Błyszcząca Góra

31
/Trochu nie rozumiem rozstawu i samego działania w tej sytuacji, ale naczekałaś się wystarczająco, nie będę szukał odpowiedzi teraz, najwyżej poprawię posta :) /
Cholera.
Pomysł był dobry. Demon wycelowany był w okolice w których stał mag, a nie łucznik, który szedł w eskapadzie jako trzeci (no skoro przed chwilą wraz z Tamasem rozmawiał, a tamta dwójka szła dalej). Niemniej pomysł nie do końca wypalił. Wilczek przemienił się w demona i z jakiegoś powodu to łucznika zaatakował jako pierwszego.

Trudno, przecież nie będzie się w tej chwili użalał nad zranionym...? Nie, zabitym. Cholera wie jak głębokie rany zadał demon, niemniej pomóc jakoś musiał i mógł! Cholera, a co robił czarodziej w tym czasie?

Pieprzyć go. Ciemny mógł żyć, więc należało korzystać z każdego możliwego sposobu na uratowanie go z beznadziejnej sytuacji- szczególnie, że Korneliusz znalazł się w niej przede wszystkim przez nieudaną akcję poturbowania czarodzieja. Tamas zacisnął łapska na ostrzu i naprędce załadował miecz energią, którą skumulował w ostrzu, a następnie nim machnął poziomym cięciem wysłanym wprost w demona, który jako jedyny był przy poległym? Leżącym Korneliuszu. Atak raczej nie zaszkodzi nikomu kto nie był na drodze owej energii, a ta być może zajmie demona na tyle, aby odczepił się od ranionego. Raczej bardzo wątpliwe, aby jeden energiczny cios i to tak szybko wytworzony był w stanie zabić demona. Gdyby to było takie proste to Orli raczej nie martwiliby się możliwością przegrania walki z nimi.
Kartoteka
Będę żył i umrę na posterunku.
Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Błyszcząca Góra

32
Demon nagle runął na Korneliusza, biegnąc po śniegu, tnąc szybkimi krzyżującymi się uderzeniami, wywijając łapskami w błyskawicznych fintach. I już miał capnąć bezbronnego łucznika, gdy magiczna fala z ostrza uderzyła go w pierś i lewę ramię. Drgnął z lekka uchyliwszy kroku w tył. Monstrum spod wieży spojrzało na swoje ramię, w które trafiło zaklęcie, uniosło lewą dłoń, już oznaczoną deseniem karminowych wężyków pochodzących z napaści. Demon popatrzył na gęste krople kapiące w dół, na śnieg.

Zaryczał. Jego głos drżał wściekłością. Był rozeźlony, dziki i gotów do mordu. Odwrócił długi łeb w kierunku Tamasa.

Skoczył przed niego, ominąwszy zakrwawionego mężczyznę. Szedł na niego jak burza, kosząc długimi łapskami powietrze, jakoby już miał pochwycić barbarzyńcę, choć dzieliło ich jeszcze kilka kroków. Stąpał pewnie, bez zachwiania, nawet nie wątpiąc w swą demoniczną wyższość nad śmiertelnikiem. I w końcu parł szybciej. Tamas był na wyciągnięcie szponu. Potwór zamachnął się od lewej, tnąc krzywo, chcąc rozczłonkować prawy bark wojaka. Był tuż, tuż od uderzenia.
.
.Obrazek
.
.
.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Splugawione Ziemie”