im rzesze ladacznic. Gdzie nie spojrzeć, wszyscy tacy sami.

- Gdzie ta straw.... - wymruczał zniecierpliwiony i dopiero po chwili orientując się, że talerz z zamówionym posiłkiem stoi tuż przed nim.

- Ech, musiałem znów odpłynąć i nie zauważyłem, kiedy mi go przyniesiono - pokręcił głową, lekko przy tym chichocząc.

Odłożywszy wypaloną fajkę na bok, poprawił długie włosy, splatając je w niedbałą kitkę, którą zawiązał przy użyciu ciemnego jak smoła skrawka cieniutkiej liny. Odgiął kołnierzyk bawełnianej koszuli i wziąwszy do rąk sztućce, odkroił spory kęs soczystego mięsa, i nadział go na widelec razem z kawałkiem jakiegoś żółtawego warzywa.

Jadł łapczywie. Okrętowy kucharz robił, co mógł, żeby zróżnicować przygotowywane posiłki, ale nawet on miał ograniczone pole do popisu z powodu lichej różnorodności składników, jakie mógł znaleźć, tudzież zabrać na pokład, i które przetrwałyby wiele dni w stanie prawie nienaruszonym. Toteż okazja do skosztowania czegoś innego, była wręcz nie lada atrakcją i odstępstwem od monotonnej reguły.

Patrząc na sposób jedzenia, ktoś z boku odniósłby wrażenie, iż ten zarośnięty na głowie i twarzy facet to jakiś żebrak, któremu okazano na tyle współczucia, by postawić mu ciepły posiłek. Uzmysłowiwszy sobie ten fakt, Telion przyhamował nieco tempo konsumpcji, co i tak nie zmieniało faktu, że pochłaniał kolejne porcje mięsa w zawrotnym tempie.

Gdy tylko talerz został wyczyszczony do cna, odchylił się z wielkim zadowoleniem do tyłu, wycierając resztki jedzenia nie tak już świeżą chustką, którą nosił w kieszonce swojego marynarskiego płaszcza.

- Dolewkę proszę! - zawołał do karczmarza. Noc bowiem jeszcze młoda, a on nie zamierzał, spędzić jej po prostu sobie siedząc w oczekiwaniu na nadejście poranka lub ot, tak przespać w jednej z wynajmowanych tutaj izb.

Nabiwszy nową porcję tytoniu, odpalił ją od stojącej na parapecie świecy. Tuż obok tej świecy, stał ciemny kubeczek. Zaciekawiony tym faktem, spojrzał do środka, a jego oczom ukazało się kilka, na oko z dziesięć kości, na których ściankach wyryto kolejne wartości oczek. Telion potrząsnął zawartością parokrotnie. Głuche echo, uderzających o siebie kostek rozniosło się po salce, niejako zachęcając do wspólnej zabawy każdego, kto by je posłyszał.

Sala Leszego

3
POST POSTACI
Mehren
Nie wiedział, jak się tu znalazł. Chwile wcześniej realizował pewne zadania dla siebie, a jak przekroczył próg własnej kryjówki, by na spokojnie przemyśleć to, co dziś się dowiedział i szukał sposobu na wykorzystanie tego, by polepszyć swoją sytuację. Miast tego, zamiast ujrzeć swój salon, zobaczył przybytek, przez który odebrało mu mowę. Mając otwarte drzwi, obejrzał się za siebie i widział nadal brudne ulice Ujścia. Zrobił jeszcze krok w tył, by upewnić się, że widzi fasadę swojego domu.
- Co tu się dzieje? - Zapytał samego siebie, bo pierwszy raz spotkał się z czymś takim. Szybko domyślił się, że za tym musiała stać jakaś magia. On jej nie znał i przez to czuł się bezbronny przy jej obliczu. Sprawdził zapas swoich standardowych broni oraz dodatków, które zabrał ze sobą. Jeśli czaiło się tutaj niebezpieczeństwo, wolał być przygotowany. Nie wiedział kto i w jakim celu stworzył to dziwne przejście i to jeszcze w jego DOMU, ale nie byłby sobą, który teraz się odwrócił i uciekł.
- Trzeba sprawdzić, co to za pułapka. - Powiedział do siebie i przekroczył próg, a jego oczom ukazała się cała izba i wiele rozmaitych sal, każda w nieco innej stylistyce. Zdjął kaptur ze swój głosy, jak i materiał, który zakrywał jego twarzy. W portowym mieście bezprawia padało, więc z jego płaszcza. Chciał wyglądać, jak zwykły przybysz, ale raz-dwa odkrył, że będzie mu w nim za ciepło. Dlatego poprawił ukryta broń, by nikt jej nie dostrzegł, jak zdejmie pas. Oczywiście niewielkie sakwy przyczepione do jego pasa i tak będą widoczne, ale na to nic nie mógł poradzić. Skórzany pancerz na ciało miał pod płaszczem i do tego całkiem niezłej jakości koszulę. Kuszy nie brał, bo nie była mu dziś potrzebna. Nie była to przecież misja stricte tego typu. Swoją dodatkową ochronę traktował jak drugą skórę, choć wiedział, że w starciu z mieczem, czy toporem na niewiele się zda.
- Witam karczmarzu. Chciałbym prosić o piwo od krasnoludów. Najlepiej ciemne, jak jest. - Powiedział, zamierzając sprawdzić, co mają w ofercie. Liczył w ten sposób, że dowie się, gdzie się znalazł. Ku jego zaskoczeniu, takie zamówienie mu przyniesiono. Czyżby ta karczma miała jakieś połączenie handlowe z niskim ludem? Oczywiście zapłacił za trunek i spróbował. Dawno już nie pił tego trunku, odkąd opuścił swój rodzinny dom i z zaskoczeniem stwierdził, że jeśli ktoś je podrabiał, był mistrzem w swoim fachu. Na ten moment uznał, że jest prawdziwe. Zadał jeszcze kilka dodatkowych pytań, ale nie uzyskał niczego wartościowego od mężczyzny, który przebywał za szynkiem. Usłyszał wtedy głuchy dźwięk i ruszył w jego kierunku. Czyżby ktoś tutaj był? Podszedł do nieznajomego mężczyzny.
- Witaj. Można się przysiąść? - Spojrzał na jego ubranie, ale nie starał się jeszcze oceniać czegokolwiek. Talerze z jedzeniem rzuciły mu się w oczy. jeszcze zamierza zapytać, czy jest tutejszy, ale to pytanie sobie zachowa na potem w lepiej sprzyjających okolicznościach.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Sala Leszego

4
POST POSTACI
Telion
Drzwi izby uchyliły się, a wkrótce w ich progu ukazała się sylwetka kolejnego gościa, na pierwszy rzut oka tak podobnego do Teliona, iż ten w pierwszej chwili odniósł wrażenie, że ktoś właśnie wnosił lustro. Dopiero gdy owe odbicie samo z siebie podeszło do dobrze oświetlonej lady, za którą czatował gospodarz, wyszło na jaw, jak bardzo się mylił. Facet, choć z pozoru podobny, w rzeczywistości różnił się w szczegółach od wilka morskiego. Cera jakoś gładsza pomimo zarostu, oczy bystrzejsze i żywsze. Odzienie zdecydowanie w lepszym stanie, aniżeli to, co sam aktualnie nosił. Jedno koszula nieznajomego wydawał się nazbyt nadęta, ale może stanowiło to kolejne złudzenie, spowodowane grą świateł migoczących świec.

Rozeznawszy się w sytuacji, mężczyzna na powrót zatopił spojrzenie w kubku kości, zakręcając nim jeszcze raz czy dwa. Odłożywszy je na miejsce, przysunął do siebie kufel ze świeżą porcją napitku. Powierzchnia wzburzonej cieczy zarysowała jego własny wizerunek, by chwilę później ukazać drugie, wręcz identyczne.

- Hm... - uniósł gwałtownie głowę.

Ten sam sobowtór, który przed momentem składał zamówienie, teraz stał przed nim, pytając się grzecznie o pozwolenie na dosiadkę. Telion otworzył szerzej oczy, by lepiej mu się przyjrzeć, przy okazji próbując też wyczytać jego intencję.

- Wygląda jak mój młodszy brat bliźniak, gdybym takiego posiadał - pomyślał. - Jest tu wiele miejsca. Poza mną, jak i karczmarzem, sala świeci pustkami, spójrz tylko, wiele stołów nie zostało jeszcze obsadzonych. - rzekł tonem, jak gdyby oferta towarzystwo mu nie odpowiadała. Wrodzona podejrzliwość podpowiadała również, że ten oto tu sterczący koleżka, był w rzeczywistości naciągaczem, których pełno przecież w miejscach jak te, lecz prędko odgoniwszy ten pomysł, skarcił się za zbyt pochopnie wystawioną ocenę, ale taki już był. - A zresztą... zapraszam, co mi tam - poprawił się niemal od razu, dając niejako za wygraną.

Odsunąwszy na skraj stolika puste naczynia i przysuwając mocniej w swoją stronę kufel, sam wyprostował dotąd zgarbioną posturę, aby w ten sposób powiększyć dzielącą ich odległość. Zerwawszy z natrętem kontakt wzrokowy, ponownie pogrążył się w zamyśleniu o rzeczach tylko sobie wiadomych. Ustnika fajki niemal nie wyciągał z ust. Zmniejszył ino ilość mieszanki wciąganego powietrza i dymu, by wypuszczane w dalszej kolejności siwe chmurki, nie odbijały się aż tak wściekle od twarzy drugiego osobnika, niepotrzebnie go przy tym drażniąc.

Sala Leszego

5
POST POSTACI
Mehren
Dziwnie było patrzeć na twarz osoby, która wyglądała dość podobnie, do ciebie. O ile on dbał o swoją powierzchowność, niczym arystokrata, mężczyzna przed nim za to nigdy nie starał się o siebie dbać. To wrażenie sprawiło, że uśmiechnął się nieznacznie. Tajemniczy przybytek, jeszcze bardziej zadziwiające podobieństwo. To był jakiś sprawdzian? Przez chwile zastanawiał się, czy to nie on sam z przyszłości, aczkolwiek odrzucił ową myśl. Zauważył kilka różnic, które dla takiego obserwatora, jak on, nie są w stanie umknąć. Musiał przyznać przed samym sobą, że gdyby ktoś mu powiedział, że widział go gdzieś indziej, nie uwierzyłby. Teraz miał dowód na to, że gdzieś na świecie istnieje ktoś podobny do niego samego. Czyżby to była właściwie ta pułapka, a może coś innego? Robiło się coraz ciekawej.
On sam przybrał wyraz twarzy, który w takich przybytkach sprawdzał się najlepiej. Osoby, która chętnie poznaje innych i rozmawia z nimi. Nie musiał udawać zainteresowanego, gdyż czuł to w sobie. Dlatego o wiele łatwiej miał z tym i wyglądał zdecydowanie naturalniej.

- Rozumiem. - Powiedział spokojnie, ale nie był zawiedziony. Nie każdy miał ochotę rozmawiać, a on nie chciał naciskać. Zwróciłby wtedy na siebie zbyteczną uwagę.
- Zawsze uważałem, że czas szybciej mija, jak się prowadzi miłą rozmowę. No i słyszałem dźwięk kości. Sądziłem, że to zaproszenie. - Dopowiedział do swoich słów, jako wyjaśnienie, dlaczego po prostu postanowił podejść. Istniały osoby, które chętnie nawiązywały nowe znajomości. Ton, jaki ten mężczyzna mu odpowiedział, ewidentnie sugerował, że nie miał ochoty dyskutować. To oznaczało utratę przypuszczalnego źródła informacji, ale co tam. Możliwe, że pojawia się inne. Nie potrafił powiedzieć, skąd pochodzi, patrząc tylko i wyłącznie na jego ubiór. Zdjął płaszcz, ukazując nieźle wykonana zbroję skórzaną. Zdecydowanie bez tego ubioru było przyjemniej. Elegancka koszula, która znajdowała się pod tym, była w ciemnym kolorze, pasującym do jego włosów. Faktycznie wyglądali, jakby pochodzili z dwóch różnych grup społecznych, a jednocześnie wyszli z jednego łona. Z jakiegoś powodu to go bawiło.
- A dziękuję. - Powiesił płaszcz na oparciu krzesła, składając go tak, by się zbytnio nie pogniótł i usiadł.
- Nazywam się Ibrert Ulis. Miło poznać. - Wyciągnął ku niemu prawą rękę. Dym oczywiście nieco go drażnił, ale dało się to wytrzymać. Znosił zapachy Ujścia, to i takie coś nie było zbytnio problematyczne.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Sala Leszego

6
POST POSTACI
Telion
Spostrzegłszy wyciągniętą ku sobie dłoń, od niechcenia i dla zachowania resztek kultury osobistej, jaka mu została, uczynił to samo. Uścisnął rękę Ulisa z zachowaniem takiej powagi lub trafniej rzecz ujmując obojętności, jakby ktoś go do tego zmusił.

- Telion, Telion z Iri... w sumie to znikąd - odwzajemnił przywitanie. - Obecnie skromny marynarz na pokładzie fregaty handlowej - dodał mimochodem. - Ach tak, kości - rzucił szybkim spojrzeniem na stojący obok niego naczynie - Bawiłem się nimi na moment przed tym, jak zagościłeś w te skromne progi, nie sądziłem bowiem, że ich dźwięk kogoś zwabi - wyjaśnił pokrótce i chyba pierwszy raz lekko się uśmiechając.

Ibrert sprawiał wrażenie przyjaźnie nastawionego osobnika, co nie oznaczało w zupełności, że i jego zamiary takie pozostawały. Ciężko było uwierzyć w jego bezinteresowną chęć pogawędki dla kogoś, kto wielokrotnie został zdradzony i wystawiony do wiatru. Toteż pozostawiając znaczny margines zaufania, marynarz postanowił zamienić z nim kilka mało znaczących słów, ot co, może na tyle się zmęczy czczą gadaniną, że zamiast obalić następną kolejkę, z miłą chęcią uwali się na wynajmowanej pryczy... lecz do tego długa droga. Syte posiłki oraz parę ładnych dni spędzonych na lądzie, na tyle go pokrzepiło, że był w stanie uwierzyć, iż przez trzy kolejne nocki nie musiałby się kłaść, ale to tylko teoria. Na razie należało czymś się zająć, a skoro zaproponowano mu udział w jedynej, tutejszych rozrywek, prócz co oczywiste, upijaniu się na umór, Telion nie miał nic przeciwko, by przystać na ofertę.

- Nie wyglądasz mi na kogoś, kto gustuje w hazardzie na co dzień - skomentował. - Ja też nie, chociaż wyglądam na takiego, co nie jeden trzos na tym stracił - podsumował swój z mała zadbany wygląd.

Nie mając zatem wiele do stracenia, Telion machnął na stojącego za ladą poczciwca, by ten zabrał stertę brudnych naczyń, tym samym robiąc miejsce na talerze Ulisa. Sam zaś sięgnąwszy po kostki, wysypał je na dłoń i przeliczywszy ich ilość, rozdzielił równo po pięć.

- Zjedz spokojnie, noc dopiero co zapadła. A w międzyczasie, opowiedz mi Ibrercie - zwrócił się bezpośrednio do ładniejszej wersji siebie, ośmielony wtłoczonym wcześniej alkoholem. - Co cię sprowadza w do tego miejsca, bywasz tu często? - spytał niby z ciekawości, przy tym wstając z miejsca i przechadzając się wokół, by dym spalanego tytoniu nie zepsuł smaku potrawy.

Przystanął przy kominku, w którego wnętrzu płonęły spore kawałki drewna. Ogień odbijał się w jego oczach, przywołując wspomnienia i hipnozując go niejako, tak że ten na moment odciął się od świata rzeczywistego. Dopiero gdy zatrzymany w płucach buch począł go dusić, mężczyzna zdołał się ocknąć, kaszląc srodze w stronę paleniska. Oczy mu poczerwieniały i naszły łzami, a w gardle zaczęło srodze drapać. Wykonując dwa szerokie kroki, wziął swój kufelek i obalił do cna. Musiało minąć dobrych kilka minut, zanim ponownie odzyskał zdolność mowy. Spojrzawszy znacząco na fajkę, poślinił kciuk i wsadzając go w kominek, zagasił resztkę tlącego się materiału.

- Dosyć kopcenia na dziś - westchnął i zasiadłszy ponownie na swoim miejscu, z tą różnicą, że z plecami opartymi o chłodny mur, rękoma skrzyżowanymi na piersi i jedną nogą założoną na drugą, zamilkł z nagła, na powrót pogrążając izbę w ciszy, przerywaną trzaskiem płomieni oraz odgłosami wydawanymi przez pozostałą dójkę.

Sala Leszego

7
POST POSTACI
Vera Umberto
Karczma, jak każda inna. Vera z jakiegoś powodu nie potrafiła sobie przypomnieć, w którym porcie jest tym razem, ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Gdyby wypiła już zbyt dużo, żeby to pamiętać, nie stałaby teraz tak trzeźwo w progu, uważnym spojrzeniem swoich ciemnych oczu lustrując pomieszczenie. Dlaczego więc nie mogła zakotwiczyć się w miejscu i czasie? Po wielu bezskutecznych próbach zrezygnowała, dochodząc do wniosku, że może po prostu jest to zwykły sen, nic więcej. Tylko w snach wszystko nie było tak realne. W snach nie widziała tak dokładnie migoczących płomieni świeć, nie potrafiła dostrzec szczegółów twarzy, nie czuła zapachów z kuchni i nie słyszała tylu rozmów. Teraz działały wszystkie zmysły, równie skuteczne, jak na jawie. Gdzie więc trafiła? Ostatecznie uznała, że będzie się tym martwić później, albo i wcale - potrzebowała odpocząć i to zamierzała teraz zrobić. Dlaczego? Nie pamiętała dokladnie, co zirytowało ją ostatnio, było tego za dużo. Była jednak pewna, ze należała się jej przynajmniej jedna szklaneczka rumu na ukojenie nerwów.

Umberto nie była szczególnie subtelna. Konkretnie weszła do środka i bezceremonialnie zastukała dłonią w kontuar, ściągając na siebie uwagę karczmarza (i prawdopodobnie nie tylko jego), a gdy już dostała swój alkohol, obróciła się na stołku i przesunęła spojrzeniem po tutejszych gościach. Dlaczego właściwie przyszła tu sama...? Nie pamiętała, kiedy ostatnio nie miała przy sobie kogoś z załogi. Założyła nogę na nogę, a czubek jednego z jej sięgających kolan butów zaczął mimowolnie poruszać się rytmicznie do muzyki, dobiegającej nie wiadomo skąd. Nie miała tu jakichś szczególnie ambitnych planów; zamierzała wypić i wyjść, żeby znaleźć swoich ludzi, ale wtedy usłyszała dobrze znajomy - i całkiem przez nią lubiany - charakterystyczny, jasny stukot kości.
Chwilę później na wolne krzesło przy stole Teliona i Mehrena opadła wysoka, długowłosa kobieta, swój skórzany płaszcz przerzucając przez oparcie. Broni nie miała ukrytej - krótki miecz tkwił przypięty do biodra, teraz, gdy siedziała, ukośnie zwisając nad podłogą. Beżową koszulę w pasie ściskał brązowy gorset, a spodnie zamiast spódnicy, czy innej sukienki, świadczyły o zamiłowaniu nieznajomej do wygody. Z dekoltu wyzierał fragment nietypowej blizny, jakby coś o nadzwyczaj ogromnej paszczy wgryzło się jej kiedyś w ramię.
- Usłyszałam kości - poinformowała ich, nie przejmując się uprzejmościami. Jej głos był ochrypły, jakby pół życia spędziła na krzyczeniu, albo piciu... Albo na jednym i drugim. - Mam trochę złota, głównie zębów i chętnie pomnożę zawartość sakiewki.
Kąciki jej ust podniosły się nieznacznie, gdy przeskakiwała spojrzeniem z jednego na drugiego, wyczekując reakcji na jej małą prowokację.
- Bracia? Mam nadzieję, że nie macie wyćwiczonego kantowania razem, bo wtedy to żadna przyjemność z grania - mruknęła. Wtedy też przypomniało się jej, że chyba w sumie wypadałoby się przedstawić. - Jestem Vera.
Obrazek

Sala Leszego

8
POST POSTACI
Mehren aka Ibrert Ulis
Telion mógł poczuć stanowczy i mocny uścisk dłoni. On sam robił to już intuicyjnie ze względu, iż taka pozorna czynność zazwyczaj często była jednym z podstawowych kroków do zrobienia wrażenia na pewnych osobach. Brak pewności oznaczał już gorszą pozycję negocjacyjną. Taki drobny szczegół. Wyczuł, że mężczyzna odwzajemnił gest słabiej. Niby nic to nie znaczyło, ale dla niego była to jakaś informacja. Nie taka, którą mógł wykorzystać. Już na początku otrzymał sporą dawkę informacji, która częściowo go zaskoczyła. Fregaty handlowej w Ujściu od momentu zniszczenia portu było jak na lekarstwo. Zniszczona infrastruktura portowa zdecydowanie utrudniała obsługę statków, czyniąc ją w istocie niemożliwą lub kosztowną w zasoby ludzkie. Mógł przypuszczać, że nie znajduje się już w tym mieście. Zakładając, iż ta teoria jest prawdziwa, czy powrót będzie możliwy? Tajemnica! Musi być to zatem inne miasto portowe.
- W tłumie nie dosłyszałbym ich dźwięku. Dlatego ciesze się, mości Telionie, że lud na ten moment nie dopisał. - Powiedział z nutką zadowolenia, kontynuując to, co zaplanował na początku. - Mało kiedy mam okazje poznać marynarza, który to trud dotarcia na ląd nie świętuje do nieprzytomności. - Uśmiechnął się szerzej do swego towarzysza, jakby ta wiadomość istotnie radość mu sprawiała. Unikał zbędnej gestykulacji, a ułatwiało mu trzymane w prawej ręce piwo, które popijał powoli. Ciemne należało zawsze smakować, a nie wlewać w siebie, jak bydło. Trzymał się tej zasady od dawna.
- Ach to... - Zaśmiał się, jakoby powiedział dobry żart. - Racje masz, nie zwykłem grywać zbyt często. Ta zabawa nigdy nie umiała przejąć nade mną kontroli. Co nie znaczy, że w dobrym towarzystwie nie można sobie na to pozwolić. Jako urozmaicenie spotkania. - Powiedział zadowolony, dalej mówiąc same pozytywne rzeczy na temat towarzysza obecnego. Przychodziło mu to z łatwością. On sam postrzegał hazard za formę słabości. Zwłaszcza, jak człowiek potrafi oszukiwać. Wtedy ktoś taki jest praktycznie bezbronny.
- Myślę, że twoje przeżycia, Telionie nawet bez tej iskry ryzyka, były o wiele ciekawsze. - Powiedział wesoło, obserwując go uważnie. Każdy, najmniejszy ruch notował w pamięci i gdzieś z tyłu głowy analizował. Robił to już odruchowo. Nie zawsze od razu wykorzystywał wiedzę, którą zbierał. Z jakiegoś powodu karczmarz przyniósł mu strawę. Może to była sprawka Teliona, ewentualnie z własnej chęci przyniósł mu to, co wyglądało na przekąski? Nie był pewny, ale oczywiście zapłacił za to.
- Częstuj się, jak chcesz. - Powiedział do niego, bo wyglądało mu to na paszteciki, ale pewności do końca nie miał. Wziął jeden na spróbowanie i faktycznie, smakowało to całkiem nieźle. I do tego piwo. Dobre połączenie, choć oczywiście zależało od gustu. Wziął kości do ręki i spróbował ocenić, czy nie są podrobione tak, by ich środek ciężkości był gdzie indziej. Niby wydawało mu się, że wszystko jest w porządku, jednak nie miał ku temu odpowiedniej wiedzy. Teraz przyszła jego kolej na odpowiedzi. To była pierwsza oznaka ciekawości, jaką zobaczył u tego mężczyzny. Naturalna, czy sztuczna? Oceniał dopiero.
- Ach, w sumie to jestem tu pierwszy raz. Uwielbiam wchodzić do przybytków, których jeszcze nie odwiedziłem i poznawać nowe osoby. Oczywiście drugim powodem jest odpoczynek. Trzeba zapomnieć o trudach, jakie się miało i się zrelaksować. - To była najlepsza odpowiedź, która sprawi wrażenie, że jest zwyczajnym przyjezdnym, obieżyświatem. Nic konkretnego przecież nie powiedział, ale w podobnym tonie zachowywały się takie to osoby. Nie przejął się tym, że Telion wstał od stolika i próbował zachować pozory kultury, by plwociny z ust nie poleciały na niego. Sączył przy tym alkohol i dyskretnie obserwował.

Chwile po tym, jak wrócił, do ich stolika podeszła kolejna osoba. Widać już było po sposobie poruszania się, czego można się spodziewać. Chód miała pewny, zachowanie bezceremonialne. Ubranie wygodne, ale podróżne. Miecz przy pasie, blizna w okolicy dekoltu oznacza walkę. Dumę można było wyczytać z jej oczu. Głos zachrypnięty, sugerujący sporo alkoholu lub coś innego. Wszystkie te podpowiedzi sugerowały mu, iż ma kolejną osobę związaną z morzem w jakiś sposób. Do tego oczywiście zadziorność nadawała temu całkiem przyjemny obraz charakteru, a zwodniczy wygląd mógł nie jednego wpędzić w kłopoty.
- To dobrze trafiłaś, bo szybko stracisz to, co pomnożysz . - Odpowiedział w podobnym stylu, uśmiechnął się i przysunął jej talerz z pasztecikami. - Częstuj się, są dobre. - Jak tylko usłyszał, że ktoś ich wziął za braci, parsknął śmiechem, gdyż samego wciąż go to bawiło. Z wesołym, naturalnym błyskiem w oku, nieznajoma się przedstawiła.
- Ibrert Ulis. - I także wyciągnął ku niej dłoń, by uścisnął rękę. I tak samo, jak w przypadku Teliona, jeśli się na to zdecyduje, to jego chwyt będzie zdecydowany i mocny. - I nie jesteśmy braćmi. Sam jestem zdziwiony, że spotkałem sobowtóra, który wygląda, jak starsza wersja mnie. - Mogliby udawać oczywiście, ale wolał nie iść tą drogą. Nie miał pewności, jak tamten by to przyjął. - No to jest nas trójka. Standardowy rzut na liczbę oczek, czy poker? - Zapytał ich.
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Sala Leszego

9
POST POSTACI
Telion
Odpowiedź Ulisa co do powodu jego wizyty rozbawiła pogrążonego w zamyśleniu Teliona. Pierwszy raz słyszał, że ktoś z czystej ciekawości włóczy się po podejrzanych miejscach w celu poznania nowych osób oraz zaznania krzty relaksu. Nie skomentował jednak tego na głos, ino posyłając rozmówcy znaczące spojrzenie, wykrzywił usta w lekki uśmieszek i pokiwał głową w gestii zrozumienia. Miał go również ochotę zapytać czym tak właściwie się zajmuje, lecz prędko zrezygnował z tego, dochodząc do wniosku, że jest to mało istotne. Przecież i tak spędzą w jednym gronie nie więcej jak kilka godzin. Później każdy pójdzie w swoją stronę, pozostawiając drugiego w chmurze mglistych wspomnień.

Zmęczony życiem marynarz wyprostował splątane razem nogi, strzelając jednocześnie knykciami zahartowanych w pracy dłoni. Oparłszy łokcie o stół, właśnie zamierzał zagarnąć swoją część leżących na stole kostek, gdy wtem drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem i niczym wicher wparowała do środku kolejna osoba.

Telion zerknął z ukosa, któż to narobił takiego rabanu. W pierwszej sekundzie na myśl mu przyszedł jaki zawadiaka i rozbójnik. Dopiero, gdy ten się zatrzymał, mógł dostrzec że to nie pierwsza lepsza łachudra, a dość wysoka jak na swoją płeć kobieta. Mógłby przysiąc, że gdyby wyprostowała się w pełni na tych swoich obcasach, dorównałaby mu wzrostem lub nawet przewyższyła. Długi czarny włos oplatał jej ramiona, a zaciśnięty w pasie gorset nadawał odpowiednich kształtów.

- No... - wycedził przez zęby aprobatę, ale na tym zakończył się podziw.

W zachowaniu czarnulki było coś niepokojącego. Zbyt pewna siebie, z bronią u pasa. Żadną miarą nie przypominała zwykłej kurtyzany, o ile nią w ogóle była. Na myśl nasuwała się postać z dawna zapomnianej... jak jej tam było? Już sam nie pamiętał, córy herszta zbójeckiej drużyny w Irios, do przynależności, której niejako Telion sam został powołany na pewien czas. Później wiadomo jak to się skończyło - śmiercią, śmiercią i śmiercią.

Kobieta omiotła wzrokiem po izbie, a gdy jej błyszczące oczka - w których siedział sam diabeł - napotkały dwójkę uderzająco do siebie podobnych mężczyzn, ruszyła w ich stronę i nikogo o zgodę nie pytając, zasiadła na ostatnim wolnym krzesełku.

Na tą samowolkę Telion zareagował milczeniem. Spojrzał znacząco na Ibrerta, doszukując się w nim odpowiedzi na zaistniałą sytuację. Ten z kolei nie przejmując się nadnaturalną odwagą przybyłej, wyciągnął ku jej powitalną dłoń, zrazu częstując skromnym daniem.

- Uważaj, żeby tylko ci palców nie odgryzła
- przestrzegł go w myślach.

Vera, bo tak się przedstawiła, w nazbyt entuzjastyczny sposób wyraziła chęć do wzbogacenia się w sposób, który miał początkowo stanowić przyjacielską partyjkę, co tylko utwierdziło mężczyznę, że coś tu jest mocno nie tak. Najpierw zjawia się jeden osobnik i proponuje wspólną zabawę, a chwilę później, zupełnie nieoczekiwanie pojawia się drugi, z tą samą propozycją, tylko tyle, że na innych warunkach, to jest z grą o fanty.

- Dziwna sprawa - przyznał sam przed sobą.

Pozostała dwójka sprawiała wrażenie dopiero co poznanych sobie ludzi, a co jeśli byli w rzeczywistości ugadani? I ta wzmianka o oszustwach, czyżby porozumiewali się ze sobą jakimś szyfrem? Brodaczowi wcale nie podobał się rozwój wypadków. W swej paranoicznej wizji widział, jak rezygnując z zabawy, zostaje ni stąd ni zowąd napadnięty i ograbiony z wszelkiego dobra. Jak dobrze że wiele nie posiadał, a lwią część tego co odłożył, zostawił na okręcie.

- Proponuję Blackjacka - odezwał się po raz pierwszy - Zasady są proste. Po jednym rzucie pięcioma kostkami. Kto w danej turze wyrzuci sumę oczek dwadzieścia jeden lub będzie najbliżej tego, wygrywa. przekroczenie wartości będzie równe przegranej - wyjaśnił krótko reguły i ponownie zamilkł, nie chcąc się nikomu narażać nachalnością.

Sala Leszego

10
POST POSTACI
Vera Umberto
Uśmiechnęła się nieznacznie. Zaraz zobaczymy, kto straci, a kto pomnoży. Nie to, że Vera czuła się jakoś szczególnie pewnie z grą w kości, ale odrobina ryzyka zawsze poprawiała jej samopoczucie. A gdy była właściwie pozbawiona poważnych konsekwencji? Tym bardziej! Złoto można było zdobyć też na inne sposoby. Wciąż miała ładownię pełną zrabowanych dóbr, czekających na sprzedaż. Zresztą los nie sprzyjał jej ostatnimi czasy, dopiero ostatnio zaczął się odwracać, więc kto wie, może tym razem dla odmiany się jej poszczęści?
Sięgnęła po jednego z pasztecików, ale zatrzymała się w połowie ruchu, by najpierw uścisnąć Ibrertowi dłoń. Wyciągnęła ją też do drugiego mężczyzny, choć jeśli ten wolał zachować dystans, nie nalegała. Przedstawić też się nie przedstawił - może i Umberto zapomniała zrobić to na samym początku, ale gdy już się wymieniali imionami, mógł podzielić się też własnym. Vera nie wyglądała przecież jak uliczny zbój; jej ubrania były dobrej jakości, a ilość biżuterii, jaką standardowo była obwieszona, też o czymś świadczyła. Trudno, nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, o ile w ogóle miało jakiekolwiek. Przyszła tu zagrać w kości, nie szukać przyjaciół. Napiła się swojego rumu i sięgnęła w końcu po pasztecik.
- Dzięki - mruknęła.
A więc braćmi nie byli. To nawet lepiej. Rozsiadła się wygodniej i uniosła wzrok na bezimiennego, unosząc lekko brwi.
- Preferowałabym pokera. Zawsze go lubiłam. A czysta losowość? - nie wyglądała na zadowoloną z propozycji. - Przynajmniej dodaj możliwość przerzucenia ze dwóch kości, żeby zmodyfikować wynik. Co to za przyjemność, nie mieć absolutnie żadnego wpływu na swoją wygraną.
Dojadła pasztecika i wytarła palce o spodnie. Kościany poker był jedną z jej ulubionych rozrywek i gdzieś w swojej kajucie miała nawet zestaw pięknych, ornamentalnych kości z fernambukowym pudełkiem, który zwędziła z któregoś ze zrabowanych dawno temu statków. Zapomniała o nich zupełnie. Zdecydowanie powinna ich poszukać, Osmar padłby z zazdrości.
Dobrze trafiłaś. Vera zastanawiała się, gdzie właściwie trafiła, ale jej pamięć zawodziła. Ostatnio żeglowali po cieśninie Garrina i nie przypominała sobie, żeby schodzili na ląd od opuszczenia Archipelagu Łez. Była prawie pewna, że nie zeszli. Zmarszczyła brwi i przesunęła uważnym spojrzeniem po twarzach siedzących przy stole mężczyzn. Może stąd brało się ich podobieństwo, że byli wytworem jej wyobraźni, marą senną, niczym więcej? Tym bardziej nie powinna przejmować się tym, że przegra - choć miała nadzieję, że się to nie wydarzy. Lubiła złoto, w każdej chyba formie, nawet to przyśnione.
- To po ile wchodzimy? Po dziesięć zębów? - uniosła pytająco brwi i sięgnęła do sakiewki. - ...Jakie waluty właściwie macie? Zęby... zęby są z południa.
A ona przecież wcale na południu nie była.
Obrazek

Sala Leszego

11
POST POSTACI
Mehren aka Ibrert Ulis
Wejście Very zmieniło sytuacje przy stole i to całkiem mocno. Wcześniej jegomość zwany Telionem wykazywał się względną chęcią do rozmowy. Zaraz po tym zamilknął, a jego mowa ciała stała się całkiem inna. Nie potrafił oczywiście przejrzeć jego myśli, aczkolwiek ten sygnał odebrał w jedyny, możliwy sposób: niepokój. Nie znał powodów tego, aczkolwiek istniało kilka sensownych wyjaśnień. Nie rozwodził się nad tym zbytnio, gdyż nie obchodziło go tak naprawdę powód. Mniej więcej otrzymał odpowiedź na jedno ze swoich pytań. Odpowiedzią na nieme pytanie mężczyzny był gest, który także mówił wiele: Wzruszył ramionami. Nie miał kompletnie zielonego pojęcia, kim jest dama, która się do nich przysiadła. Nie znał jej, aczkolwiek chciał ją poznać. Dlatego zachowywał się w taki grzeczny i miły sposób, niezależnie oczywiście, jak osoba się prezentowała. Nie widział wrogości u kobiety, więc i czym miałby się martwić?

Kobieta miast wydawała się zadowolona. Nie widział jej wcześniej i nie wiedział, czy taka była z natury, a może zmiana nastąpiła po zbliżeniu się do nich. Biżuteria oczywiście robiła wrażenie i on, choć był laikiem w kwestii jubilerstwa, potrafił docenić starania, by nie wyglądały byle jak. Normalnie by tak nie zareagował, ale skoro nadal bawił się w poczciwego człowieka, opory nie mogły istnieć.
- Piękny naszyjnik. Wygląda, jakby wyszedł spod ręki mistrza złotnictwa. Pasuje do ciebie. - Mrugnął wesoło, oczywiście reszta również nie wyglądała źle, jednak to właśnie ten jeden element rzucał się najbardziej w oczy. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie jeden byłby łasy na taki skarb. Podejrzewał również, że sporo rąk musiało polecieć przy próbach zdobycia. Miał nadzieje, że Vera odbierze to jako komplement, a nie uzna za zagrożenie. Różnie czasem inni reagowali na miłe słowa. Przy okazji sprawdzi jej reakcji i może jakiś mimowolny ruch ciała zauważy, który pojawia się w określonych sytuacjach?


- Wygląda na to, że pozostało mi rozstrzygnąć. - Parsknął śmiechem, bo ktoś musiał postawić kropkę nad i. Unikał oczywiście myślenia na głos, ale w tej sytuacji się sprawdzi, bo będą szły za tym jakieś argumenty. Czy się zgodzą, to już insza sprawa.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, a przecież takiej dobrej nie mam...- Zażartował z siebie, by trochę tę sztywną atmosferę zmienić. Byli w karczmie, a bycie poważnym i smutnym utrudniało mu zdobycie informacji. Spróbować nigdy nie zaszkodzi. -...to blackjack wymaga rozgrywającego, którego obowiązują dodatkowe zasady. - Wychodziło przy okazji, że choć nie grał zbyt często, nie był laikiem, jeśli chodzi o rozmaite gry hazardowe. - Taka, jak że musi zawsze ryzykować. To spore uniedogodnienie, a nawet grając bez niego, rozgrywka może nie być tak dynamiczna. Bo nie rzucalibyśmy od razu wszystkimi, bo kiepsko mogłoby to wyjść. - Dla niego to w istocie były dwa, co prawda, mało ważne problemy, które wpływają na dynamikę zabawy. On nie miał nic przeciwko, by zmienić drobną zabawę w coś takiego. Nawet mu to służyło, bo nie o walutę tu się rozchodziło.

- Poker za to jest grą znaną i nawet dzieci znają zasady. O wiele łatwiej także według mnie grać, zwłaszcza z przerzutami. Mamy na ten moment dwa zestawy, więc nie powinno być problemu także z grą, bo łatwiej zapamiętać także, co, kto miał. Ja nie mam zestawu, więc jeśli Vero, miałabyś własny, zniknąłby problem dzielenia się kośćmi. W razie czego każdy zapamięta łatwo, co ma i jakoś damy rade. Dlatego też preferuje ten rodzaj zabawy. - Rzekł pełny optymizmu, jakby naprawdę liczył się z tym, że będzie świetnie się z nimi bawił, nawet jeśli gra będzie na poważnie. Sprawiał wrażenie, że nie obchodzi go wygrana lub przegrana.
- Ja mam gryfy, zęby i korony wschodnie. Tych ostatnich mam najmniej, ale pamiętam, że przelicznik jest mniej więcej podobny. Różni się dopiero przy wyższym kwotach. - W Ujściu panowały w sumie gryfy i zęby. Korony miał jeszcze z dawnych czasów i trzymał je po prostu, bo uznał, że kiedyś mogą mu się przydać. Nie przywiązywał do nich wielkiej wagi.
- Proponowałbym zacząć od pięciu, potem ewentualnie w trakcie rozgrywki zwiększył pule wejścia. - Stwierdził, bo miał wrażenie, że przy takiej kwocie wejścia, Telion mógł być mniej chętny, a połówka to dobry początek, by sprawdzić, kto i jak jest chętny. No i to, co miała Vera, sugerowało, że przebywa na południu lub niedawno tam była. Pozostało pytanie, czy Telion także był z południa, a może wszyscy są z innych miejsc?
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Sala Leszego

12
POST POSTACI
Telion
Postanowione. Grą wieczoru został poker, wybrany w demokratyczny sposób. Telion kiwnął tylko głową na znak pogodzenia się z decyzją pozostałej dwójki co do stawki początkowej. Przed tym, jak miało dojść do pierwszej rundy, upewnił się tylko, że ma co postawić. Wygrzebał z kieszeni garść monet, między którymi widniały symbole łódek i gryfów. Trafiły się nawet jakieś ciekawsze okazy o nieregularnych kształtach. Żeglowanie po świecie miało to do siebie, że należało być przygotowanym na wszelką ewentualność, również na nieoczekiwane zakupy po drugiej stronie Kontynentu w stosunku do położenia matczynej przystani, toteż nie dziwota, że większość z nędznych obieżyświatów posiadała w swojej kolekcji dosłownie każdą walutę. Skoro tak, to czy więc i Ulis i Vera należeli do tego samego pokroju co Telion? Tego nie potrafił trafnie określić, więc prędko dał sobie z tym spokój.

- Mam kilka takich i takich... w sumie i tak przeznaczonych na stratę
- przyznał znużonym tonem głosu.- Skoro wszystko jest tyle samo warte, bez różnicy kto co da, co nie? - postawił retoryczne pytanie.

Przechodząc zatem do konkretów, jako pierwszy ustawił pośrodku stołu stosik złożony z pięciu Gryfów. A następnie odczekawszy chwilę, aż reszta zrobi to samo, zagarnął swoje kostki i wykonał pierwszy rzut:

Rzut_1:
Spoiler:

- Nie jest źle
- skomentował. - Trójka dwójek. Zobaczymy czy ugram coś więcej- pierwsza tura za nim. Efekt wcale zły, ale zawsze może być lepiej - Zostawiam dwójeczki, przerzucam dwie niepasujące - postanowił.

Rzut_2:
Spoiler:
Druga tura okazała się skuchą. Kostki nijak chciały się ułożyć. Telion wykrzywił lekko usta z niezadowolenia. Wziął ostatni raz trefne kości i dobrze nimi potrząsnąwszy, wypuścił z dłoni, bacznie obserwując to jak się kulają po sękatym blacie.

Rzut_3:
Spoiler:
-Ha! Kareta - parsknął uradowany. Przynajmniej tym razem szczęście mu dopisało, a przynajmniej do momentu, gdy nie zobaczy końcowego wyniku. Cztery dwójki tworzyły ładny układ, lecz wiedział dobrze, iż są one łatwe do przebicia. Jeśli nie pięcioma takimi samymi kostkami, to przynajmniej identycznym układem, tylko tyle, że utworzonym z większej ilości oczek.

- Moja kolej skończona - orzekł, przesuwając kostki w stronę Very. - Zatrzymaj swoje Ibrercie, niech szanowna pani użyje tych. Wynik jest prosty do spamiętania.- zapewniał.

Nim będzie miał okazję ponownie wypróbować swoje szczęście, do tego czasu musiał jakoś wytrzymać, a najlepszym sposobem ku temu okaże się mile spędzona chwila przy dobrym trunku. Nie zastanawiając się zatem długo, machnął w stronę gospodarza, prosząc go o trzecią już tego wieczora kolejkę. Wolał zawczasu zadbać o dobry napitek, dopóki był w stanie jeszcze go opłacić. Czas natomiast pokarze czy przez resztę wieczoru i dnia następnego zostanie zmuszony wytrzymać o suchym pysku czy też nie baczyć na koszta i jeść, i pić do woli.

Sala Leszego

13
POST POSTACI
Vera Umberto
W reakcji na komplement Vera uniosła brwi i przesunęła spojrzeniem po sylwetce Ibrerta. Co to miało niby znaczyć, że do niej pasuje? To znaczy, oczywiście, że do niej pasował, starannie dobierała zakładaną biżuterię i nie bez powodu miała jej całą skrzynkę. Kupiony na Harlen naszyjnik z zielonym kamieniem dobrze wpasowywał się w dekolt, może w tym była rzecz. W sumie, typowe. Nie odrywając przeszywającego spojrzenia od twarzy nowego znajomego, pociągnęła kolejnego łyka ze swojej szklanki.
- Dzięki - odparła. - Co ty, jakiś jubiler?
Temat jednak szybko zszedł na kości, więc Vera odchyliła się na krześle i skupiła na tym, po co tu przyszła.
- Nie mam swojego zestawu, nie przy sobie, przynajmniej. Usłyszałam stamtąd, że wy macie, dlatego do was podeszłam.
Zadowolona z ostatecznego wyboru gry, skinęła głową. Faktycznie, nie miało żadnego znaczenia na jakie waluty zdecydują się grać. Umberto krążyła po świecie na tyle rozległym, że przyda się jej każda. Zerknęła przez okno, zastanawiając się przez chwilę, gdzie właściwie jest teraz, ale myśli nie chciały podążać tym torem. Wyciąganie wniosków z tego, co widziała, nie było proste; horyzont zmieniał się i przekształcał za każdym razem, gdy unosiła wzrok za szybę, ale z jakiegoś powodu po prostu przyjmowała to do wiadomości. Tak było, koniec. Znajdowała się wszędzie i nigdzie. Znajdowała się przecież we śnie.
Zanim zdążyła pogrążyć się głębiej w tych rozważaniach, trzeba było wyłożyć monety na środek stołu, a bezimienny zaczął rzucać. Pochyliła się nad stołem, śledząc spojrzeniem turlające się kostki. Jej ozdobione pierścionkami palce zastukały w blat wyczekująco.
- Ładnie - mruknęła, gdy ostateczny wynik okazał się całkiem zadowalający. Czy uda się jej go przebić? Mało prawdopodobne, ale nie takie rzeczy się zdarzały, prawda? Kiedyś ograła Osmara, wyrzucając pokera z szóstek i do tej pory zdarzało mu się wypominać jej, że wtedy kantowała... choć przecież wcale tego nie robiła. Nie miała zręcznych dłoni i sprytnych paluszków, które ukradkiem podmieniałyby kostki. Jej ręce umiały władać mieczem i kołem sterowym - te były trochę większe, a podejrzewała, że odciski od lin też nie ułatwiały podobnej ekwilibrystyki.
- Świetnie. Zobaczmy - podniosła kostki, gdy zostały one przesunięte w jej stronę. - Ile szczęścia ma dziś dla mnie los?
Spoiler:
Znów trzy dwójki? Umberto zerknęła w stronę człowieka, który przed chwilą wyrzucił praktycznie to samo. Jeśli będą mieli identyczny wynik, nic już nie przekona jej, że to wszystko się jej nie śni. Podniosła kostki z czwórką i jedynką, żeby rzucić nimi ponownie.
Spoiler:
Parsknęła śmiechem.
- Widzę pewne podobieństwa - stwierdziła. Miała jednak jeszcze jeden rzut i zamierzała go wykorzystać, choć nie liczyła, by los dopisywał jej aż tak. Przerzuciła szóstkę.
Spoiler:
- Tak jest! - po raz pierwszy od przybycia uśmiechnęła się szeroko, uderzając otwartą dłonią w stół. Kosteczki podskoczyły w miejscu. - Poker, panowie. Poker z dwójek.
Sięgnęła po szklankę i opróżniła ją do zera, by odstawić ją ze stuknięciem na blat. Założyła nogę na nogę i obróciła się na krześle w kierunku Irbisa, czy jak się ten gość nazywał.
- No to teraz powodzenia - zaśmiała się, a gdy zorientowała się, że ktoś w międzyczasie z powrotem napełnił jej szklankę rumem, wyćwiczonym przez lata gestem zacisnęła na niej palce. Zdecydowanie podobało się jej to miejsce i te okoliczności.
Obrazek

Sala Leszego

14
POST POSTACI
Mehren aka Ibrert Ulis

To przeszywające dało mu kolejne informacje o kobiecie. Oczywiście zakładał, że może się mylić, ale to teraz nie miało znaczenia. Do tej pory nie miał jeszcze reakcji, która zaprzeczałaby domysłom. Brał oczywiście pod uwagę to, że znał ich za krótko, by mieć całkowitą pewność. Dlatego kontynuował swoje przyjacielskie wywody. Vera z łatwością widziała, że jego wzrok nie uciekał na biust, czy biżuterie. W tym oczywiście na wspomniany naszyjnik. Zawsze był skierowany na jej twarz.

- Nie. - Parsknął śmiechem. - Umiem docenić piękna biżuterie, wybieraną przez wyjątkowo osoby. - Uśmiechnął się do niej szeroko. Na chwile Telion zwrócił jego uwagę swoim retorycznym pytaniem, na które nie odpowiedział słowem, a gestem. Kiwnął mu głową na znak, że ma rację. Mogli zabrać się za grę. Wyłożyli po pięć rozmaitych walut i przystąpili do gry. Przez ten czas nieco mniej zwracał uwagę na to, jak grają. Interesowało go coś innego i zastanawiał się, jak namówić ich do rozmowy. Dobrze byłoby usłyszeć nowe wieści z innych miejsc, niż jego miasto. Przez chwile przyglądał się temu, co jest za oknem i stwierdził, że środowisko zmienia się zbyt szybko. To ostatecznie było potwierdzeniem jego domysłów. Nie wiedział tylko, czy będzie w stanie wrócić oraz kto i po co, stworzył takie miejsce.
- Nieźle. - Stwierdził, ja zobaczył to, co wyczynia Telion. Z rozbawieniem obserwował, czy ta drobna zabawa, faktycznie zmieni się w rywalizację między ową dwójką nieznanych mu osób. Oczywiście zastanawiało go, dlaczego mężczyzna nie przedstawił się kobiecie. Mógłby, co prawda zrobić to za niego, jednakoż nie miał ku temu powodów. O wiele ciekawiej za to, zrobiło się, kiedy sprawy w swoje ręce zrobiła kobieta. Az gwizdnął z wrażenia i kolejny raz parsknął śmiechem.

- No to jestem w niemałych tarapatach. - Miał dość swobodny i rozbawiony ton. Brak żyłki do hazardu powodował, że w istocie nie był uzależniony od wygranej. Osobiście wolał działać inaczej, niż polegając na kaprysie szczęście.
- Moje gratulacje Vero. Jestem pewny, że ty wygrałaś pierwszą rozgrywkę. - Och, nigdy nie grał w kości, ale nie podejrzewał u siebie, że miał szanse. Jeśli demoniczne istoty, znane jako bogowie, mieli tu swój wpływ, miał pewne podejrzenie, że niezbyt są mu przychylni. I dlatego mogą mu uprzykrzyć rzeczy, na które mogą mieć wpływ. Z drugiej strony te rozważania sensu nie miały, bo i tak od początku nie przejmował się tym, czy wygra. Dobrze, że zgodzili się na tak małą stawkę. Musiał uważać na finanse, choć może to być mała cena za ciekawe informacje.
- Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. - Powiedział do siebie i wziął kości. Potrząsnął najpierw nimi w dłoni przez chwilę, a następnie rzucił.
Spoiler:
Cóż, nawet spodziewał się tego. Dwie piątki i reszta nic konkretnego. Uśmiechnął się do siebie, ale nic nie powiedział na tak kiepski rzut. Teoretycznie miał dwa przerzuty, choć mógł sobie odpuścić. Uznał, że mogło być to kiepsko odebrane, jeśli nawet by nie spróbował, więc wybrał kości z numerem trzy i dwa i postanowił zobaczyć, co teraz wyjdzie. Nie próbował oszukiwać, gdyż musiałby najpierw odrobinę w czymś takim się podszkolić, jeśli chce uniknąć oskarżeń o oszustwo.
Spoiler:
Na widok drugiego rzuty, parsknął śmiechem szczerym i głośnym. Trójka przerzucona na trzy i dwójka na jedynkę. Miał dwie pary, ale i tak przegrana z kretesem.
- To przesądza o wyniku. - Stwierdził rozbawiony tym wszystkim. Jego duma oczywiście nie odniosła uszczerbku z powodu czegoś takiego. Zaczął traktować to, jak swoisty eksperyment, który pozwoli mu ocenić, jak bardzo demoniczne byty mu nie sprzyjają.
- No, ale nie byłbym sobą, gdybym tak to zostawił. - Wziął kość numer 3 oraz jedną z jedynek i postanowił sprawdzić, jak teraz mu pójdzie.
Spoiler:
- Przyjmuj zatem moje drugie gratulacje, Vero. Los ci sprzyja. - Mówił to, nie tracąc humoru. Brak wpływu na to, gdzieś w środku go irytował oczywiście, bo nie znosił nie mieć kontroli, aczkolwiek ta iskra zrazu jest zgaszona, bo miał inny, ważniejszy cel. I jak zwykle, postanowił dowiedzieć się czegoś więcej.
- Skoro tu tak siedzimy, to spytam was śmiało. Słyszałem od jednego z kupców, że na wodach źle się dzieje. Co prawda, nie mam pewności, czy alkoholowy rausz zbytnio nie powodował, że mylił jawę ze snem, ale opowiadał mi, że widział czarne okręty, wypełnione dziwnymi istotami i stworami, które czekają na statki. Jako że traktuje to bardziej jako bajanie po alkoholu to coś w ogóle dzieje się na morzach? - Popatrzył na nich pytająco. Oczywiście zmyślił to całkowicie, bo chciał, by rozmawiali o czymś i dzięki temu, może przypadkiem coś rzekną ciekawego?
Licznik pechowych ofiar
1, 2, 3, 4

Sala Leszego

15
POST POSTACI
Telion
Kości zostały rzucone, a kolejne rzuty sprawiały, że mężczyzna coraz szerzej otwierał oczy, na końcu dołączając opadniętą szczękę z podziwu i niedowierzania. Vera, nonszalancka kobieta znikąd, dokonała niemal niemożliwego. Przebiła prawie niepokonany układ i to przy użyciu tej samej ilości oczek co on.

- Gdybym wiedział, że te kostki są aż tak szczęśliwe, nie oddałbym ci ich
- zażartował, ale w tonie jego głosu dało się wyczuć krztę powagi lub nawet niezadowolenia.

Tura Very dobiegła końca. Nadszedł zatem czas na kolejkę Ulisa. Gdzieś we wnętrzu siebie Telion życzył mu powodzenia. Nie chodziło mu wcale o szczere powodzenie, lecz ideę przebicia wyniku poprzedniczki i utarcie jej nazbyt pewnego siebie nosa.
Ku jego wielkiemu oczekiwaniu, Ibrert poniósł sromotną klęskę, niwecząc plany cichej zemsty. No trudno. Tamtej się udało, niech ma! Kwestią sporną pozostała tylko uczciwość. Drobne stuknięcie w stolik, podkręcenie w jakiś sposób kostek, sztuczek istniało co niemiara, ale na co komu rozsądzać o tym. Gdyby gra toczyłaby się o większą stawkę lub uczestnicy byliby bardziej rozentuzjazmowani, już teraz fruwałyby w powietrzu taboreciki, a zwycięzca zbierałby zęby z podłogi za rzekome oszustwo. Na całe szczęście towarzystwo nie wyglądało na takie, co wszczęłaby burdę z byle powodu, chociaż każdy z nich wtłoczył w siebie dobrą dawkę rozweselającego i pobudzającego do niezbyt przemyślanych działań trunku.

Pierwsze rozdanie za nimi. Marynarz czuł w sobie niedosyt. Miał ochotę na dogrywkę. Potrzebował jednak chwili, aby ochłonąć. Wziąwszy do prawej ręki kufel, pociągnął z niego kilka szybkich łyków smakowitego napitku. W tym czasie drugi z mężczyzn rozpoczął nowy, niesłychanie ciekawy temat i to do tego stopnia, że Telion przybrał pozę faktycznie zainteresowanego dalszą rozmową. Obróciwszy całe ciało w stronę blatu, założył nogę na nogę, następnie opierając łokieć lewej ręki o skraj kolana, z kolei podbródek ułożył na zaciśniętej lekko pięści tej samej ręki.

- Czarne okręty powiadasz? - zawtórował za Ibrertem. - Brzmi na kolejną historyjkę zmyśloną specjalnie dla wywołania hecy - Pomimo tego, że słowa jego utwierdzały pozostałych w sceptycznym podejściu, w rzeczywistości chciał wierzyć przynajmniej w jej część. Opowieści takich jak ta, znał wiele i sam mógłby pleść o nich całymi wieczorami. Legendy o latających okrętach, syrenach, morskich potworach i ukrytych skarbach, nie mogły brać się w jego mniemaniu znikąd. Ludzie musieli skądś czerpać inspirację. I nawet jeśli większość z nich była czystą bujdą, to wciąż istniała szansa, że w którejś tkwi ziarno prawdy lub lepiej, sama prawda.

- Tamta moczymorda przeholował zdrowo z grogiem, ewentualnie najadł się kolorowych rybek - podał pierwszy lepszy powód na podważenie autentyczności bajeczki. - Bo widzisz mój drogi Ulrisie, nie każdy żeglarz wie, że niektórych ryb nie wolno spożywać - zwrócił się bezpośrednio po imieniu do towarzysza wspólnej posiadówy, przesuwając przy okazji po obliczu kobiety, nie tyle w gestii chęci jej podziwu, a zwrócenia uwagi i pobudzenia ciekawości - Wiele z nich zawiera w sobie truciznę wywołującą halucynacje. A jeszcze więcej jest takich, co cię o śmierć przywiodą - przestrzegł go, jako że nie wyglądał na takiego, co często po morzu pływa. - Wybacz mi, wybacz za tą dygresję, chyba żem ci przerwał. Mów śmiało - zachęcał do rozwinięcia tematu i sięgnąwszy ponownie po fajkę, począł wydłubywać z niej wilgotny susz. Ponownie naszła go ochota na puszczenie dymka, pech chciał, że siedział razem w towarzystwie damy. Nie wypadało więc dmuchać jej w twarz, a i wstawać od stołka mu się nie widziało. Toteż wyczyściwszy wnętrze fajki, odłożył ją z powrotem, nieco tym zawiedziony.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Chatka na Kurzej Nóżce”