Błyszcząca Góra

31
/Trochu nie rozumiem rozstawu i samego działania w tej sytuacji, ale naczekałaś się wystarczająco, nie będę szukał odpowiedzi teraz, najwyżej poprawię posta :) /
Cholera.
Pomysł był dobry. Demon wycelowany był w okolice w których stał mag, a nie łucznik, który szedł w eskapadzie jako trzeci (no skoro przed chwilą wraz z Tamasem rozmawiał, a tamta dwójka szła dalej). Niemniej pomysł nie do końca wypalił. Wilczek przemienił się w demona i z jakiegoś powodu to łucznika zaatakował jako pierwszego.

Trudno, przecież nie będzie się w tej chwili użalał nad zranionym...? Nie, zabitym. Cholera wie jak głębokie rany zadał demon, niemniej pomóc jakoś musiał i mógł! Cholera, a co robił czarodziej w tym czasie?

Pieprzyć go. Ciemny mógł żyć, więc należało korzystać z każdego możliwego sposobu na uratowanie go z beznadziejnej sytuacji- szczególnie, że Korneliusz znalazł się w niej przede wszystkim przez nieudaną akcję poturbowania czarodzieja. Tamas zacisnął łapska na ostrzu i naprędce załadował miecz energią, którą skumulował w ostrzu, a następnie nim machnął poziomym cięciem wysłanym wprost w demona, który jako jedyny był przy poległym? Leżącym Korneliuszu. Atak raczej nie zaszkodzi nikomu kto nie był na drodze owej energii, a ta być może zajmie demona na tyle, aby odczepił się od ranionego. Raczej bardzo wątpliwe, aby jeden energiczny cios i to tak szybko wytworzony był w stanie zabić demona. Gdyby to było takie proste to Orli raczej nie martwiliby się możliwością przegrania walki z nimi.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

32
Demon nagle runął na Korneliusza, biegnąc po śniegu, tnąc szybkimi krzyżującymi się uderzeniami, wywijając łapskami w błyskawicznych fintach. I już miał capnąć bezbronnego łucznika, gdy magiczna fala z ostrza uderzyła go w pierś i lewę ramię. Drgnął z lekka uchyliwszy kroku w tył. Monstrum spod wieży spojrzało na swoje ramię, w które trafiło zaklęcie, uniosło lewą dłoń, już oznaczoną deseniem karminowych wężyków pochodzących z napaści. Demon popatrzył na gęste krople kapiące w dół, na śnieg.

Zaryczał. Jego głos drżał wściekłością. Był rozeźlony, dziki i gotów do mordu. Odwrócił długi łeb w kierunku Tamasa.

Skoczył przed niego, ominąwszy zakrwawionego mężczyznę. Szedł na niego jak burza, kosząc długimi łapskami powietrze, jakoby już miał pochwycić barbarzyńcę, choć dzieliło ich jeszcze kilka kroków. Stąpał pewnie, bez zachwiania, nawet nie wątpiąc w swą demoniczną wyższość nad śmiertelnikiem. I w końcu parł szybciej. Tamas był na wyciągnięcie szponu. Potwór zamachnął się od lewej, tnąc krzywo, chcąc rozczłonkować prawy bark wojaka. Był tuż, tuż od uderzenia.

Błyszcząca Góra

33
Czar zadziałał względnie dobrze, gdyż przerwał atak na ranionego co raczej miało pozytywny odzew. Gorzej, że demon natychmiast podjął decyzję o zwróceniu się przeciwko Tamasowi. Logiczne, jeśli biorąc pod uwagę to, że reszta kompanii była za demonem i jeszcze kompletnie nic nie zrobili napastnikowi. Barbarzyńca dzierżył miecz, a demon ruszył na niego.
Pozostała kwestia tego dlaczego ktokolwiek nazywał Tamasa barbarzyńcą. Szarżujący demon był z pewnością silniejszy, z pewnością bardziej niebezpieczny od pojedynczego człowieka, a jednak to nie wywoływało strachu u weterana.
Spoiler:
Wystawił ostry koniec miecza w stronę pyska demona, długą rękojeść trzymał obiema rękami blisko głowy i zamierzał wykorzystać pęd istoty, dodając do tego swój, aby wsadzić ostrze aż po samą rękojeść w łeb demona. Tamas chwilę przed dobiegnięciem do niego, zamierzał zrobić sus do przodu i wypchnąć ostrze wprost w ryło oponenta, zamierzając zostawić obronę swojej grubej skórze straży oraz oczywiście szczęściu, gdyż łapa demona raczej chciała dopaść go stojącego nieco dalej, więc szpony musiałyby mocno zagiąć się przy ataku, żeby sięgnąć tego, który skrócił dystans przy ataku.
Tamas bardziej obawiał się pędowi demona, który mógł go stratować nawet jeśli miecz sięgnął celu... pęd w końcu nie znika od tak.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

34
Zwleczony spode drzewa Maric, krzyknął jękliwym głosem. Nie bacząc, że na widoku wykrwawia się ich oddany kompan Korneliusz, sięgnął po sztylet, którym począł wymachiwać. Thamas zaś przygotowywał się do uderzenia. Chwycił rękojeść miecza i wywlekł go ponad barki, gardząc rozwścieczonymi szponami potwora. Weteran przysiągłby, że sięgnął łba bestii, że przeczesał jego przydługą czaszkę o kształcie odwłoka rozdrażnionej osy. Ostrze już dzwoniło na pancernym hełmie, gdy potwór znikł.

Tamas przetarł oczy ze zdziwienia. Gdy mrugnął raz, drugi, trzeci zrozumiał, że demon nie zniknął, a został ściągnięty. Rzut spojrzeniem przez ramie dał obraz, którego nikt o zdrowych zmysłach nie zechciałby podziwiać. Wspomniany wcześniej Maric z wydłubaną nożem raną po wierzchniej stronie dłoni, czarował ulatującą z Korneliusza posokę. Czerwone strużki, niby ogniste wężyki tańczyły wysoko, a część z nich sięgnęła właśnie demona. Ów czas spętanego kajdanami magii krwi. Potwór wił się i skomlał, rzucał i warczał, lecz zaklęcie zdawało się nie ustępować.

Obezwładnijcie go! Czas rozpocząć rytuał przemienienia! — wykrzyczał niebywale głośno ochrypłym głosem z wnętrza gardzieli, za którym podążyła rozniecana na wietrze jak słowa zaklęcia biała mgiełka.

Elf z trudem powstał z kolan po słowach czarownika. Ile sił w leciwych kikutach, zwlekł cztery litery. Powoli kroczył, dociskając rękawiczkę do skronia, z którego sączyła się krew. Jeśli w takim stanie miał obezwładnić spętanego przez Marica demona... Korneliusz winien przejąć inicjatywę.

Błyszcząca Góra

35
Spodziewane natarcie nie nadeszło. Faktycznie było to zadziwiające, ale wojownik szybko odzyskał rezon i ocenił sytuację.
Plugawa magia krwi... spętany demon, wstający elf, ranny łucznik... a co z Cedrickiem?
Tamas nawet nie oberwał łapą, więc mógł spokojnie przedrzeć się przez śnieg i dobiec do spętanego demona. Obezwładnić demona? Jego zdaniem jedynym dobrym sposobem na obezwładnienie demona było zabicie go, ale to oczywiście nie wchodziło w grę. Dobrze byłoby też zająć się kwestią Marica, który prawdopodobnie wyciągał życie z Korneliusza tą magią... jednak skutecznie pętał on demona, dając innym czas na ogarnięcie się.
Tamas spróbuje dobiec do spętanego demona już z gotowym do uderzenia mieczem i spróbuje cięcia w kończynę demona. Odcięta łapa, a potem ewentualnie odcięta kolejna sprawi, że jego pozostawione kikuty nie będą stanowić zagrożenia, a więc obezwładnienie jak się patrzy.
Cięcie wymierzone było w łapę, która była bliżej Tamasa, więc... uznajmy, ze w prawą kończynę, cięcie w połowie długości łapy, głębokie- jeśli zahaczy o kawałek ciała to jakoś się nie zmartwi tym.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

36
POST BARDA

Tamas pędził, obracając żelazem w dłoniach nad podziw zręcznie. Ostrze z sykiem przeleciało. Cięcie z wypadu, mocno, na skrajną długość klingi, lecz demon nawet nie drgnął. Spojrzał na swoje ramie, uniósł lewą dłoń, już oznaczoną deseniem karminowych wężyków. Popatrzył na gęste krople kapiące w dół, na śnieg, a po chwili za juchą w biały puch runęła ręka. Równo odcięta, o gładkim cięciu, niczym do znudzenia wyszlifowany diament. Był to wręcz immanentny pokaz pracy ostrzem.

Nie czas żałować było potwora, bom doprowadzić mogło to wszakże do zaniechania. Ryki walczących, żali skowyt poległego, po prostu przerażający i zagłuszający wszystko harmider bitewny.

Sokolik dzierżąc w dłoniach łuk z napiętą cięciwą i strzałą zwieńczoną zielonym piórem wymierzoną wprost w bestię, dobiegł do Tamasa. W rezultacie pojawił się również Cedric. Zmanipulowany przez czarownika blondwłosy jegomość, jak marionetka szarpana za sznurki kuglarza, dołączył do mężów, tym samym otaczając potwora. Demon nie mógł uciec. Otoczonemu przez ostrze, elfią strzałę oraz trójząb szlachcica, pozostało wyczekiwać. Zdany na łaskę czarownika dyszał głęboko, sycząc przy tym głośno z wnętrza gardzieli.

Maric podwinął przydługie rękawy aż po łokcie. Jego wątłe i blade przedramiona naznaczone były wieloma bliznami o rozmaitych kształtach. Zwrócił wtem się ku Korneliuszowi, z którego uchodziło życie. Trzepnął rękoma w powietrzu aż strzeliło w stawach. Trudno orzec, co mamrotał pod nosem, lecz niezaprzeczalnie były to słowa zaklęcia głoszone w wielce starożytnym, zapomnianym języku. Tuż po pierwszej frazie, Korneliusz wygiął się w krzyżu, zupełnie jakby lada chwila miał wydać na świat potomstwo. Kręgi gruchnęły, zaś łomot pękającej kości rozbiegł się echem po okolicy. Fontanna krwi - najlepiej opisywałaby tenże bestialski rytuał. Karminowa posoka tryskała z wnętrza Korneliusza, lecz żadna z jej kropli nie runęła w dół. Wszystko to, co zostało uwolnione, a raczej wyssane, było w skupieniu kontrolowane przez Marica. Zbierał całą życiodajną juchę, każdą krople, aż utworzyła wielką, gęstą czerwoną chmurę nad głowami zgromadzonych. Zupełnie jakby zbierało się na burzę, burzę krwi.

Maric przyciągnął krwistą chmarę bliżej, obrócił i cofnął twarz ku demonowi.

To jest kres twojego szlaku, demonie. Stąd już nie uciekniesz. Tutaj, w tym lesie, wpompuję w ciebie krew ofiary. Może tamta diabelska wieża wypluła cię wstrętem, lecz od dziś należysz do mnie! — z nagła lewitująca posoka wpiła się w trzewia, szponiaste palce, nozdrza. Demon cisnął ostałą pięścią w ziemię, szarpał się i kręcił. Litry krwi wpajały się w niego z trudem, a on zatracał własną naturę na rzecz plugawej magii Marica. Karminowe węże tańczyły dookoła, kreując rozmaite okręgi, spirale i wstążki. Każda z nich wirowała hardo, nim nie zniknęła wtłoczona w ciało demona.

Z ostatnich słów czarodzieja znikło ukryte pod maską uprzejmości szyderstw. Były w nich już tylko groźba i rozkaz.

Dokonało się — oznajmił czarownik, przekrzywiając głowę.

Demon powstał omotany energią krwi. Jego ślepia były czerwone, pełne życia jak nigdy dotąd. Szara skóra zdawało się, że emituje rubinową poświatą. W przeciwieństwie do Korneliusza. Gałki miał zapadnięte, zaś usta spierzchnięte z lekka rozwarte. Żuchwa wykrzywiona, jakoby po przetrąceniu wskutek bójki. Ciemna skóra zrobiła się wyblakła, niemal pergaminowa. Tak krucha, że w każdym miejscu można było naliczyć dziesiątki bruzd czy pomarszczeń. Historia czarnoskórego weterana dobiegła końca. Umarł...

Błyszcząca Góra

37
Cięcie było precyzyjne i w jakimś stopniu zajęło na chwilę demona. Reszta z tej całej drużyny stanęła dookoła spętanego demona, tylko najbardziej ranny został poświęcony. Tamas mógł sobie pluć w brodę, iż dopuścił do takiego obrotu spraw. Czarnoskóry nie zasługiwał na śmierć, chociaż jego rana wyglądała już z początku na poważną. Maric nie bał się poświęcić każdego z nich, a teraz jeszcze uzyskiwał demona na własny użytek. Z pewnością teraz okaże się dopiero czy faktycznie miał zamiar pomóc Orlim w walce.
Brodaty barbarzyńca położył ostrze płazem na barku i stanął nieco bardziej rozluźniony. Spojrzał na elfa przez chwilę, jakby chcąc się upewnić co elf myśli o tym wszystkim. Był w sumie jedynym, który pozostał Tamasowi do jakichkolwiek rozmów o tym co może się dziać dalej. Jak zresztą przekonał on elfa do współpracy ze sobą nad tak plugawą rzeczą jak chwytanie demonów? Czy mieli jakiś wspólny cel? Wątpliwe, raczej elf był tak samo wynajęty jak cała reszta bandy... Nie licząc szlachcica, który przybył tutaj pod wpływem czarów.

Skoro nikt nie miał chęci gadać, to odezwał się weteran, który chyba jeszcze nie stracił ostatnich nadziei na to, iż Maric faktycznie pomoże jego braciom w walce. W końcu już zdążył poświęcić jednego z jego braci w tym precedensie.

- Czas nas nagli, jeśli ten demon faktycznie ma przysłużyć się 'naszej' sprawie to czas najwyższy zrobić z niego użytek.

Walka zbliżała się wielkimi krokami! Nie było czasu do stracenia, a mimo wszystko czekała ich (lub tylko jego) droga powrotna do obozu Orlich.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

38
POST BARDA
Maricowi najwyraźniej niespieszno było z powrotem na teren obozu Orlej Straży. Tajemniczy czarownik utożsamiany był z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, w wielu dziedzinach życia. Świadomy pogorszenia sytuacji wskutek opóźnienia, dobrowolnie czekał z realizacją zamierzonych działań. Napawał się swym triumfem. Bowiem było to zwycięstwo magii krwi, jaką przekazała mu wcześniej wspominana siostra - Nysa Hitlerbrand. Być może po raz pierwszy w historii Herbii, śmiertelnemu udało się spętać demona. Wytłumić jego dziką naturę i być może narzucić własną wolę. Ale o tym Maric wraz z towarzyszami mieli dopiero się dowiedzieć, wszakże niepytana istota nie puściła jeszcze pary z ust.

Nadszedł czas pytań.

Komu jesteś oddany? — wołał doniośle Maric, chełpiąc się zwycięstwem nad istotą z innego świata.

Too-bi-e — wysyczał demon głosem uniżonym, zniewolonym, a przy tym jakże wrogim. Przypominał jaszczurzy syk, tak odmienny od ludzkiej mowy. Wymagało wprawnego wsłuchania się w szorstki tembr demona, ażeby cokolwiek zrozumieć. Po prawdzie nie miał ust, a wyłącznie szaroburą płytę nakropioną wąskimi dziurami w ich miejscu.

Dlaczego demony zajęły kopalnie w Błyszczącej Górze? — zapytał Maric Hitlerbrand, uśmiechając się drapieżnie. Dotąd skromny i wycofany mag stał się chełpliwy.

Śm-i-i-e-r-ć. Śmierć dla ludzi. Niesiemy czys-s-tk-ę... — powoli składał litery demon.

Rzecz prawdę! — uciął Maric, ponaglając pętaną magicznie istotę. Następnie wyciągnąwszy przed siebie dłoń zgiął palce w nieforemną pięść, a wtem karminowe wężyki poświaty otaczające ciało demona zawrzały. Potwór zgiął się w pół, jak w odruchu wymiotnym, dalej w przeciwnym kierunku.

A-a-a-rtefakty. W górze można znaleźć o wiele więcej niż złoto. To strategiczna pozy-y-cja. Pozwoli zająć całą Północ i później kontynent.

Czy wiecie o wojskach strażników? — ponaglał Maric.

Ni-e-e....

Czarownik ponownie zacisnął pięść, a bestia zawyła warcząco.

Tak.

Gadaj więc! Gdzie uderzycie! — ogłosił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Na dodatek powoli począł manewrować palcami, tak, aby demon nie ośmielił się więcej podjąć próby oszustwa.

Chcecie ruszyć na moich braci pod górą, ale to, to, to tylko zasadzka. Gdy lu-udzie uderzą pod Błyszczącą, demony zaatakują od wschodu. Z-a-a-mkniemy was w kleszczach z obu stron! — bestia bez ręki osunęła się. Była słaba, obezwładniona.

Tego chciałeś? — rzucił spojrzenie Tamasowi. — Wracajmy. Zdaj raport Martelo.


I poszli dalej, aż przybyli po zmroku do obozu o namiotach rozlanych daleko i równo. A pośrodku samego onego obozowiska zobaczył Tomas najbardziej majestatyczny z namiotów. Białe płachty przyodziane wykończeniami nici jakoby z mosiądzu, wigwam jednego z trójki orłów - Alderna Martelo. Ziemia naszpikowana pochodniami z okolicznych drzew. Kroczyli w obstawie pozostałych strażników, którzy mieli za zadanie odprowadzić członków eskapady do namiotów. Prowadzeni spojrzeniami nieufności, jakie wzbudzał ciągnący się za nimi demon. Fortunnie bestia była problemem Marica, a ten zniknął kilka uliczek dalej. Tamas mógł odpocząć u siebie, bo rano oczekiwał go sam Aldern Martelo.






O poranku strażnicy przerwali Tamasowi sen. Aldern oczekiwał weterana w swoim namiocie.

Po uchyleniu kurtyny i pokonaniu progu, dostrzegł uprzątniętą zbrojownię, gdzie ów czas więcej było skrzyń czy pochodni niżeli stojaków z pancerzami. W głębi rozstawiono duży stół o nierównych końcach. Mienił się brązem z lekką rudawą nutą orzecha. Ustawiony równolegle do ścian namiotu o podstawie długiego prostokąta, od tyłu zajęty był przez najważniejszą osobistość wyprawy pod Błyszczącą Górę - orła Martelo.

Generale, przyprowadzono weterana zgodnie z twoim rozkazem. — meldował niższej rangi rekrut orłów.

Martelo skinął głową. Rekrut zasalutował, po czym opuścił namiot. Zostali we dwójkę.

Podejdź — odparł generał Aldern Martelo, podnosząc cztery litery z majestatycznego siedziska wyłożonego niedźwiedzią skórą.

Więc? — rozłożył ręce na boki, po czym klapnął nimi o stalowe okrycie bioder. — Co masz mi do zaraportowania nim pojawi się tutaj ten magik?
Spoiler:
Ostatnio zmieniony 09 lip 2021, 10:13 przez Callisto, łącznie zmieniany 1 raz.

Błyszcząca Góra

39
Czy był usatysfakcjonowany? Na tyle na ile można być jeśli jest się świadkiem używania plugawej magii, śmierci 'brata', a także spętania demona. Zmarszczył nieco brwi, ale już więcej Maricowi nie odpowiedział, po prostu kiwnął mu głową.

Zanim jednak odeszli, Tamas przeszukał trupa w poszukiwaniu jakiegoś charakterystycznego przedmiotu Korneliusza. Większość chłopaków miało swoje talizmany, pamiątki, albo cokolwiek innego co mogło wiele znaczyć dla tego mężczyzny. Bogactwo? Nie na to liczył. Zabrał również łuk, strzały i ewentualnie krótkie bronie od trupa, gdyż te zwyczajnie się mu nie przydadzą.

Powrót był nużący, ale spokojny... Nikt ich nie zaatakował, a także w obozie nikt nie wystrzelił w ich stronę, a to dość dobry znak. Tamas przy okazji oddał łuk ze strzałami zabitego jakiemuś znajomemu i polecił go odłożyć do zbrojowni... On nigdy nie miał cierpliwości do takiej niehonorowej broni, ale być może któryś z orłów będzie zadowolony z takiej broni, która być może bardziej się przysłuży w walce z demonami.

- A wy co? Umiem poruszać się po obozie...

Warknął do obstawy i nawet półgębkiem się uśmiechnął doskonale wiedząc, iż to nie ich wina... w końcu rozkazy to rozkazy. Tak samo Tamas wykonywał polecenia samego Martelo. Poszedł do namiotu do którego był oddelegowany już wcześniej. Jeśli zahaczył 'Garnka' to też poprosił go, aby znalazł jakiegoś żółtodzioba, który przyniesie mu resztki z kolacji. Cały dzień nic nie żarł, a miał za sobą naprawdę ciężki dzień marszu przez śnieg. W końcu też pójdzie spać, to oczywiste. Czy dobrze spał? Był weteranem, więc oczywiście że nie. Spał rwanym snem, ale nie było to kompletnie nic nowego dla niego. Zbudził się chwilę przed przybyciem strażników. Dobrze, że spał w pełnym ubraniu... dzięki temu wystarczyło zarzucić pasy z bronią i iść do kapitana z raportem.
Tamas był już zdecydownie zbyt wiele lat w Orlej, aby ukrywać jakiekolwiek kwestie przed swoim przełożonym. Dzięki temu może czasami obrywało mu się, ale przynajmniej spał spokojniej.
Zasalutował oczywiście swojemu kapitanowi, a następnie zbliżył się zgodnie z poleceniem. A więc pełny raport, bez ukrywania prawdy.
- Zgodnie z rozkazem, ruszyłem z nim. Wraz z nami były jeszcze trzy osoby. Elf imieniem "Sokolnik" , Cedric Zervedor oraz Korneliusz Czarneliusz. Przy czym Cedric był pod wpływem działania uroku, który panicz Maric nazwał "mgłą myśli". Tego elfa nie znałem wcześniej. Korneliusz nie przeżył starcia.- Tamas szczególnie kładł nacisk na Cedric'a. To z pewnością nie była przyjemna informacja dla kapitana, a także zwrócenie uwagi na to, iż bogaty jegomość parał się urokami. To w mniemaniu Tamasa była bardzo istotna wieść, szczególnie z początku jego raportu.

- Elf wytropił pojedynczego demona na garbie za kotliną, w lesie iglastym. Tam też go znaleźliśmy. Pierwszym atakiem rozrył twarz Korneliusza.- No dobra, nie czarujmy się... Może nie warto wspominać o tym, że ten cholerny wilk faktycznie okazał się być tym demonem, a jego plan nie do końca wypalił... nie spodziewał się, że już w czasie przelotu ten wilk zacznie się przemieniać w demona! Wolałby nim rzucić przed Marica, na bardziej otwarte pole umożliwiające dobry dystans, ale wyszło mizernie!

- Walka poza tym była dość... krótka. Panicz okazał się parać magią krwi. Posłużył się krwią konającego, aby spętać demona. Dokonał tego i wyciągnął z niego informacje.- W tym przypadku na sucho podał fakty, a nie zamierzał wyrażać własnego zdania odnośnie magii krwi, która zdecydowanie go odrzucała. Raport nie powinien zawierać zbyt dużo własnych przemyśleń.

- Według demona w kopalniach można pozyskać artefakty. Nazywał Błyszczącą Górę strategiczną pozycją. Ponadto wiedza o ataku pod górą i szykują zasadzkę od wschodu, aby zamknąć Orlich w potrzasku, zmuszając do walki na dwa fronty.- Tamas zamilkł na chwilę i przemyślał sobie swoje własne słowa. Nie znał się na pętaniu demonów i nie wiedział na ile ufać tym słowom zmuszonego demona... Kapitan też nie był w ciemię bity, więc również brał zapewne na to poprawkę. Raport się skończył, więc Tamas westchnął- To wszystko, kapitanie.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

40
POST BARDA
Martelo zrzucił z prawej dłoni skórzaną rękawiczkę, po czym raptownie chwycił się za żuchwę. Nie przypominał już dłużej gburowatego dowódcy, którym był, lecz żywiej kontemplującego myśliciela. Słowa Tamasa wprawiły go w nie lada konsternację. Zdawało się, że dowiedział się więcej niż przypuszczał.
Przez sekundę nie drgnęły choćby jego rude krzaczaste brwi, cecha rozpoznawalna jednego z trójki orłów, idealnie odwzorowująca charakter dowódcy. Bywa bowiem naprawdę wredny i nieprzyjemny dla pozostałych, ale też gburowaty, cyniczny, chamski. Osobowość jegomościa zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy czegoś potrzebuje. Ten wybitnie interesowny człowiek poczyni wszystko, ażeby ugrać jak najwięcej dla siebie, bez względu na koszty. Z tego względu pośród strażników jest nazywany śliskim gadem tudzież jaszczurem. Nikt jednak nie ośmieli się rzec tego na głos, w trosce o swoje życie.

Demony planujące bitwę, niedoczekanie!— trzasnął pięścią o stół. — Zdaje się, że nie docenialiśmy tych istot. Są sprytniejsze niż podejrzewałem. Przyznam, że nie tego się spodziewałem od raportu, strażniku. — w końcu założył ręce na pierś w typowej wstędze, dumnie prężąc się przed Tamasem. — Podejrzewałem dezercję szalonego magika, a w zamian przynosisz mi garść strategicznych wieści. Nie możemy zrezygnować z kopalni pod Błyszczącą Górą. To nasza jedyna szansa, by objąć zwierzchnictwo nad nią i zdominować środkowy wschód. Nikt dotąd nie...

Do namiotu wparował zwiewnym krokiem Maric. Przez odsłoniętą kurtynę do namiotu wparowało światło. Ostre pasmo jasności zraziło twarz barbarzyńcy. Poczuł, jak źrenice kurczą się w ułamkach sekund. Gdy odcięto dopływ promieni słonecznych, Tamas w końcu spostrzegł czarownika w pełni okazałości. Prezentował się zgoła inaczej niż dotąd. Przyodział biały płaszcz z bajronowskim kołnierzem o wysokim stanie. Narzucony na grubą wełnianą koszulę podbarwioną purpurą. To wszystko solidnie spięte dziesiątkami skórzanych grubych pasów, do których na barkach przymocowano naramienniki z bordowej stali. Błyszczące tarcze i płaty objęły również ramiona z przedramionami. Prezentował się doprawdy dostojnie. Nadto odzienie dolnych kończyn idealnie wkomponowało się w całokształt uniformu. Lniane długie spodnie o prostym kroju z stalowymi nagolennikami w kolorze bordo.
Spoiler:
Maric Hitlerbrand, wielmożny dowódco! — powitał Martelo czarownik kręcąc teatralnie dłonią i kłaniając się w pas.

Aldern Martelo wzdrygnął na widok rozpuszczonego magika. Nie przywykł do takiej swobody ruchów, ni pewnego siebie tonu głosu w jego obecności.

Jesteś świadom wykroczeń, których dokonałeś, magu? Tymczasowa dezercja, zakazane sztuki magiczne oraz zabicie członka straży.

Maric wybałuszył oczy ze zdumienia, po czym skierował je na Tamasa, rzucając wymowne spojrzenie. Niewątpliwie obwiniał go za donos.

Czcigodny kapitanie — podjął — wszelakie działania podyktowane były dobrem Orlej Straży. Dokonaliśmy czegoś, co może zmienić nas w potęgę, jakiej nie widziało Salu ani Turon. A jak doskonale wiesz, bowiem człowiek z ciebie światły i praktyczny, cel wymaga od nas często niekonwencjonalnych środków. Ja stoję tutaj na rozkaz z dwoma rękoma zdolny nakłaniać demony do twojej woli, panie.

Nie jesteśmy fanatyczną sektą, magu. — skonstatował chłodno dowódca.

Ależ panie — kontynuował wężousty — czyż nie Orla Straż odbiera życie ochotnikom, dokonując transferu ich duszy w kamienny posąg? Czyż nie w ten sposób kapłan Sol Mhyr utworzył w forcie oddział golemów? Magia krwi, chociaż wydaje się straszna, w niczym nie odbiega od tej tudzież innej praktyki. Zyskaliśmy narzędzie za sprawą, którego możesz zdominować całą północ! Spętany demon wykonuje każde moje polecenie. Jeśli każę mu zabić, uczyni to. Takich rekrutów potrzebuje Orla Straż, dowódco. Podzieli się z nami swą wiedzą. A kto inny wie więcej o demonach, niż one same? — zapytał retorycznie, chybko łapiąc głęboki wdech. Głosił coraz dynamiczniej, jak prawdziwy mówca.
W trakcie bitwy możemy wiązać dziesiątki, jeśli nie setki demonów, które w mig obrócą się przeciwko swemu rodzajowi. Zdobycie kopalni pod Błyszczącą Górą będzie pestką. A ty, mój panie, zostaniesz dowódcą, jaki pierwszy rozmiecie potwory w otwartej bitwie. Historia o tym nie zapomni. Dokonasz więcej niż jakikolwiek dowódca Orlej Straży. Będziesz symbolem zwycięstwa człowieka nad demonem. Nadzieją dla tej udręczonej ziemi...

Aldern wysoko nosił głowę. Słowa Marica przenosiły go w inny, odległy świat, chełpiąc ego dowódcy. W pewnej chwili nastała jednak cisza. Maric zakończył swój teatr, oczekując odpowiedzi Martelo. To była pauza, którą Tamas mógł wypełnić swoim językiem. Mógł, wszakże nikt go nie prosił o radę.
Spoiler:

Błyszcząca Góra

41
Tamas odwzajemnił krótkie spojrzenie Maric'a w chwili kiedy ten spojrzał na niego. Nie uśmiechał się, nie złościł, po prostu zamierzał dać mu do zrozumienia, że nie kupił ufności weterana. Ponadto wcale nie było rozmowy na temat ukrywania czegokolwiek przed dowódcą. Czy po takiej rozmowie nie zdałby pełnego raportu? W życiu.
Dowódcę znał przeszło kilka lat. Miałby narażać swoją reputację szczerej i prawej osoby tylko dlatego, że jakiś bogacz postanowił pobawić się trochę w wojnę i to jeszcze w dość plugawy sposób? Niedoczekanie.
Zdecydowanie nie podobała mu się rozmowa pomiędzy mężczyznami... Oczywiście, że znał motywy i zagrania Martelo, a młody szlachcic wiedział w które struny miał uderzać. Barbarzyńca przestąpił z nogi na nogę, ale nadal się nie odzywał. Tak naprawdę nie miał prawa, żeby pouczać kogokolwiek w tym namiocie.
Co sobie myślał? To to poroniony pomysł. Już wystarczająco golemy burzyły morale orlich, doprowadzenie do sytuacji w której jeszcze demony będą stały pomiędzy ludźmi... to nie mogło się udać i brzmiało zdecydowanie zbyt łatwo.
Tamas zamierzał się wstrzymać z wypowiedzią, nie zamierzając wypowiadać własnego zdania. Tym bardziej teraz kiedy mag tkał nić dookoła dowódcy. Lepiej poczekać i zasiać wątpliwości w tym planie dopiero wtedy, kiedy Maric nie będzie mógł odpowiadać na argumenty... czyli jak stąd wyjdzie, albo innego dnia kiedy Aldern będzie w namiocie sam.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

42
Trudno w to wszystko uwierzyć — tęgiej budowy kapitan wykrzywił blade wargi, splunął siarczyście na ziemię, z chrzęstem skrzyżował na piersi osłonięte kolczą siatką przedramiona. — Nie wierzę, by magia mogła ot tak wiązać demony.

Dobrze powiedziane — wtrącił czarodziej z północy. — Żadna magia nie daje takiej potęgi, lecz magia krwi wymaga ofiar, które zapewniają niewyobrażalną moc.

Dość — przerwał Martelo. Kapitan jeszcze bardziej wykrzywił wargi. — Przysłużyłeś się podczas wyprawy. Przez te twoje czary mary wiemy, gdzie chcą uderzyć demony. Możesz opuścić namiot w spokoju, magu. Ale moi ludzie będą mieli na ciebie oko.

Słowa te nie łechtały ego czarownika, jak zakładał. Zdegustowany zgiął się w pasie, dalej przytakując na pożegnanie. I choć ciemnie włosy opadły na jego smukłą twarzyczkę, gadzie spojrzenie wciąż błyszczało między kosmkami.

Ciekawe po czyjej jest stronie — rzekł do Thamasa Martelo, dobrze słyszalnym szeptem, by opuszczający namiot mag niczego nie usłyszał.

A gdy zostali ponownie sami, Martelo rozsiadł się na siedzisku. Krzesło skrzypnęło w kontakcie z ciężkim siedzeniem. Z objętą rękoma głową, jak główkujący uczeń, westchnął głośno.

Błyszcząca Góra

43
Tamas obserwował zakończenie rozmowy ze spokojem odprowadzając szlachcica wzrokiem do wyjścia. Czuł w kościach, że to nie koniec problemów z tym jegomościem.

- Myślę, że po swojej, dowódco...- oczywiście nie była to zbyt wyczerpująca wypowiedź weterana, ale na początek powinna wystarczyć.
- Jeśli mogę się wypowiedzieć... Jeden demon pod jarzmem panicza Maric'a nie powinien stanowić większego problemu, ale większa ilość zdecydowanie zagraża naszej sprawie. Nie ufałbym nikomu kto para się magią krwi... sir.

Zdecydowanie on jako barbarzyńca nie powinien martwić się takimi rzeczami, wszakże był tylko jednym z wielu żołnierzy, ale wplątał się w tą sprawę czy tego chciał czy nie... Czy rozsądnie było rzucać swoje przemyślenia dowódcy? Uważał, że tak.
Nawet "Lord Jaszczur" musiał zdawać sobie sprawę, że lepiej unikać problemów, szczególnie przed planowaną bitwą. Jeśli będzie chciał kontynuować temat demonów ze szlachcicem parającym się magią krwi to Tamas w żaden sposób nie będzie w stanie na to wpłynąć.

- Jakie rozkazy dowódco?

Wojownik odgarnął długie włosy z twarzy kiedy mu opadły na nią i czekał na odprawę. Nadal był zbyt niski stopniem w armii, aby musieć się przejmować strategią, którą przyjmie dowódca wraz ze swoimi doradcami, a także z pozostałymi wielkimi orłami ich wojsk. Wieść na pewno obejmie cały obóz i zaraz zaczną szykować się na atak demonów.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Splugawione Ziemie”